wtorek, 24 czerwca 2014

Ja widzę! No, ale co z biurokracją.

Uległam wypadkowi. I to jeszcze w czasie pracy.

To co się działo.

Trzymając się oka pobiegłam w poszukiwanie szefa. Oczywiście, nie znalazłam go. Ktoś po niego poszedł. Potem była szybka reanimacja oka w pracowniczej kuchni i zawiezienie mnie do pobliskiego szpitala z pogotowiem. 

Jako emigrantka muszę mieć wykupione ubezpieczenie. Prawda jest taka, że poza stratą finansową nie mam nic. W momencie kiedy wybiorę się do lekarza pierwszego kontaktu zapłacę 75$ i zostanie mi zwrócone około 30$. Za leki ubezpieczyciel nie zwraca. 
W przypadku hospitalizacji ubezpieczyciel zwraca 100% poniesionych wydatków. Nie wiem jak sytuacja wygląda w przypadku wykupu niezbędnych leków. Ubezpieczyciel ZWRACA, a nie PŁACI. Musiałabym mieć gotówkę na koncie. 3 wizyty u specjalisty, wykup lekarstw mogłoby kosztować zbyt dużo jak na moją kieszeń. 
Zasady te obowiązują wszystkie ubezpieczenia dla emigrantów przebywających na wizie studenckiej. My nie mamy jakiegokolwiek wsparcia ze strony państwa. My mamy się nauczyć i wrócić do swoich krajów. 

No, a co jeśli ja nie dzwoniłam po pogotowie, a sama do niego pojechałam? Co jeśli uległam wypadkowi? 

Chuchając na zimne stwierdziłam, że wolę się swoim ubezpieczeniem zbytnio nie chwalić. Będąc w lekkim szoku (straciłam wzrok na jedno oko) informowałam szefa, że mam problem. To co usłyszałam zdziwiło mnie na maxa: "Ewelina, nie przejmuj się. Jak będziesz musiała pokryć koszta i nie będziesz w stanie zapłacę za Ciebie". Coś niesamowitego. Przyszła jedna pani z biura. Koszta pokryje pracodawca. Przyszła kolejna: "Ewelina gdzie jest Twoje ubezpieczenie? Ty musisz to pokryć ze swojego". Pojechałam do innego specjalisty na drugi koniec miasta. Nikt nawet nie pytał o ubezpieczenie. 

A jak było w drugiej placówce?
Hmm... tak jak na naszych pogotowiach tylko w ładniejszych budynkach. Wszyscy siedzieliśmy w jednej sali i czekaliśmy na zbawienie. Przyszła, a raczej przyniesiono dziewczynę ze skręconą kostką. Niewiasta biegając uszkodziła się. Odstawiła taką histerię, że w operach mydlanych byłaby gwiazdą. Znajomy popatrzył się na mnie, ja na znajomego. Poszedł zaparkować auto w innym miejscu. Ja wiedząc, że nikt znajomy na mnie nie patrzy wpadłam w ryk. Szlochając poszłam po raz 3 do okienka i mówię przeplatając polski z angielskim, że mnie boli, że byłam umówiona i że mnie boli. 2 minuty później zaprowadzono mnie do zabiegowego. Kolejne 5 minut później znalazłam się w gabinecie lekarza. 

Dzień później. 
Zawożenie ręcznie napisanych zwolnień lekarskich. Kolejny dzień ponowna wizyta u lekarza i telefon ze szpitala z zapytaniem jaką formę ubezpieczenia wybieram: tą od pracodawcy i czy mam odpowiedni do tego dokument czy swoje emigranckie. Pani wyjaśniła mi całą procedurę. Słowa nie zrozumiałam. Zaśmiała się jak jej o tym powiedziałam i skwitowałam, że mam to co powinnam mieć, a resztą zajmie się mój szef. Później tel ze sklepu, czy wszystko jest dla mnie zrozumiałe. Ponownie odpowiedź: "nie, ale ja tego wiedzieć nie muszę. Ja muszę zakraplać oczy i zawieść dokument x do szefa". 

Co będzie później. 
Zebranie szefów wszystkich szefów i opracowanie kolejnej bezsensownej procedury minimalizującej ryzyko powstania podobnego wypadku. 
I to co jest dla mnie najprzyjemniejsze, zostaną mi zwrócone wszelkie poniesione koszta. Włącznie z zapłaconymi biletami autobusowymi. 

Na dobrą sprawę nie wiele to się różni od procedur jakie obowiązują u nas.

Praktyka i takie tam

Skoro zaczęłam już jakoś widzieć to mogę nadrobić lekkie zaległości.

Rozpoczęłam praktykę.
Najpierw byłam 2 dni w dużym domu starców, gdzie na około 20 podopiecznych było 2 pracowników. Praca przypominała tą jaką wykonuje się będąc zatrudnionym na produkcji. Obowiązywała zasada: biegnij jak usłyszysz dzwonek. Dzwonek nie przestawał dzwonić więc 8 godzin praktyki zamieniło się w katorgę. Atmosfera panująca przypominała również tą na produkcji: "oni nie mówią dobrze po angielsku, nie przejmuj się nimi." Przyznam, że sztuką nie jest nauczenie się dosłownie 3 wyrazów: zdrastwujtie (dzień dobry) oraz kak diela? (co słychać?) A Państwo ucieszyło by się, bo byłby to miły dla nich gest. No, ale ja tam nie pracowałam, ja jedynie rozpoczynałam praktykę. Na szczęście zwolniło się miejsce i mogłam się przenieść do miejsca, gdzie od momentu otworzenia drzwi wejściowych poczułam się swobodnie. I tak też jest nadal. Na 2 pracowników przysługuje około 7-8 staruszków więc jest możliwość poświęcenia im czasu. Mogę z nimi porozmawiać, a raczej starać się skomunikować. Mam typowo rosyjski akcent i osoby ze słabym słuchem nie rozumieją mnie. Przyznam, że i ja nie rozumiem ich bełkotu więc momentami jest po prostu zabawnie. I przyznam, że odkryłam swoje powołanie. Lubię tam przebywać. Staruszkowie są szaleni, bo demencja niszczy ich mózgi i tym samym pamięć, orientację w czasie i wiele innych, ale są wdzięczni za jakiekolwiek okazane wsparcie. Sami też starają się pomóc i walczyć o resztki swojej niezależności. Jest super! Już porozmawiałam z dyrektorką ośrodka i mogę zostać tak długo jak ustawa mi zezwoli, czyli 2krotnie dłużej niż moje kursy wymagają. Nie powiem żeby praca za darmo była tym co chce w życiu robić, ale zdobywam doświadczenie, a i te 250 godzin jest w stanie pomóc mi w kolejnej wizie.

Ogólnie jestem już ustawiona!




sobota, 21 czerwca 2014

Krótka przerwa w pisaniu

W pracy uległam wypadkowi i przez kilka godzin straciłam wzrok na jedno oko. Teraz jest już lepiej, ale jeszcze nie jest tak jak być powinno. Na wszelkie maile i wyjaśnienia odpiszę dopiero pod koniec przyszłego tygodnia.

Rzadko wyglądam jakbym wpierd... dostała. Sweet focia musiała być.

środa, 18 czerwca 2014

Rezydent

Po wizycie u adwokata w 2017 bądź najpóźniej w 2018 rezydent zawita :)

I więcej w tym temacie nie chce powiedzieć, by nie zapeszyć. Przyznam, że ulżyło mi. I wcale to takie skomplikowane i trudne nie będzie :) Ufff!!!

czwartek, 12 czerwca 2014

Co o nas myślą

Nic nie myślą, bo nas nie znają. Co to jest 200 tysi ludzi. Mało! Jeśli już cokolwiek o nas usłyszą to mają bardzo dobre o nas zdanie. I to jest super!

Sytuacja numer 1
Siedzę na przystanku. Rozmawiam z Polką przez telefon. Skończyłam. Telefon schowałam do torby. Odzywa się Australijka:
- Czy to był polski?
+ Tak
- (tu pada cytat) Jak się masz?
+ AAaaaa!!! :D :D :D

Sytuacja numer 2
Siedząc na przystanku rozmawiam z Mamą przez skypa. Skończyłam. Pani siedząca obok:
- "a co to był za język?"
+ "polski. Pochodzę z Polski, a mój język to polski"
- "ooo jaaa!! jesteś pierwszą Polką jaką poznałam"

Miło!

Sytuacja numer 3
- "jesteś z Rosji?"
+ "Nie. Blisko, bo z Polski"
- "Cracow is awesome but Warsaw..
+ "I know... terible"

Gdzieś coś o nas słyszeli. Najczęściej okazuje się, że:

- "I have friend Kasia"
albo:
- "because my friend Maciek..."

Istniejemy.

A jak się kojarzymy.
Tekst z zeszłej soboty:
- "I knew Andżelika and she is crazy! And you are crazy! I love your country!"

Przyznaje oboje wypiliśmy po kilka piw.

Inna sytuacja:
" Polskie kobiety są piękne!" I ten tekst słyszałam już KILKANAŚCIE razy!

Podsumowując.
Istniejemy. Ukrywamy się. Jesteśmy rewelacyjni! I to jest super!!! A jak nas nie znają to są ciekawi.

piątek, 6 czerwca 2014

Przemyślenia

Siedzę w ulubionej knajpie i przy piwach przeglądam net. To co mnie naszło.

Może ciągle walczę z czymś. Ciągle mam z czymś duży problem. Ciągle coś mnie ciągnie, ale mimo to prę do przodu i się nie poddaje. Ciągle mam plan, który realizuje.

I wiecie co? Może czasem mam doła i zamykam się w pokoju myśląc: "po jaką cholerę ja się w to pakowałam? Przecież ja miałam dobre życie!" Pomimo tego, że jak widzę polskie widoki to zawsze łezka w oczach się zakręci i to nie tylko mi. Ostatnio z Witkiem poszłam na kilka piw i widziałam jak na samo hasło łzy wycierał. Pomimo tego wszystkiego... NIE WRACAM!

Mając gównianą pracę nauczyłam się pokory i cierpliwości - coś nowego dla mnie.
Mając nieliczną grupę znajomych - bezinteresowności
Przyjeżdżając tu utwierdziłam się, że mam otwarty umysł i nie jestem uprzedzona, a wręcz przeciwnie ciekawa. Nadal się cieszę jak dziecko na gwiazdkę jak ktoś powie: "I like Cracow!" "jak się masz?" "Poland? I was many years ago in Poland... nice..." albo tak jak dzisiaj: "Are you German?" "nooo, I'm Polish" "aaaa... huge country..." "eeee??? he he" "So, are you busy today?" "nooo. Finaly, I have time to relaxing. Beer, please :)".
I utwierdziłam się, że jestem twarda i silna! I tego nie zamierzam zmieniać :)

A reszta jakoś przyjdzie.
Czasem brakuje mi chwil na nudzenie się. Na stwierdzenie, że nie mam co ze sobą zrobić. Może kiedyś to nastąpi. Może... W sumie to lubię jak dużo się dzieje wokół mnie. Tylko, że wszystkiego są jakieś granice, a ja swoje zaczynam przekraczać.

Tak więc do znalezienia kolejnej wolnej chwili :)

Pozdrawiam cieplusio z zimowej Australii.

Światełko w tunelu

Się pokomplikowało.

Mój kierunek ma obowiązkową praktykę. Szkoła teoretycznie pomaga w znalezieniu placówki wysyłając studentów do jednej zaprzyjaźnionej. Tylko dla mnie jest to strasznie daleko, a publiczna komunikacja w Gold Coast jest opłakana. Znalazłam inne miejsce. Podobna odległość, ale znacznie lepsze połączenia pociągowo-autobusowe. Byłam osobiście. Z paniami porozmawiałam. Miałam zanieść wszelkie dokumenty i umówić się na konkretny dzień rozpoczęcia treningu. Okazało się, że w dzień zaniesienia papierów miałam mieć pierwszy dzień. Nie byłam na to przygotowana, a raczej mój pracodawca o tym nie wiedział. Odmówiłam i umówiłam się za 1,5 tygodnia. W ten sam dzień dostałam maila od nauczycielki, że następnego poranka rozpoczynam praktykę w jej zaprzyjaźnionej placówce. Starałam się wszystko wyjaśnić. Pani nieco nie słuchając mnie i nie czekając na moje detale mailem wysłane zadzwoniła i sama chciała z przemiłymi paniami porozmawiać. Okazało się, że nie wiadomo kiedy zacznę mój placement (???). Pojechałam więc do polecanego domu starców. Zrobiłam wszelkie assessmenty z BHP, oglądnęłam nudne filmy, skończyłam trening przeciwpożarowy. Papierologię zdałam. Następny dzień miał być od 12:00 do 20:00. Byłam wykończona. Do domu dotarłam po 22:00, bo mam tak cudowny dojazd.
Wczoraj dostałam smsa od nauczycielki, że odwiedziła wybraną przeze mnie placówkę i zaczynam ponownie od wtorku. Cieszę, że tam gdzie chciałam, bo wydaje mi się, że mają lekkie problemy z personelem. Tylko, że kosztowało mnie to tydzień biegania po różnych facilities. Kilku telefonach z wyjaśnieniami do mojej nauczycielki. Kolejny tydzień ciągłego zmieniania zdania. Ogólnie stresówka.

We wtorek zaczynam swoją szansę na zmianę pracy! Będzie to trwało, ale jest realne światełko w tunelu i nie jest to nadjeżdżający pociąg :)

sobota, 31 maja 2014

Urywek życia

Zawsze staram się tak zorganizować czas, bym wieczorem padła na pysia stwierdzając, że to był dobry dzień. Tylko, że teraz to ja sama się sobie dziwię, że jeszcze wiem co się dzieje wokół mnie.

Mam dwie i pół pracy:
- Hotel,
- Praca o wczesnych, dla mnie nieludzkich godzinach
- pomagam w skończeniu kursu znajomemu (odpłatnie)

Ponadto sama potrzebuje wsparcia więc regularnie chodzę na prywatne lekcje z nauczycielem i oczywiście muszę czas poświęcić szkole.

Powinnam od dwóch tygodni być na praktykach. Niestety placówka, która miała być pewnikiem okazała się niewypałem. A pani manager była na tyle uprzejma, że nie odpisała mojej nauczycielce na 2 maile i nikt z jej personelu nie był w stanie udzielić mi konkretnych informacji. Wyruszyłam w teren, by samemu ją sobie załatwić. Spotkałam się ze zdziwieniem: "To taka szkoła istnieje?", "Przepraszam, jaka szkoła?", "Przykro mi, ale nie współpracujemy z... jak się ona nazywała? Mam tu listę i nie widzę czegoś takiego". Jest ciężko ze znalezieniem miejsca dla darmowego pracownika. W poniedziałek mam jakąś szansę wreszcie ją rozpocząć, a raczej zaklepać sobie miejsce.

W dodatku moje perypetie prywatne nie pomagają mi w skupieniu się.

Jest trochę za dużo wszystkiego. Trochę bardzo. No, ale jakoś do przodu!

Przypadkowo znalazłam coś ciekawego:
- Since the end of World War II in 1945, more than six million migrants have made Australia their home.
- Around 45% of Australians were born overseas or have at least one parent who was born overseas.
- People from more than 200 countries make up the Australian community.
- The top ten countries of origin for migrants to Australia are United Kingdom, New Zealand, China, Italy, Vietnam, India, Phillipines, Greece, Germany and South Africa.
- Australians identify with more than 250 ancestries.
- Australians practice more than 100 religions including Christianity, Buddhism, Hinduism, Islam and Judaism.
- More than 300 languages are spoken in Australian homes.
- More than 60 indigenous languages are are spoken today.
- Apart from English the most common languages spoken in Australia are Italian, Greek, Cantonese, Arabic, Mandarin, Vietnamese and Spanish.


Niezła statystyka.

niedziela, 18 maja 2014

Odpowiadając na pytania chciałam rzec... :)

Siedząc w mojej ulubionej knajpie przy dobrym piwie (ku memu zdziwieniu można takie tu znaleźć. Hmm... z Czech sprowadzane więc może dlatego mi nadwyraz smakuje) postaram się rzeczowo odpowiedzieć na szereg pytań jednej osoby, która jak mi napisała w mailu wcale mnie nie prześladuje. Jedynie dostałam wiadomości na mailu, facebooku i powstały liczne komentarze ha ha :D Gdybym mogła zaznaczyłabym 'lubię to!'

Cóż za kierunek wybrałaś, jaką szkołę, że masz szansę od razu podjąć zatrudnienie? 
Wybrałam kierunek dla nich deficytowy. Mają mało pracowników socjalnych. W Polsce skończyłam resocjalizację. Tutaj będę walczyła o zaakceptowanie mojej uczelni, bo póki co jej nie lubią. Teraz jestem na Certificate III Aged Care, czyli praca w domach spokojnej starości. Jest ich od grona więc problemów z zatrudnieniem nie będę miała. Jest sprawdzona teoria, by przeciągać obowiązkową praktykę do momentu aż się przekonają i zatrudnią. Tak więc :) wszystko się okaże w poniedziałek, bo coś mój start się przeciąga. 

Polacy są wszędzie i prezentują typowo emigracyjny poziom?

Tzn? Co rozumiesz przez 'emigracyjny poziom'? Nie wiem o co chodzi. Nie mam za dużo tu znajomych Polaków czy 'niepolaków', bo miasto nie sprzyja trwałym znajomościom - niestety. A tego, któremu bardzo ufałam nieodwracalnie straciłam... ale podczas telefonicznej rozmowy z Polką na pytanie: "ilu poznałaś tu Polaków i jakie wrażenia?" odpowiedziałam: "jak tak dalej pójdzie to głowę zacznę odwracać" jej odpowiedź: "ha ha no tak. nie zdziwiło mnie to."

Kolorowo z naszymi rodakami nie jest.

Ekh.. Ekh... <chrząknięcia> ja Ci dam, kolorowo nie jest! Ja sobie radzę. I to szybciej niż chciałam, bo mój plan był nieco wolniejszy. No, ale wiem co masz na myśli. Poznałam tutaj dwójkę bardzo przyjemnych Polaków. Z czego jedna osoba to backpakers więc jej już tu nie ma, ale nadal mnie reanimuje w sytuacjach kryzysowych. A druga boryka się z podobnymi do moich problemami. A pozostali to hmm... 

Do Australii- jednak jakiś poziom prezentować trzeba... 

Poziom portfela owszem. I tylko tyle. Serio. 

Zwłaszcza dla ludzi inteligentnych, którym do życia potrzebna jest ambicja i rozwój a nie Żywiec i Pierogi
Może się mylę i bardzo bym chciała, ale mam wrażenie, że masz nieco inne wyobrażenia o tym kraju niż jest w rzeczywistości. 
Australia ma potężnie rozwiniętą kampanię promującą jak również nie posiadamy dużej ilości informacji. Dla nas to są palmy, kangury i niebezpieczne zwierzaki. Zapomniałam o przyzwoitym socjalu. Palmy i kangury są. Niebezpieczne zwierzaki też, ale nie w tym stanie w którym mieszkam. Socjal - nie jest dostępny dla emigranta na wizie studenckiej. Jest przyjemna sytuacja ekonomiczna, bo zarabiając najniższą krajową byłam w stanie kupić sobie nowy komputer - miło. Wspomniane ambicje - przez pierwsze miesiące będzie lepiej jak je wraz z ego schowasz do kieszeni, bo chyba zawodowo nie będziesz się realizował pracując jako sprzątacz, pokojówka czy kelner (ostatnie najmniej płatne). Jestem tu 8 miesięcy i sprzątam więc gdzie tu ambicje? I gdzie możliwość pokazania "allo! Inteligent przyleciał?" Na pewno nie w pierwszym roku.

A mimo to, jest nas za dużo?

Nie w moim mieście. Tu prawie polskiego nie słyszę i tęskno mi za naszym szcz rz ch :D 

Polecam kluby Toastmasters (...) organizacje typu Polish Professionals

Dziękuje! o tym nie wiedziałam! 

Każda emigracja, zwłaszcza w samotności jest trudna.

Nie tylko ja tu w pojedynkę przyleciałam. Fakt czasem jest słabo. Czasem się zastanawiam 'po co to wszystko'. I wtedy pojawia się tylko jedna myśl: 'nie strać tego wysiłku który w to wszystko włożyłaś" więc staram się dalej. Choć z powodów prywatnych teraz jest słabo, ale głowa do góry i na przód!  

A jak wygląda kwestia "dawania szansy" ludziom. 

Znalezienie pierwszej pracy polega na kłamaniu. Australia jest krajem nacjonalistycznym. Lubią tutejsze doświadczenie i tutejsze szkoły. Na wstępie, kiedy tu się przyjedzie nie masz ani doświadczenia, ani ich papierów więc kłamiesz. Na moje szczęście w Gold Coast nie ma rzeszy Polaków więc do perfekcji opanowałam tekst: "bo w Polsce to mamy inne standardy. Ja mam duuuuże doświadczenie, ale tu jest inaczej". Oczywiście następuje dzień testowy w którym bardziej jest sprawdzane, czy masz potencjał niż czy Twoje cv mówi prawdę. W tym momencie opisałam rekrutacje na stanowiska gówniane typu: pomoc kucharza, wszelkiej maści sprzątacz. 

Jestem barmanem z zamiłowania, dodatkowo zrobiłem sobie kurs w Polsce, ale brak mi doświadczenia. Ale bardzo chciałbym pracować jako barman, jak pisałem- to moja pasja. Czy mentalność Australijczyków będzie mi przychylna? Wystarczy chcieć, czy jeszcze coś więcej? 

Nigdy nie startowałam na takie stanowisko, ale wydaje mi się. Podkreślę, wydaje mi się, jeśli właścicielowi się spodobasz to zaproponują dzień testowy albo dadzą Tobie listę ich drinków do nauczenia się i potem Ciebie sprawdzą. 

Jak poradziłaś sobie w kwestii przetransportowania swojego "dobytku" do Australii? Zabrałaś tylko bagaż 30kg i reszta na miejscu, albo bagaż kurierem? A może lepiej zabrać same najbardziej potrzebne rzeczy, a resztę kupić na miejscu?

Walizka w kolorze różowym i torba podręczna. Nic więcej nie wzięłam. Z rzeczy prywatnych aż 2,5:
- komputer - to jest 0,5, bo dla wielu nie jest on uznany jako rzecz prywatna 
- poduszkę w kształcie łosia na której teraz się opieram 
- kubek termiczny - niestety pracownicy mi go rozwalili. 

Nie zapominajmy, że AU nie jest bezludną wyspą i zawsze można coś tu kupić. W sumie to też nie wiedziałam co mogłabym więcej ze sobą zabrać. Minimalistą jestem. 
Jeśli myślisz o meblach, rowerach, wózkach... daruj sobie. A jeśli stwierdzisz, że bez komody po pradziadku się nie ruszysz to pomyśl jak ją będziesz przetransportowywał w trakcie przeprowadzek? Mieszkam tutaj 8 miesięcy i chyba 5 razy się przenosiłam. 

Wspomniałaś że chcesz się pobawić e-bayem. Czy lokalny rynek nie jest zasypany Chińszczyzną?
Przyznam, że przestałam. Najpierw muszę ogarnąć to czym się teraz zajmuje. Co za dużo to nie zdrowo. Przytłoczę się obowiązkami. Hmm... dowiadywałam się z 2 źródeł jak wygląda sprawa cła. I uzyskałam dwie skrajne informacje. 

Skoro w komentarzach poruszasz kwestie finansową to zapytam o koszta wyjazdu do Australii ile na koncie trzeba mieć, by wszystko od podstaw załatwić. Pomijam sprawdzanie konta pzez urzedy itd, tylko ile potrzbeujesz by tam wyjechac i poradzić sobie na początku, z moich wyliczen wychodzi 25 tysięcy złotych:
- bilet 2500zł - ok 
- Wiza studencka 1500zł  - ok 
- badania + tlumaczenia dokumentów 500-1000zł  - same badania kosztują 500zł. Ja przekroczyłam kwotę 1000zł
- Szkoła na 6 miesięcy (2 miesiące gratis) 14000zł - o co chodzi z 2 mcami gratis? Jeśli mowa o 2 miesiącach nauki gratis to w Gold Coast nigdy nie słyszałam o takiej ofercie. Ceny szkół są różne więc nie powiem czy to dużo, czy mało... 

- Na miesiąc mieszkania i życia 6000zł - jak tu przyleciałam miałam kasę jedynie na mc życia. Był telefon do Polski, bo obawiałam się, że zabraknie. Dolicz do tego kaucję za pokój. Jeśli skorzystasz z agencji może ona wynieść nawet 600 - 900$.

Nie zapomnij o międzynarodowym prawie jeździe. Jest to piękna, szara książeczka.
O dodatkowych badaniach jeśli na coś przewlekłego chorujesz. Dobrze by było gdybyś poprosił lekarzy o pisemne rozpoznanie z wyszczególnionymi lekami po angielsku - nie robią z tym najmniejszych problemów.

Pierdółki na które najwięcej kasy się wydaje: 
- dobre sandały, bo przez większą część czasu będziesz w nich chodził
- okulary przeciwsłoneczne kat.3 
- krem do opalania 50. W grudniu kiziając się 50tką spaliłam się. 
- buty do biegania i ogół ubrań sportowych - tu są droższe
- galowe ubrania.  

Jak się ma sprawa licencjatu i z doświadczeniem jednak nieudokumentowanym wykształceniem w tym kierunku? Akceptują polskie wykształcenie? 
Polskie wykształcenie - lubią wrocławską polibudę, a jeśli skończyłeś coś innego to nostryfikacja. W tym temacie więcej nie powiem, bo to jest przede mną. 
Nieudokumentowane doświadczenie - jak nie ma papieru to nie istnieje. Przepraszam, ale to wszędzie będzie obowiązywało.

Jak się przedstawiają "rasy" na ulicy? Dużo Azjatów, czarnoskórych? Co tu dużo mówić, przeszkadzają mi wyznawcy Islamu, ktorzy propagują swoją kulturę w innych krajach- jak z nimi? Większość osób próbuje zostać czy raczej rodzice opłacają im szkoły językowe i wracają do kraju? 
Wspomniałeś gdzieś o Sydney - nie byłam, ale słyszałam, że jest bardzo dużo Azjatów. QLD - wszystkiego po trochu z naciskiem na Azjatów. 
99% przylatujących jest sponsorowana przez rodziców. Kończą kursy i najczęściej wracają do krajów. I to jest bardzo słabe, bo ludzie są na chwilę. Polubisz, przyzwyczaisz się i żegnasz. A i też inaczej funkcjonują niż osoba chcąca zostać. Ty musisz myśleć o pieniądzach na szkołę, na wizę. Oni na imprezę. Jest różnica. 

wtorek, 13 maja 2014

Chinatown i szkoła

Później były odwiedziny szkoły znajdującej się w Chinatown.

Główna brama zrobiła fajne wrażenie. Nadal ubolewam, że miałam zbyt słaby aparat w komórce. Poniższe zdjęcie znalazłam gdzieś w necie.
Wrażenia wizualne super. Szkoda, że komuś sajgonki się spaliły. Na całym chodniku było je czuć.

Szkoły niestety nie jestem w stanie zmienić. Kursy rozpoczynają co 3 miesiące i na me nieszczęście pierwszy jest za szybko. Nie zdążę przebrnąć przez biurokrację. A kolejny za późno. Musiałabym poświęcić całe swoje wakacje. Trochę za dużo mnie to poświęcenia będzie kosztowało. Tak więc czy mi się podoba, czy nie muszę pozostać w szkole w której jestem i los prosić, by niczego więcej nie spieprzyli. A jeśli tak się stanie, to by nie było nic poważnego.

Dobrze, że mam bardzo przyjemną nauczycielkę. Dzięki niej jestem jeszcze w stanie przetrwać. Teraz muszę ogarnąć temat praktyk, których szybko nie skończę. Dają mi bardzo duże szanse na zatrudnienie. I tym samym na mocne zbliżenie się do wizy stałego pobytu oraz normalnej pracy. Bardzo miło zaskoczyła mnie nauczycielka, która zmieniła mi miejsce praktyk na placówkę znajdującą się w moich okolicach, a nie jak pierwotny jej plan przewidywał, oddaloną o ponad 20 km. Wysłała maila do managera z informacją, że byłabym zainteresowana podjęciem zatrudnienia. Bardzo mnie ta wzmianka ucieszyła. Co prawda manager nie odpisała jeszcze, ale i tak miło z jej strony. A ja ze swojej powinnam w poniedziałek do niej pojechać i osobiście porozmawiać.

Trzymajcie kciuki :)

poniedziałek, 12 maja 2014

Polonia

Pojawiłam się. Powróciłam. Po ponad miesięcznej przerwie. Jestem.

Wiele się wydarzyło. Jak zawsze. Czasem chciałabym się ponudzić i stwierdzić, 'tak pora tą moją szczupłą pupę ruszyć'. W zamian za to ciągle mi czasu brakuje. A jak mam chwilę spokoju to po prostu zwijam się w kołdrze i udaje, że zniknęłam. Bardzo lubię ten stan. Niestety miauczący Rufus za drzwiami najczęściej mi go przerywa.

Zwiedziłam polski klub. Musiałam być w Brisbane, by sprawdzić szkołę, która mi przypadła do gustu i przy okazji zjadłam pierogi.

Przyznam, że bardzo mocno się zawiodłam. Nie wiem jak wyglądają inne polskie kluby. Po odwiedzinach tego nie jestem już nawet ciekawa.
Oczekiwałam, że zobaczę kalendarz eventów, spotkań, czegokolowiek. Kalendarz jest, ale prawie pusty (prawie, bo usłyszałam o tańcach <chyba Zumba> i targach żywności) Byłam pewna, że usłyszę: "co 3 czwartek miesiąca są organizowane wypady do pobliskiego kina, a później idziemy do kawiarni na kawę i ciastko" bądź "raz w miesiącu, najczęściej w ostatnią niedzielę jedziemy na mini wycieczkę. Ostatnio byliśmy w xyz i tu są zdjęcia. Było super" Zorganizowanie takich 'imprez' jest czymś prostym do zrobienia. Tylko trzeba chcieć. W zamian za to usłyszałam:

'Gdybyś przyjechała w piątek późnym popołudniem to miałabyś możliwość spotkania większej ilości Polaków. Po pracy przychodzą napić się piwa".

Przepraszam, ale nie za bardzo chce mi się jechać łącznie 3 godziny pociągiem po to, by dosiąść się do czyjegoś stolika i napić się Żywca, który od kilku lat zbytnio dobrym piwem nie jest.

A jakie pierwsze wrażenie?

Takie, że wyszłam. A później stwierdziłam, że skoro ich znalazłam to przynajmniej jakiś obiad zjem (czekał mnie cały dzień w Brisbane).
Dostałam rozgotowane pierogi (sztuk 5) z sałatką z Colesa z 3 plasterkami ogórka i 2 plasterkami pomidora, które zostały oblane wodą z octem, przepraszam zostały podane z sosem vinegrette.

To co może być ciekawe to targi żywności. Są co 2 tygodnie.

Nieco inaczej sobie wszystko wyobraziłam.








środa, 9 kwietnia 2014

7 miesięcy i 3 dni

To co mnie zaskakiwało to Polacy - tutaj i w Polsce.

Tutaj
Rzeszy Polaków nie spotkałam, ale tych z którymi udało mi się zamienić kilka zdań to długo będę pamiętać. Czasem jesteśmy:
-> dzicy:
+ "ale się napierdzieliłam wczoraj. Dzisiaj ciężki poranek... wypiłam 2 red bulle, kawę i chyba nadal jestem pijana"
- <zaciekawiona> "wow! To niezła impreza musiała być :)"
+ "eee...nie impreza. Nie chciało mi się siedzieć w domu więc poszłam do knajpy"
- "no, ale skoro jeszcze czujesz się nie na siłach to musiało być grubo" powiedziałam ze szczęściem w głosie, bo dziewczyna musiała mieć niezły wieczór.
+ "Grubo? Wypiłam dwa piwa... czekaj, trzy. Jedno w domu"
- "To szkoda, że zmęczona jeszcze jesteś." <coś musiałam powiedzieć>
Po co? Na co zmyślać?

-> nieudolni
Swego czasu wspomniałam o młodym małżeństwie.

Nie mogę zapomnieć o: "ja to ich powalę z nóg. Tych wszystkich Australijczyków". Przepraszam, czym? Łamanym angielskim? Bądź syndrom: "Ja tutaj osiągnąłem taaaaaaaaki sukces". Mieszkam tu niecały rok i mam zbliżony pułap tego sukcesu.

Nie rozumiem. Po co udawać osoby, którymi nie jesteśmy? To szybko wychodzi na jaw.

Dobrze, że są też i:
-> wariaci - w sumie to wariatka, która ma siłę bawić się w bycie globtroterem.

-> bardziej stateczni wariaci co to rzucili wszystko z dnia na dzień i stwierdzili, że jadą spróbować postawić dom gdzie indziej. Powoli, powoli prą do przodu. I o to chodzi!

-> szaleni wariaci, co to np. za wszystkie oszczędności kupili łódkę i co weekend płyną siną w dal połowić ryby.

Polska

Po raz kolejny życie zweryfikowało znajomości.
Przed wyjazdem czasami spotykałam się z odrażającym zachowaniem, prawdopodobnie zazdrość się odzywała. Słyszałam teksty w stylu: "Skoro stać Ciebie na ten wyjazd to rozumiem, że stawiasz!". Nie było przyjemnie. Na szczęście nie były to też bliskie mi osoby.

Teraz mam wrażenie, że dla paru jestem urozmaiceniem ich monotonnego życia, dostarczycielem rozrywki. Porozmawiają ze mną tylko wtedy kiedy przysłowiowo rzygnę tęczą na której stoi kucyk pony. Jeśli napomnę coś o swoich troskach i obawach słyszę... ciszę. Nie jest to miłe, ale chyba musiało tak być.

Na szczęście nie otoczyłam się jedynie takimi osobami.
Piotrze, dziękuje za kopa w tyłek jakiego mi ostatnio dałeś. Bardzo tego potrzebowałam.
Gosiu - za wszelkie maile i rozmowy, te bardziej i mniej przyjemne.
Rafale - za 24/7 możliwości wypłakania się na internetowym ramieniu.
Moniko - trzymam kciuki za Mikołaja. I dziękuje za dodawanie otuchy.
Dziękuje cichym głosom - Asi B. i Ani H. Niesamowicie mi miło, że czasem tu spojrzycie i wyślecie maila.
Olu - to chyba oczywiste :)

I wielu innym, którzy czytali me wypociny i komentowali na bieżąco. Tutaj, czy poprzez maila bądź facebooka.

Teraz jest jasne.
Przez ostatnie 3 dni starałam się wszystko podsumować i tym samym zawiesić publikowanie nowych postów na jakiś czas.

W chwili kiedy znalazłam się na basenie zdałam sobie sprawę, że mam już zbliżony standard życia do tego, który zostawiłam.

Czasem pojawiają się problemy finansowe. Tylko kiedy ich nie było? Czasem mam ochotę tupnąć nogą i się rozpłakać jak mała dziewczynka. I przyznam, że później czuję ulgę. Czasem mam ochotę spakować swoje zabawki i uciec. A ile razy Wy mieliście ochotę to zrobić? No, właśnie! Czasem jest mi tu za ciężko, bo mam inne niż do tej pory problemy, ale dzięki wyżej wymienionym prę do przodu i się nie poddaje.

Krótko reasumując:
Ile potrzebuje normalnie stąpająca po ziemi Polka na stworzenie swojego gniazdka na obczyźnie? 7 miesięcy i 3 dni.

Zacznę publikować nowe posty w momencie kiedy nastąpi jakiś przełom. Teraz jest czas na monotonie życia codziennego i oddanie się treningom. Na kilka bądź nawet kilkanaście miesięcy mój triathlonowy plan musi pójść w odstawkę. Znalazłam coś innego. Maraton pływacki będzie w sam raz, ale wystartuje może za jakieś pół roku. Dużo pracy przede mną.

Mam nadzieję, że niektórym przydały się zawarte informacje o tym czego można się spodziewać zaczynając od nowa życie na antypodach.

Pozdrawiam,
Ewelina

wtorek, 8 kwietnia 2014

7 miesięcy i 2 dni

Nie skończyłam wczorajszego postu. Zasnęłam.
W Hiltonie zatrudnili nowe osoby i siłą rzeczy nie mają jeszcze odpowiedniego tempa pracy i czasem o czymś zapomną, zgubią się. Wczoraj trochę było za dużo jak dla świeżaka więc starałam się zrobić większość za niego. Hmm... robiłam prawie wszystko. Wać Pan w każdym pokoju sprzątnął aż jedną łazienkę i odkurzył. Na domiar złego nie słuchał tego co mówię. Był to ciężki dzień. No, ale było to wczoraj więc jest to przeszłość, która nie wróci :)

Mój agent zanim wyjechałam stwierdził, że Australia mnie zmieni. Usłyszałam również, że po powrocie do Polski nic nie będzie mnie w stanie zaskoczyć. Z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że nie miał racji!
To co mnie tu zaskakuje jest związane z niespełniającymi moich ambicji pracami (a niech będzie poprawnie politycznie). Tylko, że w naszych warunkach na podobnych stanowiskach też bym się szarpała z wypłatą i miała podobne kłopoty. Problem polega na tym, że nigdy nie garnęłam się do tego typu stanowisk więc jest to dla mnie nowe doświadczenie.

Jest jedna różnica. Tu za mą skromną wypłatę jestem w stanie żyć. Tylko, że nieco w mych wcześniejszych kalkulacjach machnęłam się. Nie wiem jak, ale jakoś teraz nie wychodzi mi taka kwota. A może wychodzi tylko musiałam się ustabilizować po 3 tygodniach nic nie robienia? Tak, to jest prawdopodobne.
Plany na wakacje się zmienią. Nie będzie wyprawy przez pół kontynentu. Będzie jakaś farma np. ze stadniną koni. No i skuter musi poczekać z 2 powodów: środki na jego kupno i nie mam gdzie go trzymać. Nowy komputer - bardziej realny. Najbardziej realne są płetwy treningowe.

Wróciłam do treningów i bardzo miło się zaskoczyłam. Po 7 miesiącach przerwy przepłynęłam 2,700 w ok. godzinę. Jestem z siebie zadowolona. A czemu się wybrałam na basen? Krzyczałam bez powodu. Jak zrozumiałam, że zachowuje się jak skończony debil na następny dzień kupiłam karnet. Pomogło. Teraz ustaliłam sobie treningi. Ponownie - nic się nie zmieniło. W Polsce, by połowy świata nie wybić trenowałam przez 4-5 dni w tygodniu.

To co mogę dodać do listy 'inności' to:
- poczta. Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale nasza jest lepsza. W grudniu zamówiłam paczkę. Przesyłka: ekonomiczna. Czas trwania: 2-3 miesiące. Sprawdzałam co jakiś czas, gdzie paczka się znajduje. Widziałam, że w ciemnej dupie. Okazało się, że listonosz nie dostarczył awiza, ponownego awiza. Nie wiem czego jeszcze, ale nie wiedziałam, że cierpliwie ona na mnie czeka. Ostatnio przez przypadek znalazłam jej numer. Została cofnięta do Polski, bo nikt jej nie odebrał. Tylko do jasnej anielki, jeśli na paczkę czekam minimum 2 miesiące nie sprawdzam jej codziennie na poczcie. Paczkę straciłam.
- nie znam wielu Australijczyków. No, ale kilkunastu już poznałam. Są wrażliwsi niż my. Szybciej ich urazić. Ostatnio strzelono mi focha jak powiedziałam, że są bardziej podobni do Amerykanów niż do Europejczyków. Nie chciałam nic złego powiedzieć. Są między nami różnice np. my mamy wyższy poziom edukacji.
- no właśnie, uczę się opieki nad starszymi ludźmi. Mają procedurę: zminimalizowania ryzyka upadków (Człowiek może upaść na śliskiej podłodze. Co możesz zrobić, by zminimalizować to ryzyko?). W pracach domowych odpowiadam na pytania "dlaczego ludzie chorują". Pomagam znajomemu, który jest na kursie Biznesu. Odpowiadaliśmy na pytania: "Wymień zalety telefonu komórkowego", "Do czego służy e-mail". Znajoma studiuje Hotelarstwo na Uniwersytecie. Nie pamiętam jak, ale znalazła się na podstawach księgowości. Zadanie: Masz kilku zleceniodawców. Wypłatę dostajesz tygodniowo. Dla jednej firmy powinieneś wystawić fv o wartości 250$, dla kolejnej 450$ i tu pada kilka faktur (bez wartości dziesiętnych). Zadanie: ile powinieneś zarabić tygodniowo? Komentarz prowadzącego: "nie spieszcie się. Jeśli chcecie skorzystajcie z kalkulatorów".

Jak oni osiągnęli 2 miejsce na świecie?
Zamieszczam link: http://www.prosperity.com/#!/country/AUS

I tu kolejna rzecz, która nie uległa żadnej zmianie:

nie wracam!


poniedziałek, 7 kwietnia 2014

7 miesięcy i 1 dzień

Przepraszam, że strona jeszcze nie działa, ale sama już nie ogarnę tematu. Nie potrafię. Jedna osoba totalnie się na mnie wypięła więc czekam na wsparcie kogoś innego. Tylko, że ta druga osoba jest zabiegana.
Jeśli nie uda mi się dwóch rzeczy pchnąć to najprawdopodobniej wracam do poprzedniego szablonu.

Za wszelkie usterki i niedogodności przepraszam.

Komentarze dobrze działają w Chromie :)

***

Równo 7 miesięcy temu i 1 dzień wsiadłam do samolotu w Warszawie. Pełna nadziei, przerażenia w oczach i szczęścia przyleciałam do Kangurów. Nadzieja jeszcze nie umarła, przerażenie czasem się pojawia (dwukrotnie za sprawą stanu konta i raz jak brałam prysznic z pająkiem wielkości mojej dłoni - a tych nie mam małych) a szczęście? Momentami zmienia się w coś odwrotnego, ale tylko momentami. Pojawiła się frustracja - w niesamowicie szybkim tempie potrafi niszczyć, i zmęczenie.

Przed wyjazdem wiedziałam, że nie będzie łatwo. Wiedziałam, że będzie to walka z urzędem emigracyjnym, z pracodawcami i z moim angielskim.

Z urzędem walkę wygrałam. Po skończeniu studenckiej zdziwię się jeśli nie dostanę permanentnej wizy. Choć koszt samej aplikacji to chyba 4500$ Mam sporo czasu na uzbieranie tej kwoty. Może wcześniej obrączka się pojawi. Nie pogniewałabym się.

Z Moim nadal jestem. Niebawem 5 albo 6 miesięcy będzie. Tylko od jakiegoś czasu jest nie za dobrze. Mówił, że ma problemy finansowe, ale nie chciał powiedzieć nic więcej i złościł się jak zaczynałam ten temat. 2 dni temu bardzo mocno go przycisnęłam do muru:
- "Mam 2 tygodnie na podjęcie decyzji, gdzie chce się uczyć. Muszę znaleźć inną szkołę. Zostaję tutaj i coś zmieniamy albo wyjeżdżam do innego miasta"
-<płacz> "Jedź"
- "Chyba Ciebie pogięło. Znajdźmy rozwiązanie"
- "Nie będzie go w przeciągu najbliższych miesięcy. Mam zbyt duże długi"
I wreszcie dowiedziałam się o wszystkim.

Później padło:
-"A Ty to właściwie mnie kochasz?"
- "Tak, ale to niczego nie zmienia"

Zmieniło wszystko.

Pomysł zmiany miasta? Impuls. Jeśli nie teraz to najszybciej za pół roku. Niestety, ale wiza studencka jest bardzo drogą namiastką wolności. Nie mogę ot tak się przenieść, bo jest to nielogiczne. Kursy trwają około 6 mcy. Bezsensu w połowie zmieniać szkołę. Nawet jeśli bym się zdecydowała to wszystko musi potrwać. Miesiąc czasu trwa wykreślenie z listy studentów, potem CoE (w tej szkole czekałam 2 tygodnie), a jest to papier jaki nowa szkoła generuje i jest on niezbędny do znalezienia się na liście studentów i tym samym załatwienia wizy. No i sama przeprowadzka. Muszę mieć kasę na koncie na start. Jeśli bym się teraz zdecydowała to czasowo pięknie bym skończyła ogarniać temat w momencie zakończenia kursu.

Tylko... tylko... po co się przenosić? Do sprzątania kibli w innym mieście? Hmm... Na razie jeszcze nie mogę mieć innego rodzaju pracy. Muszę jeszcze się pomęczyć.
Okazało się, że kibel kiblowi nie równy.
W Hiltonie przydłużono mi kontrakt. Ten kończy mi się w maju, a 30 czerwca kończę szkołę. Szukać pracy na ok 2 - 3 mce? To już wolę być w tym Hiltonie. Zmienił się główny manager i ku memu zdziwieniu pomijając wykonywaną pracę, ta firma jest normalna. Spełniłam swoje ciche marzenie - zwiedziłam penthouse. Piękny standard z jeszcze piękniejszym widokiem na ocean z 55 piętra. To mi dupę urwało. WOW!
Przyzwyczaiłam się do swoich kibli, łazienek, stolików rodem z IKEI. Przez 3 tygodnie pracowałam u Francuza. Mają podpisaną umowę z 2 hotelami. Jeden 5 gwiazdek, drugi - tam mogę przywitać się z Gierkiem. Niesamowita różnica w standardzie. Brak różnicy w standardzie pracy. Jeszcze byłam w stanie zrozumieć, że są przewrażliwieni co do kurzu w 5 gwiazdkowcu, ale w tym drugim? W obu miałam sprawdzać pod różnym kątem wszystkie stoliki czy oby na pewno nie została jakaś smuga. Masakra! Dostarczana chemia? Marka Coles (odpowiednik Tesco). Tym się nie da dobrze niczego umyć. Wózki na których trzymamy pościel, ręczniki i takie tam, najczęściej miały połamane kółka więc trzeba było je ciągnąć. Raz nam się przez to woda z wiadra rozlała i była afera. To może przynajmniej dobre pieniądze? Płacili za sprzątnięty pokój, nie za godzinę. No, ale jak przeliczyłam to jedynie Chińczycy zgodzą się na takie warunki. Ucieszyło mnie to, że mnie zwolnili. W momencie kiedy była cisza w Hiltonie miałam ich. Teraz jest coraz lepiej.

sobota, 22 marca 2014

Jestem bohaterem!

Jestem bohaterem! O! A czemu miałabym nim nie być?!
Mam nawet dowód na to! 

Może nie dali kilku czekoladopodobnych słodkości - jestem ich fanem, ale wreszcie mogłam to zrobić! Oddałam krew! Yeah! Szkoda, że nie mogłam tego zrobić w Polsce. Procedury mamy te same, ale niestety polskie pielęgniarki obawiały się, że może mi się coś stać, bo jestem zbyt szczupła. Tutaj jeśli minimalna waga powinna być 45kg, a ja miałam 45,1kg to oznaczało, że spełniłam warunek. Bardzo się z tego powodu ucieszyłam. 

Niebawem będę mogła ponownie się wstawić w centrum krwiodawstwa. Uważam to za powód do dumy. 

Pisząc tego posta zdałam sobie sprawę, że jestem w Australii od ponad 6 miesięcy. 
I coś się we mnie zmieniło? TAK! 
- urosły mi włosy i stałam się blondynką. 
- potrafię przeczytać Draculę w oryginale. 
- cieszą mnie większe drobnostki niż zwykle np. balon o poranku. 
- okazało się, że potrafię planować.
- przestały mnie brzydzić karaluchy.
- stałam się cholerykiem - szybciej wybucham niż zwykle, ale to chyba przez frustrację, która momentami nadal sięga zenitu. 

A to co zauważyłam i ciut mnie zmartwiło to, zamykają mi się coraz bardziej drzwi do Polski. W momencie kiedy wyjechałam masa znajomych pytała dosłownie o wszystko. Towarzystwo bardzo się wykruszyło. Nadal mam kontakt z Tymi najbliższymi, ale to już garsteczka ludzi. Oczywiście warto dla nich wrócić choćby na chwilę. Tylko Tych policzę na palcach jednej ręki.

A jak tutaj jest? 
- do jednego zadzwonię kontrolnie, czy wszystko ok. Zawsze jakoś sobie pomagamy na tyle na ile możemy. 
- do innego na parapetówkę idę i poskarżył się, że pojawiły się problemy z pracą więc może coś jakoś... 
- inny mi pomógł w kwestiach zarobkowych
- kolejną z butelką wina odwiedzę, bo bardzo miło się zaskoczyłam jej zachowaniem
- do innej jak zadzwonię to przegadamy kilka godzin (Łobuz przeniósł się do Adelajdy i niebawem ucieknie z tego kontynentu)

I jakoś życie płynie. Powoli, powoli do przodu. 


Chyba mogę już stwierdzić, że kończę stawiać fundamenty. Jeszcze pozostała mi zmiana pracy na normalną i zacznę budować mury swego domostwa. 


piątek, 21 marca 2014

Rozwój historii bibliotecznej

Nie wiem jak się potoczyły dalsze losy Skośnookiej Parki. Mam nadzieję, że nadal są razem i wszystko im się cudownie ułożyło. No, dobra będzie bajkowo - i żyją długo i szczęśliwie!

Wiem, że poczułam ulgę patrząc na nich i powstała nadzieja.

Miałam z Moim poważną rozmowę. Nie była ona tak spokojna jak w ich przypadku. Była wersją hardcore. Doprowadziłam do płaczu 49letniego mężczyznę. Jak i sama wpadłam w histerię. Wykrzyczeliśmy chyba najgłupsze z możliwych 'bolączek':

- bo Ty mnie nie rozumiesz?!
+ bo mówisz w języku dla mnie obcym?! Czego się dziwisz, że nie rozumiem?! To co, to jest moja wina?!
- TAK!!! Bo mnie nie rozumiesz!!!

Po przedstawieniu podobnych do tego argumentów i zastosowaniu adekwatnej kontry. Po przedstawieniu dyplomatycznych rozwiązań konfliktów poprzez szybkie opuszczenie domu. Po próbach załagodzenia sytuacji: "No nie rycz! Na mnie to nie działa!". Zaczęliśmy rozmawiać.
Usłyszałam jedne z najpiękniejszych zdań w moim życiu. I co najlepsze - jest zmiana. Z obu stron, bo swoje za uszami też mam.

A bibliotekę zmieniłam na mniejszą, uboższą w księgozbiór, ale bliższą.

Porządki tu, porządki tam.

Jak widać remont trwa. Jeszcze nie jest idealnie. Ba! Nawet nie jest dobrze, ale już jest zdatny do użytku. Co prawda przeraża mnie chaos w menu (tam to już jest anarchia), ale mogę publikować nowe posty :)

To co zostanie jeszcze zmienione, to:
- social media,
- zwalczenie bajzlu w menu i tym samym zredagowanie treści
- umieszczenie zdjęć
- urozmaicenie kolorystyki

I chyba wtedy będzie wyglądał w miarę profesjonalnie.

Zrobiłabym to szybciej, ale zawsze pojawiało się jakieś 'ale'.

I tym razem padło na szkołę.
Nie mowa o trudnościach w rozwiązaniu assessmentów, bo w nich mam pytania w stylu: "dlaczego ludzie chorują", ale mowa o administracji szkoły.

Zdałam sobie sprawę, że wszelkie nieszczęścia jakie mnie tu spotkały były powiązane ze szkołą:
- problemy ze zmianą grupy językowej na wyższy poziom. Mocno odczuwałam, że szkole zależy jedynie na pieniądzach. Pierwsze zadawane przez dyrektora pytania były typu: "a na jak długo kurs wykupiłaś? O, na 6 mcy... to zaczynasz od beginersów." Nieistotne było to, że najodpowiedniejszy dla mnie level był średniozaawansowany (co prawda w Polsce byłam na zaawansowanym, ale były to dla mnie zbyt wysokie progi). Za prawie 3 miesiące beginersów miałam płacić.

- w momencie kiedy wybrałam się na oficjalny urlop, bym mogła pracować w większym wymiarze czasu pracy to szkoła jakoś o tym fakcie zapomniała i przez cały okres jego trwania miałam wpisywane nieobecności. Jestem na wizie studenckiej - frekwencja jest istotna.

- Urlop skończyłam, ale nie byłam w stanie powrócić do 5dniowej nauki. Nie miałam na to czasu. Dyrektor z dnia na dzień przeniósł moje dokumenty na kurs zawodowy. Miałam wypełnić wszelkie formalności i od poniedziałku zacząć Aged Care. W poniedziałek nie byłam w stanie przyjść, ale wszelkie dokumenty wysłałam mailem. Po kilku dniach dostałam wiadomość od agenta, że zostałam wykreślona z listy studentów ponieważ nie dostarczyłam niezbędnych papierów i nie wstawiłam się na zajęciach. Ciśnienie mi się podniosło. Zadzwoniłam. Dopiero podczas rozmowy telefonicznej administracja znalazła moje 3 maile.
W szkole w kolejny poniedziałek usłyszałam rozmowę:
- ejjj student mówił, że wysłał do ciebie maila
+ Ty wiesz ile ja ich mam do czytania?

Nie chce być nieuprzejma, ale na tym polega jej praca!

Jeśli zostałam wykreślona z listy studentów mogłam mieć problem z wizą.

Pojawiłam się w kolejny poniedziałek i panie rozłożyły ręce, bo nie wiedziały co mają za mną począć. Przez ich pomyłkę zabrano mi tydzień wakacji.

- No, ale jeśli już zmieniłam profil kursu to musiałam aplikować o nową wizę. Oczywiście szkołę to przerosło i zgubiono dokumenty. Na domiar złego zaczęto kręcić. Administracja wysłała maila do agenta stacjonującego w innym mieście, że ich nie podpisałam i mam się niezwłocznie pojawić w szkole. Tylko, że je prawidłowo wypełniłam. Nawet administracja na tych dokumentach przypięła kartkę z moimi danymi kontaktowymi, bo poprosiłam o ich skan. Łatwiej okłamać i zrobić ze studenta idiotę niż przyznać się do błędu.

- moje dokumenty zostały ponownie zgubione. Tym razem inne. Najlepsze jest to, że szkoła ten jeden papier sama wygenerowała i gdzieś go posiała. Poproszono mnie o wysłanie go do nich.

- Wizę dostałam, rozpoczęłam nowy kurs. To cóż złego może jeszcze się wydarzyć? Już chyba nic.
A jednak. Szkoła zawsze dba o rozrywkę. Czemu widniałam na dwóch listach obecności do dzisiaj nie wiem. Nikt nie został poinformowany, że zmieniłam kurs z General English na VET i w GE miałam wpisywane nieobecności. Przez przypadek spotkałam swojego nauczyciela na korytarzu i sprawę sprostowałam.

- W ostatnim miesiącu miałam problemy finansowe. Poprosiłam szkołę o jednorazową zmianę terminu płatności. Szkoła wyraziła zgodę. Na następny dzień stałam przed kasą, chciałam zapłacić. Transakcja została odrzucona. Sprawdziłam konto i zobaczyłam stan ok. -200$. Za stworzenie niedozwolonego salda została pobrana kwota 30$. Szkoła robiła wszystko co mogła, by mi nie oddać pieniędzy. Nie miałam na czynsz i na jedzenie. Oczywiście sprawę zgłosiłam agentowi i po przeczytaniu odpowiedzi pani dyrektor stwierdziłam, że nie odpuszczę. Pani dyrektor chciała pożyczyć mi pieniądze tylko ja odmówiłam (WTF?). Za wszelkie powyżej przeze mnie opisane sytuacje odpowiadał pracownik, który został już zwolniony więc nie mogą nic zrobić (ponownie WTF? Pokazałam palcem kto zgubił moje dokumenty).
Przedstawiłam agentowi moją opinię - pani dyrektor przedstawiła bardzo wygodną dla siebie historię, która niestety jest kłamstwem mającym na celu wybielenie wszelkich nieścisłości i pomyłek tejże wspaniałej instytucji. W kolejnej wiadomości przeczytał, że chce obniżenia czesnego w ramach zadośćuczynienia - szkoła od kilku dni milczy.

Sprawę szkoły zaczęłam sama wyjaśniać i wszelkie nieścisłości zgłosiłam do Overseas Students Ombudsman. Może im uda się zrobić porządek ze szkołą. Ja cierpliwie czekam na ciąg dalszy :)

Może nie ugram tego czego chcę, ale mam nadzieję, że gnojom nosa utrę.

poniedziałek, 17 marca 2014

przepraszam

jak widac cos sie zmienia i mam nadzieje, ze bedzie bardziej atrakcyjnie. Niestety potrzebuje ciut na to czasu wiec przepaszam za cisze i w tym momencie za w 50% sprawna strone.

Postaram sie jak najszybciej wszystko poprawic :)

środa, 5 marca 2014

Biblioteka

Źle się zaczęło dziać.

Praca - w całym hotelu mają ok. 50 gości więc nie potrzebują pracowników. Przez ostatnie 2 tygodnie pracowałam aż 3 godziny. Znalazłam inną pracę. Ostatnio o niej wspomniałam. Codziennie budzę się o 4:40 i przez dwie godziny pracuję. Daje mi to kasę na życie, na mieszkanie, ale w całości za szkołę nie uzbieram. Muszę jeszcze mieć coś ekstra z dwóch powodów: w maju kończy mi się kontrakt w Hiltonie i teraz mam problemy finansowe.
Francuz wieczorową porą odezwał się i przeprosił za ciszę. Miałam dzień testowy za który mi zapłacą. Dostałam prace. Tylko jeszcze nie wiem kiedy konkretnie ją zacznę. Los proszę, by od przyszłego tygodnia.

Teraz już wiem, że za szkołę nie zapłacę w terminie. Trudno.

Sprawy damsko-męskie okazały się bardziej skomplikowane niż sądziłam.

Żeby przestać myśleć i wariować wybrałam się do biblioteki odrobić prace domowe i...

Na przeciwko mnie siedziała śliczna Japonka. Bawiła się włosami. Spoglądała na komórkę. Czasem coś zanotowała w zeszycie. W pewnym momencie znienacka podszedł (jak na standardy skośnookich) przystojny chłopak. Pocałował ją w głowę. Usiadł koło niej. Chwycił za rękę i założył na nadgarstek drobny łańcuszek. Zaczęli rozmawiać. On przytula. Rękę położył na nodze. Ona lekko się uśmiecha. Lekko, bo widać, że cierpi. Myśli. Rękę zdejmuje z nogi. Kładzie na stół. Dalej rozmawiają. Jest poważnie.

Przyznam, że spoglądając na to czuję się jak w kinie. I może to straszne, ale czuję ulgę. Może dojdą do porozumienia. Może... we mnie urosła nadzieja choć nie wiem czemu.

Dała szansę. Ona założyła słuchawki i się odcięła. On odpłynął w świat notatek. Trzymają się za ręce.

Idę po kawę...

czwartek, 27 lutego 2014

Przestroga

Jeśli już zaczęłam się czepiać tych, którzy przeliczają to napiszę drobną przestrogę. Mam nadzieję, że nikogo nie obrażę.

Drobna dygresja:
Nie chce z siebie teraz robić gwiazdy co to wyjechała, by olśnić swym blaskiem Australijczyków. Sama potrzebuje jeszcze wiele się nauczyć, nadal mam problemy z komunikacją i jeszcze nie postawiłam oczekiwanych fundamentów.

W tym samym terminie co ja przyjechało młode małżeństwo.
Na pierwszy rzut oka sympatyczni, weseli i zdroworozsądkowi. To co mnie zaskoczyło to zdecydowali się na wyjazd do kraju w którym totalnie nie znali języka. Osobiście nie odważyłabym się. Miesiąc przed wyjazdem padło pytanie do agenta:
- "Panie X a czy na kurs się jakiś powinniśmy zapisać? Wie, Pan ja nie dogadam się"
+ "Zapisaliście się do szkoły językowej to tam się nauczycie"

Co innego mógł powiedzieć na miesiąc przed wyjazdem.

Ciągle wspominali o koniecznym momencie rozstania się z pierogami, ogórkami kiszonymi i bigosem. Obawiali się, że nie znajdą substytutu. Ja tam się bardziej martwiłam, że może być ciężko o pracę. No, ale są różne obawy u różnych ludzi.

Wyjechaliśmy.

Przez pierwsze tygodnie starałam się z nimi trzymać, bo w ogóle polskiego nie słyszałam. A to były jedyne osoby, które jakkolwiek znałam. Do tej pory się cieszę, że nie zamieszkałam z nimi.

Urywek rozmowy:
- "ejj chodźcie na piwo"
+ "nie, bo pieniędzy nie mamy. Jeszcze pracy nie znaleźliśmy. W sumie to i do domu później daleko, a autobusami nie jeździmy, bo drogo więc wszędzie na pieszo chodzimy. A i tak jak skończymy pić to ciemno będzie a Ona boi się chodzić skrótem nocą <skrót = wylana asfaltem ścieżka przez park. Na pieszo max 5 minut>"
- "pomijając piwo, czemu rowerów nie kupicie?"
+ "to nic nie da, bo i tak przez park będziemy musieli przejechać"
- "no ale zawsze możecie jechać tak jak autobus i szybciej też będzie"
+ "wtedy nie będziemy mogli korzystać ze skrótu"
- <myślę 'bezsensowna rozmowa'> zamilkłam

Ów Państwo stwierdziło, że za mniejsze pieniądze niż najniższa krajowa pracować nie będą. Praca ma być legalna.
A jak jest na prawdę: jeśli na zajęciach uczy się języka od poziomu 'where are you from' to niestety, ale o takiej pracy można zapomnieć. Nawet na pokojówkę trzeba mieć min. komunikatywny.

Kolejne komentarze:
- agent był beznadziejny, bo polecił Gold Coast, a nie Melbourne, gdzie jest duża Polonia. Na pewno ktoś, by nam pomógł. <do tej pory nie rozumiem, niby dlaczego ktoś miałby im pomóc? To jakiś obowiązek?>
- szkoła jest zła, bo nie znalazła pracy, a jedynie poprawiono resume
- miasto to już w ogóle jest beznadziejne, bo tu nie ma normalnej pracy

Przyznam, że siła propagandy jest olbrzymia i przez pewien moment sama wpadłam w panikę.

Doradziłam jak należy tutaj szukać pracy. Usłyszałam:
- "ja nie będę przed szkołą siedział na gumtree. Nie mam na to czasu. Na pieszo chodzimy do szkoły <5-7km w jedną stronę> i nie mamy jak sprawdzać"
+ "no, ale idąc przecież możesz przeglądnąć listę"
- "i co mi to da jak nie wyślę resume?"
+ "możesz je wysłać ze szkolnego komputera"
- "no tak, ale po drodze jak będę siedział na necie to muszę za niego zapłacić. A wiesz, że nam się nie przelewa"

I taka to była rozmowa.

Okazało się, że Tato załatwił jednemu pracę, Mama drugiemu. Jak kupili tv i nie mieli stolika to rodzina w gratisie kupiła meble do całego mieszkania i tak dalej i tak dalej.

Proszę, jeśli przez całe życie Wasza samodzielność ograniczyła się do cotygodniowych zakupów w Auchan to nie przyjeżdżajcie tutaj. Nie odnajdziecie się. Tu nikt Wam nie zaoferuje ot tak pracy. Nikt z otwartymi ramionami nie przygarnie Was dlatego, bo zdecydowaliście się na wyjazd. Szkoda Waszych pieniędzy, wysiłku, czasu i nerwów.