sobota, 22 marca 2014

Jestem bohaterem!

Jestem bohaterem! O! A czemu miałabym nim nie być?!
Mam nawet dowód na to! 

Może nie dali kilku czekoladopodobnych słodkości - jestem ich fanem, ale wreszcie mogłam to zrobić! Oddałam krew! Yeah! Szkoda, że nie mogłam tego zrobić w Polsce. Procedury mamy te same, ale niestety polskie pielęgniarki obawiały się, że może mi się coś stać, bo jestem zbyt szczupła. Tutaj jeśli minimalna waga powinna być 45kg, a ja miałam 45,1kg to oznaczało, że spełniłam warunek. Bardzo się z tego powodu ucieszyłam. 

Niebawem będę mogła ponownie się wstawić w centrum krwiodawstwa. Uważam to za powód do dumy. 

Pisząc tego posta zdałam sobie sprawę, że jestem w Australii od ponad 6 miesięcy. 
I coś się we mnie zmieniło? TAK! 
- urosły mi włosy i stałam się blondynką. 
- potrafię przeczytać Draculę w oryginale. 
- cieszą mnie większe drobnostki niż zwykle np. balon o poranku. 
- okazało się, że potrafię planować.
- przestały mnie brzydzić karaluchy.
- stałam się cholerykiem - szybciej wybucham niż zwykle, ale to chyba przez frustrację, która momentami nadal sięga zenitu. 

A to co zauważyłam i ciut mnie zmartwiło to, zamykają mi się coraz bardziej drzwi do Polski. W momencie kiedy wyjechałam masa znajomych pytała dosłownie o wszystko. Towarzystwo bardzo się wykruszyło. Nadal mam kontakt z Tymi najbliższymi, ale to już garsteczka ludzi. Oczywiście warto dla nich wrócić choćby na chwilę. Tylko Tych policzę na palcach jednej ręki.

A jak tutaj jest? 
- do jednego zadzwonię kontrolnie, czy wszystko ok. Zawsze jakoś sobie pomagamy na tyle na ile możemy. 
- do innego na parapetówkę idę i poskarżył się, że pojawiły się problemy z pracą więc może coś jakoś... 
- inny mi pomógł w kwestiach zarobkowych
- kolejną z butelką wina odwiedzę, bo bardzo miło się zaskoczyłam jej zachowaniem
- do innej jak zadzwonię to przegadamy kilka godzin (Łobuz przeniósł się do Adelajdy i niebawem ucieknie z tego kontynentu)

I jakoś życie płynie. Powoli, powoli do przodu. 


Chyba mogę już stwierdzić, że kończę stawiać fundamenty. Jeszcze pozostała mi zmiana pracy na normalną i zacznę budować mury swego domostwa. 


piątek, 21 marca 2014

Rozwój historii bibliotecznej

Nie wiem jak się potoczyły dalsze losy Skośnookiej Parki. Mam nadzieję, że nadal są razem i wszystko im się cudownie ułożyło. No, dobra będzie bajkowo - i żyją długo i szczęśliwie!

Wiem, że poczułam ulgę patrząc na nich i powstała nadzieja.

Miałam z Moim poważną rozmowę. Nie była ona tak spokojna jak w ich przypadku. Była wersją hardcore. Doprowadziłam do płaczu 49letniego mężczyznę. Jak i sama wpadłam w histerię. Wykrzyczeliśmy chyba najgłupsze z możliwych 'bolączek':

- bo Ty mnie nie rozumiesz?!
+ bo mówisz w języku dla mnie obcym?! Czego się dziwisz, że nie rozumiem?! To co, to jest moja wina?!
- TAK!!! Bo mnie nie rozumiesz!!!

Po przedstawieniu podobnych do tego argumentów i zastosowaniu adekwatnej kontry. Po przedstawieniu dyplomatycznych rozwiązań konfliktów poprzez szybkie opuszczenie domu. Po próbach załagodzenia sytuacji: "No nie rycz! Na mnie to nie działa!". Zaczęliśmy rozmawiać.
Usłyszałam jedne z najpiękniejszych zdań w moim życiu. I co najlepsze - jest zmiana. Z obu stron, bo swoje za uszami też mam.

A bibliotekę zmieniłam na mniejszą, uboższą w księgozbiór, ale bliższą.

Porządki tu, porządki tam.

Jak widać remont trwa. Jeszcze nie jest idealnie. Ba! Nawet nie jest dobrze, ale już jest zdatny do użytku. Co prawda przeraża mnie chaos w menu (tam to już jest anarchia), ale mogę publikować nowe posty :)

To co zostanie jeszcze zmienione, to:
- social media,
- zwalczenie bajzlu w menu i tym samym zredagowanie treści
- umieszczenie zdjęć
- urozmaicenie kolorystyki

I chyba wtedy będzie wyglądał w miarę profesjonalnie.

Zrobiłabym to szybciej, ale zawsze pojawiało się jakieś 'ale'.

I tym razem padło na szkołę.
Nie mowa o trudnościach w rozwiązaniu assessmentów, bo w nich mam pytania w stylu: "dlaczego ludzie chorują", ale mowa o administracji szkoły.

Zdałam sobie sprawę, że wszelkie nieszczęścia jakie mnie tu spotkały były powiązane ze szkołą:
- problemy ze zmianą grupy językowej na wyższy poziom. Mocno odczuwałam, że szkole zależy jedynie na pieniądzach. Pierwsze zadawane przez dyrektora pytania były typu: "a na jak długo kurs wykupiłaś? O, na 6 mcy... to zaczynasz od beginersów." Nieistotne było to, że najodpowiedniejszy dla mnie level był średniozaawansowany (co prawda w Polsce byłam na zaawansowanym, ale były to dla mnie zbyt wysokie progi). Za prawie 3 miesiące beginersów miałam płacić.

- w momencie kiedy wybrałam się na oficjalny urlop, bym mogła pracować w większym wymiarze czasu pracy to szkoła jakoś o tym fakcie zapomniała i przez cały okres jego trwania miałam wpisywane nieobecności. Jestem na wizie studenckiej - frekwencja jest istotna.

- Urlop skończyłam, ale nie byłam w stanie powrócić do 5dniowej nauki. Nie miałam na to czasu. Dyrektor z dnia na dzień przeniósł moje dokumenty na kurs zawodowy. Miałam wypełnić wszelkie formalności i od poniedziałku zacząć Aged Care. W poniedziałek nie byłam w stanie przyjść, ale wszelkie dokumenty wysłałam mailem. Po kilku dniach dostałam wiadomość od agenta, że zostałam wykreślona z listy studentów ponieważ nie dostarczyłam niezbędnych papierów i nie wstawiłam się na zajęciach. Ciśnienie mi się podniosło. Zadzwoniłam. Dopiero podczas rozmowy telefonicznej administracja znalazła moje 3 maile.
W szkole w kolejny poniedziałek usłyszałam rozmowę:
- ejjj student mówił, że wysłał do ciebie maila
+ Ty wiesz ile ja ich mam do czytania?

Nie chce być nieuprzejma, ale na tym polega jej praca!

Jeśli zostałam wykreślona z listy studentów mogłam mieć problem z wizą.

Pojawiłam się w kolejny poniedziałek i panie rozłożyły ręce, bo nie wiedziały co mają za mną począć. Przez ich pomyłkę zabrano mi tydzień wakacji.

- No, ale jeśli już zmieniłam profil kursu to musiałam aplikować o nową wizę. Oczywiście szkołę to przerosło i zgubiono dokumenty. Na domiar złego zaczęto kręcić. Administracja wysłała maila do agenta stacjonującego w innym mieście, że ich nie podpisałam i mam się niezwłocznie pojawić w szkole. Tylko, że je prawidłowo wypełniłam. Nawet administracja na tych dokumentach przypięła kartkę z moimi danymi kontaktowymi, bo poprosiłam o ich skan. Łatwiej okłamać i zrobić ze studenta idiotę niż przyznać się do błędu.

- moje dokumenty zostały ponownie zgubione. Tym razem inne. Najlepsze jest to, że szkoła ten jeden papier sama wygenerowała i gdzieś go posiała. Poproszono mnie o wysłanie go do nich.

- Wizę dostałam, rozpoczęłam nowy kurs. To cóż złego może jeszcze się wydarzyć? Już chyba nic.
A jednak. Szkoła zawsze dba o rozrywkę. Czemu widniałam na dwóch listach obecności do dzisiaj nie wiem. Nikt nie został poinformowany, że zmieniłam kurs z General English na VET i w GE miałam wpisywane nieobecności. Przez przypadek spotkałam swojego nauczyciela na korytarzu i sprawę sprostowałam.

- W ostatnim miesiącu miałam problemy finansowe. Poprosiłam szkołę o jednorazową zmianę terminu płatności. Szkoła wyraziła zgodę. Na następny dzień stałam przed kasą, chciałam zapłacić. Transakcja została odrzucona. Sprawdziłam konto i zobaczyłam stan ok. -200$. Za stworzenie niedozwolonego salda została pobrana kwota 30$. Szkoła robiła wszystko co mogła, by mi nie oddać pieniędzy. Nie miałam na czynsz i na jedzenie. Oczywiście sprawę zgłosiłam agentowi i po przeczytaniu odpowiedzi pani dyrektor stwierdziłam, że nie odpuszczę. Pani dyrektor chciała pożyczyć mi pieniądze tylko ja odmówiłam (WTF?). Za wszelkie powyżej przeze mnie opisane sytuacje odpowiadał pracownik, który został już zwolniony więc nie mogą nic zrobić (ponownie WTF? Pokazałam palcem kto zgubił moje dokumenty).
Przedstawiłam agentowi moją opinię - pani dyrektor przedstawiła bardzo wygodną dla siebie historię, która niestety jest kłamstwem mającym na celu wybielenie wszelkich nieścisłości i pomyłek tejże wspaniałej instytucji. W kolejnej wiadomości przeczytał, że chce obniżenia czesnego w ramach zadośćuczynienia - szkoła od kilku dni milczy.

Sprawę szkoły zaczęłam sama wyjaśniać i wszelkie nieścisłości zgłosiłam do Overseas Students Ombudsman. Może im uda się zrobić porządek ze szkołą. Ja cierpliwie czekam na ciąg dalszy :)

Może nie ugram tego czego chcę, ale mam nadzieję, że gnojom nosa utrę.

poniedziałek, 17 marca 2014

przepraszam

jak widac cos sie zmienia i mam nadzieje, ze bedzie bardziej atrakcyjnie. Niestety potrzebuje ciut na to czasu wiec przepaszam za cisze i w tym momencie za w 50% sprawna strone.

Postaram sie jak najszybciej wszystko poprawic :)

środa, 5 marca 2014

Biblioteka

Źle się zaczęło dziać.

Praca - w całym hotelu mają ok. 50 gości więc nie potrzebują pracowników. Przez ostatnie 2 tygodnie pracowałam aż 3 godziny. Znalazłam inną pracę. Ostatnio o niej wspomniałam. Codziennie budzę się o 4:40 i przez dwie godziny pracuję. Daje mi to kasę na życie, na mieszkanie, ale w całości za szkołę nie uzbieram. Muszę jeszcze mieć coś ekstra z dwóch powodów: w maju kończy mi się kontrakt w Hiltonie i teraz mam problemy finansowe.
Francuz wieczorową porą odezwał się i przeprosił za ciszę. Miałam dzień testowy za który mi zapłacą. Dostałam prace. Tylko jeszcze nie wiem kiedy konkretnie ją zacznę. Los proszę, by od przyszłego tygodnia.

Teraz już wiem, że za szkołę nie zapłacę w terminie. Trudno.

Sprawy damsko-męskie okazały się bardziej skomplikowane niż sądziłam.

Żeby przestać myśleć i wariować wybrałam się do biblioteki odrobić prace domowe i...

Na przeciwko mnie siedziała śliczna Japonka. Bawiła się włosami. Spoglądała na komórkę. Czasem coś zanotowała w zeszycie. W pewnym momencie znienacka podszedł (jak na standardy skośnookich) przystojny chłopak. Pocałował ją w głowę. Usiadł koło niej. Chwycił za rękę i założył na nadgarstek drobny łańcuszek. Zaczęli rozmawiać. On przytula. Rękę położył na nodze. Ona lekko się uśmiecha. Lekko, bo widać, że cierpi. Myśli. Rękę zdejmuje z nogi. Kładzie na stół. Dalej rozmawiają. Jest poważnie.

Przyznam, że spoglądając na to czuję się jak w kinie. I może to straszne, ale czuję ulgę. Może dojdą do porozumienia. Może... we mnie urosła nadzieja choć nie wiem czemu.

Dała szansę. Ona założyła słuchawki i się odcięła. On odpłynął w świat notatek. Trzymają się za ręce.

Idę po kawę...

czwartek, 27 lutego 2014

Przestroga

Jeśli już zaczęłam się czepiać tych, którzy przeliczają to napiszę drobną przestrogę. Mam nadzieję, że nikogo nie obrażę.

Drobna dygresja:
Nie chce z siebie teraz robić gwiazdy co to wyjechała, by olśnić swym blaskiem Australijczyków. Sama potrzebuje jeszcze wiele się nauczyć, nadal mam problemy z komunikacją i jeszcze nie postawiłam oczekiwanych fundamentów.

W tym samym terminie co ja przyjechało młode małżeństwo.
Na pierwszy rzut oka sympatyczni, weseli i zdroworozsądkowi. To co mnie zaskoczyło to zdecydowali się na wyjazd do kraju w którym totalnie nie znali języka. Osobiście nie odważyłabym się. Miesiąc przed wyjazdem padło pytanie do agenta:
- "Panie X a czy na kurs się jakiś powinniśmy zapisać? Wie, Pan ja nie dogadam się"
+ "Zapisaliście się do szkoły językowej to tam się nauczycie"

Co innego mógł powiedzieć na miesiąc przed wyjazdem.

Ciągle wspominali o koniecznym momencie rozstania się z pierogami, ogórkami kiszonymi i bigosem. Obawiali się, że nie znajdą substytutu. Ja tam się bardziej martwiłam, że może być ciężko o pracę. No, ale są różne obawy u różnych ludzi.

Wyjechaliśmy.

Przez pierwsze tygodnie starałam się z nimi trzymać, bo w ogóle polskiego nie słyszałam. A to były jedyne osoby, które jakkolwiek znałam. Do tej pory się cieszę, że nie zamieszkałam z nimi.

Urywek rozmowy:
- "ejj chodźcie na piwo"
+ "nie, bo pieniędzy nie mamy. Jeszcze pracy nie znaleźliśmy. W sumie to i do domu później daleko, a autobusami nie jeździmy, bo drogo więc wszędzie na pieszo chodzimy. A i tak jak skończymy pić to ciemno będzie a Ona boi się chodzić skrótem nocą <skrót = wylana asfaltem ścieżka przez park. Na pieszo max 5 minut>"
- "pomijając piwo, czemu rowerów nie kupicie?"
+ "to nic nie da, bo i tak przez park będziemy musieli przejechać"
- "no ale zawsze możecie jechać tak jak autobus i szybciej też będzie"
+ "wtedy nie będziemy mogli korzystać ze skrótu"
- <myślę 'bezsensowna rozmowa'> zamilkłam

Ów Państwo stwierdziło, że za mniejsze pieniądze niż najniższa krajowa pracować nie będą. Praca ma być legalna.
A jak jest na prawdę: jeśli na zajęciach uczy się języka od poziomu 'where are you from' to niestety, ale o takiej pracy można zapomnieć. Nawet na pokojówkę trzeba mieć min. komunikatywny.

Kolejne komentarze:
- agent był beznadziejny, bo polecił Gold Coast, a nie Melbourne, gdzie jest duża Polonia. Na pewno ktoś, by nam pomógł. <do tej pory nie rozumiem, niby dlaczego ktoś miałby im pomóc? To jakiś obowiązek?>
- szkoła jest zła, bo nie znalazła pracy, a jedynie poprawiono resume
- miasto to już w ogóle jest beznadziejne, bo tu nie ma normalnej pracy

Przyznam, że siła propagandy jest olbrzymia i przez pewien moment sama wpadłam w panikę.

Doradziłam jak należy tutaj szukać pracy. Usłyszałam:
- "ja nie będę przed szkołą siedział na gumtree. Nie mam na to czasu. Na pieszo chodzimy do szkoły <5-7km w jedną stronę> i nie mamy jak sprawdzać"
+ "no, ale idąc przecież możesz przeglądnąć listę"
- "i co mi to da jak nie wyślę resume?"
+ "możesz je wysłać ze szkolnego komputera"
- "no tak, ale po drodze jak będę siedział na necie to muszę za niego zapłacić. A wiesz, że nam się nie przelewa"

I taka to była rozmowa.

Okazało się, że Tato załatwił jednemu pracę, Mama drugiemu. Jak kupili tv i nie mieli stolika to rodzina w gratisie kupiła meble do całego mieszkania i tak dalej i tak dalej.

Proszę, jeśli przez całe życie Wasza samodzielność ograniczyła się do cotygodniowych zakupów w Auchan to nie przyjeżdżajcie tutaj. Nie odnajdziecie się. Tu nikt Wam nie zaoferuje ot tak pracy. Nikt z otwartymi ramionami nie przygarnie Was dlatego, bo zdecydowaliście się na wyjazd. Szkoda Waszych pieniędzy, wysiłku, czasu i nerwów.


środa, 26 lutego 2014

Koszta życia

Nawet pochodziłam po sklepach :)

i w pewnym momencie jeden sklepikarz 3 krotnie o tel. mnie pytał ha ha

Tylko zanim przejdę do cen produktów takich jak ubrania to nastąpi drobne wyjaśnienie.

Jestem singlem więc koszta inaczej wyglądają niż w przypadku pary bądź rodziny. Ja nie muszę wynajmować całego domu, a jedynie pokój. Mieszkam w Gold Coast i mogę podać tutejsze ceny. Wiadome jest, że w innych miastach koszta będą inaczej wyglądały.

Sytuacja wygląda następująco:
Średnio tygodniowo zarabiam 500-700$ (teraz to moja dwutygodniowa wypłata więc muszę mocno pasa zacisnąć).
- pokój 150$. Mam na tyle dobrych lokatorów, że nic mnie nie interesuje. Nie kupuje żadnej chemii ani niczego takiego. Udało mi się trafić.
- średnio na jedzenie, gdzie czasem zjem śniadanie w subwayu albo pójdę na piwo wieczorem (w wersji kulturalnej jakieś 2-4 piwa) bądź zjem jakiegoś kebaba, burgera cokolwiek to wydaję 60$
- komunikacja miejska zdrożała i wydaję na nią ok. 30$
- 30$ telefon miesięcznie. Przyznam, że nie chce mi się liczyć ile to $ tyg
- 162$ tyg -> szkoła

Łącznie wychodzi ok. 410$

Mój facet wynajmuje cały dom w dobrej dzielnicy (pochwalę się, mieszkam w ciut lepszej) i wydaje 600$. Dom jest dwupiętrowy i składa się z : garażu, 2 kuchni, 5sypialni, dużego salonu i czegoś na wzór spiżarni, schowka. Za domem może przycumować swoje łódki, bo ma dostęp do pomostu i całego osprzętu.

Czasem wypadałoby sobie nieco odświeżyć garderobę i:
- jeansy - ceny wahają się od kilkunastu do 70$ (te drogie są marki 'just jeans' - uwielbiam ich nazwy)
- buty - sandały znalazłam za 10$, ale to takie jednorazówki, które zazwyczaj okazują się nie do zdarcia. Japonki najczęściej są sprzedawane 'kup 2 pary w cenie 10$'. Buty do biegania markowe min. 80$ (to się bardziej opłaca w Polsce kupić) Buty na obcasie - w KMarcie widziałam za 5$ tylko to jest KMart. W nim można kupić wszystko: drukarkę do komputera, ubrania, karmę dla psów i farbki do malowania. Coś na wzór tesco, ale znaaacznie o mniejszych rozmiarach i bez spożywki. Czasem za bardzo małe pieniądze można natknąć się na dobrą jakość, przykład bawełniane t-shirty a'la bokserki - 2$ sztuka
- sukienki - nowa kolekcja min 30$. Stara ok. 20$
- ubrania sportowe - KMart spodnie do biegania ok10$, markowe 80$. Podobnie wygląda z t-shirtami.
- bielizna - stanik: 'kup 2 w cenie 1 - 20$' majtki - trójpak bawełny 8$, koronka też ok 8$, ale za sztukę.

Za męskimi rzeczami nie patrzyłam. Uzupełnię kiedy indziej. Wydaje mi się, że ceny będą zbliżone

Australia jest bardzo drogim krajem jeśli jest się turystą. Jeśli się pracuje to koszta życia olbrzymie nie są. Niektóre produkty są tańsze niż w Polsce i w tym temacie zamilknę, bo chce pobawić się e-bayem :)

Tylko jeśli ktoś przelicza non stop dolar - złotówka to stwierdzi, że tu żyć się nie da. W moim przekonaniu jedynie głupcy tak robią. Nie można porównywać dwóch zupełnie innych krajów. Mamy inną sytuację ekonomiczną i gospodarczą. Przyjeżdżasz tutaj, żyjesz tutaj, to masz dolary w portfelu więc czemu myślisz złotówkami?

piątek, 21 lutego 2014

Ja chce STOP :)

Czasami bym chciała, by wszystko wokół mnie zatrzymało się. Ot, taki znak stopu! Nawet nie wiem jak to się stało, ale już jest druga połowa lutego. Za szybko wszystko się dzieje. A może to i lepiej? Przynajmniej się nie nudzę.

W hotelu zmniejszyli liczbę godzin i teraz pracuję 3 dni w tygodniu. No, ale stwierdzono, że zatrudnią nowych pracowników. Nie wiem gdzie jest tu sens i logika, ale po policzeniu wypłaty z przerażeniem w oczach stwierdziłam, że muszę znaleźć coś dodatkowego i to w try miga.
Liczyłam na Francuza wieczorową porą, ale okazał się łobuzem jakich mało. Nasze spotkanie dla mnie było zwykłym piwem z nowo poznanym znajomym. Tylko, że nowo poznany znajomy był zbyt miły dla mnie. Przygotowana przez niego kolacja była zbyt wyszukana. Pomoc zbyt duża. Dla czystego sumienia wtrąciłam dwukrotnie, że mam chłopaka. Teraz starałam się z nim skontaktować. Nie odpisał na smsa, nie odebrał telefonu. Nie ma randek - nie ma pracy.  
Poszukałam sama. Nowa jest równie gówniana jak obecna, ale lepiej płatna, a co za tym idzie łącząc dwie wypłaty mam ponownie stabilną sytuację. Mogę powrócić do moich planów, które przez ostatnie półtora tygodnia zostały zachwiane :)

Postanowiłam, że w te wakacje zwiedzę tą stronę kontynentu, czyli Rafa Koralowa i nurkowanie. Nie wiem jeszcze co zrobię z Uluru i Alice Springs. Jeszcze jest na to czas. Na razie muszę zacząć bawić się w chomiczka i składać pieniądze.

Przede mną kupno jednoślada bądź czegokolwiek z napędem spalinowym. Autobusy zaczynają mnie zbyt mocno irytować. A i też po podliczeniu kosztów utrzymania skutera i porównania ich do cen biletów to hm... coraz bardziej nastawiam się na to, że będę szalonym skuterzystą.

A co za tym idzie przy najbliższej wypłacie idę do urzędu i zmieniam polskie prawo jazdy na australijskie oraz odwiedzam komisariat policji po zaświadczenie o niekaralności (potrzebne do odbycia praktyk). Tak, wiem mamy coś takiego jak międzynarodowe prawo jazdy, ale wygląda ono jak sanepidowska książeczka i trochę wstyd je komukolwiek pokazać. A polskie z tego co się orientuje jest ważne jedynie przez pierwsze 3 miesiące pobytu.

Jest jeszcze jedna kwestia. Dla mnie bardzo istotna. Ten, który uratował pelikana. Ten, który ściemniał, że chce się polskiego uczyć. Ten, któremu zaufałam. Przez ostatnie 3 tygodnie był, jak sam się nazwał, dupkiem. Po 2 trudnych rozmowach, po akcie histerii, po zastanawianiu się czy warto być dalej ze sobą, po cichych dniach usłyszałam 2 magiczne słowa, które niechcący się wyrwały. Może jestem naiwna, może nadal będzie gnój, ale nabrałam nadziei. Tylko, że nadzieja jest matką głupich. Czas pokaże. Ostatnia szansa.

niedziela, 16 lutego 2014

Wiza cz. 16

Mniej pracowo.

Mam wizę. Tak! Mam ją! :)

Do 13 maja 2015 jestem spokojna!

Iiiii <pisk szczęścia> iiii <kolejny pisk szczęścia> iiii iiii iiii <a co się będę ograniczała>

Skoro wiza jest to pora zrobić plany na wakacje.
Stwierdziłam, że jadę w pojedynkę. Widzę więcej plusów niż minusów takiej podróży. Zwłaszcza, że grafik może być ciut napięty, a warunki bytowe mogą okazać się niewygodne. Z braku cierpliwości do: "ale... ale ja chce siku" bądź "daleko jeszcze?" nie chce ryzykować utratą nerwów i co gorsze zmarnowaniem długo wyczekiwanego zwiedzania, odpoczynku i realizacji marzeń (nurkowanie).

Postanowione!

Mam z tym związane dylematy. Jakżeby inaczej, przecież jestem kobietą. Muszą pojawić się zagwostki i trudności w podjęciu decyzji. Na szczęście mam jeszcze duuużo czasu.

Stworzyłam listę tego co chce zobaczyć i... złapałam się za głowę. Taaaak.
- Park Kakadu - zobaczę w naturalnych warunkach krokodyla i inne takie urocze stworzenia Matki Natury :) A że to park narodowy to chyba krzywda mi się nie stanie.
- nieco w dół i będzie Alice Springs, czyli najcieplejsze miasto najcieplejszego kontynentu :) ale w wakacje nie odważę się chyba pojechać. + 60 w cieniu ciut mnie przerasta.
- w tychże okolicach jest Uluru. Przysłowiowy "push the button" trzeba zobaczyć. To jest Australia Północna
- zjeżdżając palcem po mapie w dół będzie Coober Pedy, gdzie ludzie żyją w 'podziemnych domach' i był kręcony MadMax. To chyba najlepiej obrazuje.
- idąc dalej w dół jest Adelajda i w jej okolicach są Dickinsonia Costata. Z jednej strony średnio mi na nich zależy, bo to skamielina z odciśniętym 'żyjątkiem'. Tylko z drugiej strony ów 'żyjątko' ma średnio 600 mln lat to robi już wrażenie.
- w tych okolicach jest też Wyspa Kangura.
- jezioro Hillier - są tylko dwa takie na świecie! Jest RÓŻOWE :) ale jest to już Australia Zachodnia.
- Góry Niebieskie - to już bliżej mnie. Okolice Sydney się zaczynają.
- Rafa Koralowa - punkt bezkrytycznie obowiązkowy. Chce ponurkować!

I jeszcze wieeele innych.
Nie ma opcji bym dała radę ogarnąć całą trasę w przeciągu jednych wakacji. Muszę to jakoś podzielić. Najłatwiej na pół albo na trzy. No, może na cztery. Prędko stąd nie ucieknę.

I tym akcentem dziękuje za chwilę uwagi! :)


Hilton Worldwide

Hilton,

dokładniej Hilton Worldwide (wcześniej Hilton Hotels Corporation) - sieć hoteli notowana na giełdzie nowojorskiej. Nazwa sieci hoteli pochodzi od nazwiska założyciela Conrada Hiltona, powstała w 1919 w Cisco w Teksasie (USA), co zapoczątkowało powstanie rodzinnej fortuny.

W styczniu 2009 sieć posiadała 3200 lokalizacji co dawało łącznie około 545 tysięcy pokoi. Hotele tej sieci znajdują się w 77 państwach i zatrudnionych było w 2007 105 tys. osób. (...) Magazyn Forbes w listopadzie 2008 umieścił sieć Hilton Hotel na 36 miejscu pod względem dochodów na liście największych przedsiębiorstw prywatnych.

Źródło: wikipedia.

Ciekawa jestem czy p. Conrad byłby zachwycony usłyszawszy wiadomość, że na kilku piętrach eksplodowały śmiecie i rozbryznęły się po ścianach?

Interesuje mnie również reakcja właściciela prężnie rozwijającej się sieci hoteli, na wiadomość, że niemożliwe jest skorzystanie z wyjścia ewakuacyjnego na każdym piętrze (50 pięter) ponieważ jest zagracone czarnymi, dużymi workami.

Pan Conrad zapewne nie dowiedziałby się o tym, że jedna z jego 3200 placówek jest architektoniczną pomyłką, która powinna zostać niedopuszczona do użytku i że w tym momencie niektóre błędy okazują się katastrofalne w skutkach. I w pełni rozumiem niewiedzę p. Conrada. Za to nie rozumiem braku tejże wiedzy u osób odpowiadających za rynek Queenslandu. To mnie dziwi.

Z wyrazami głębokiego szacunku,
szczęśliwy pracownik.

PS
Jakiś czas temu wypełniliśmy anonimową ankietę dotyczącą pracy pokojówki w której trzeba było podać swoje imię i nazwisko :) Echh...

wtorek, 11 lutego 2014

Kursy stworzone dla potrzeb wizy

Czasami tak się zdarzy, że trzeba kupić sobie czas. Powodów może być milion. Jeszcze nie znalazło się szefa, który zgodzi się na sponsorowaną wizę. Nie ma się pomysłu na przyszłość. Trzeba podszkolić angielski, a kursy językowe najczęściej odbywają się 5 dni w tygodniu i jest problem z pracą. I tak dalej i tak dalej.

Kursy zawodowe najczęściej trwają 2 - 3 dni w tygodniu. W praktyce przychodzi się na jeden dzień. W moim przypadku zajęcia trwają od 9:00 do 15:00 i faktycznie coś na nich robimy. W przypadku biznesu (4 poziomy), fitnessu (3 poziomy) zajęcia trwają od 9:00 do maksymalnie 12:00. Jest to sztuka dla sztuki. Na koniec kursu jest jedna praca domowa do zrobienia, by był dowód, że jakkolwiek było się aktywnym. I dostaję się dyplom. Jak to wygląda czasowo? 

Cztery poziomy: 89 tygodni nauki + wakacje. 

Jest to dość droga inwestycja. Czasami konieczna. 

Droga z kilku powodów:
- kursy dla obcokrajowców są z reguły znaaaacznie droższe niż dla domestic. 
- ma się beznadziejne ubezpieczenie, np. rozchorowałam się i poszłam do lekarza pierwszego kontaktu - 75$. Leki (dokładnie antybiotyk na który miałam uczulenie) 25$. Ubezpieczyciel zwrócił mi ok. 35$ Fakt, mam najtańsze ubezpieczenie. Oczywiście mając wizę studencką pracodawcy w różny sposób kombinują, by było taniej im zatrudnić emigranta do gównianej pracy i tym samym za 3 dni chorobowego nie otrzymałam wynagrodzenia.
- generalnie, mając wizę studencką za wszystko trzeba płacić. Jest się tzw. krową dojną. 

Tylko czasem jest to jedyny sposób, by tu zostać. 

niedziela, 9 lutego 2014

Pierwsi, których deportują

Mając wizę studencką trzeba być ostrożnym. Bardzo często słyszy się informacje o wymaganiach dotyczących tego rodzaju wizy. Nauczyciele, czy nawet pracodawcy starają się tego pilnować i pouczać. Mimo to, jak ktoś wszystko lekceważy i ma w przysłowiowej dup... to następuje najgorsze.

Dwa przypadki:
#1 bardzo sympatyczny chłopak. Nie pojawił się przez tydzień w szkole na kursie językowym (zajęcia odbywają się przez 5 dni w tygodniu). Zauważył, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Nie jest to tylko moje zdanie, ale kurs ten bardziej przeszkadza niż pomaga. Większości nauczycielom nie zależy i na przykład przez prawie miesiąc na wszelkich zajęciach opisywaliśmy święta Bożego Narodzenia. Byłoby to fajne, bo studenci są mieszanką kulturową, gdyby był to element, a nie główny temat zajęć. Ileż można o tym samym opowiadać?
Znajomy totalnie zniknął. Więcej go nie zobaczyłam. Nie wiem, czy po prostu mu się wiza skończyła i tak musiałby wrócić do kraju. Czy przypadkiem się w inny sposób pożegnał. Wydaje mi się, że to drugie nastąpiło, bo nigdzie nie mogłam znaleźć informacji o wręczeniu dyplomu ukończenia kursu.

#2 pracuje z przesympatycznymi bliźniaczkami. Jedna z nich chodzi ze mną na kurs zawodowy. A raczej powinna. Nigdy jej nie widziałam. Dzisiaj słyszałam jak rozmawiała z nauczycielką na temat swojej sytuacji. Na 14 prac domowych oddała 2. Nie pojawia się na zajęciach. Nauczycielka dzwoniła, prosiła, wysyłała e-maile z ofertami pracy w zawodzie. Jej odpowiedzi: "dzisiaj nie pójdę na interview, bo mam party". Z całą sympatią do niej, ale gdyby ktoś mi pracę ot tak załatwił i to jeszcze zgodną z wyuczonym zawodem to skakałabym ze szczęścia. Dzisiaj miała rozmawiać z głównym dyrektorem szkoły.

Są kursy stworzone tylko dla potrzeb wizy. Zajęcia trwają 2 - 4 godziny. Nie otrzymuje się prac domowych. Jak się za często student stara to go nauczyciel pouczy: "nie musisz tak często przychodzić. Masz bardzo dobrą frekwencję."

Kursy zawodowe najczęściej są raz w tygodniu więc wydaje mi się, że nie jest to duży wysiłek przyjść i posiedzieć. Hmm... a może mi się tylko tak wydaje.

sobota, 8 lutego 2014

Pociąg i dwa autobusy

Od połowy grudnia wszędzie trąbili, że rozkłady jazdy komunikacji miejskiej ulegną zmianie. Nikt nie wspomniał, że ceny również. Teraz do swojego chłopaka jadę: pociągiem i dwoma autobusami. Trwa to godzinę (lepiej niż było), ale kosztuje mnie to około 10$ w jedną stronę. Gdybym chciała przejechać się jedynie autobusami to trwałoby ok. 2 godziny. Koszt znacznie mniejszy, ale nie jestem w stanie sobie pozwolić na tak długą podróż. A samochodem jedzie się ok. 30 minut.

Do Brisbane pociąg w jedną stronę kosztuje 7,50$. Dobrze, że później do agenta idę pieszo. Tym samym co nieco zwiedzę, bo mijam główne atrakcje turystyczne. Tyle tego dobrego. W środę wykosztowałam się i pojechałam do agenta z wszelkimi dokumentami, tj:

- 2 zaświadczenia o dochodach z ubiegłego roku podatkowego,
- saldo konta bankowego,
- 3 dyplomy z uczelni,
- referencje z adnotacją, że po powrocie do kraju mój były pracodawca zatrudni mnie,
- zaświadczenie od pracodawcy z dochodami z ostatnich 12 miesięcy,
- opowiadanie pt.: "Proszę Pana, ja tu na chwilkę. Mama na mnie czeka, czyli 100 powodów dla których wrócę do kraju".

Rozumiem sposób myślenia departamentu ds. emigracyjnych, ale po 5 miesiącach pobytu na obczyźnie załatwianie tych dokumentów do najłatwiejszych nie należało.

Teraz czekam. Najgorzej.

W drodze powrotnej rozmyślając o wszystkim i o niczym, patrząc tępym wzrokiem przez okno widziałam 2 śpiące, zmoknięte misie koala :) iiii :)

A poza wizowymi sprawami to dużo się dzieje. Jakżeby inaczej. Tylko nie są to sprawy, którymi mogłabym się podzielić na forum.

Z przyjemniejszych to poznałam Francuza wieczorową porą. Po kilku piwach zmieniliśmy temat na biznes i finanse. Przy dobrych wiatrach od marca może będę miała dodatkową pracę. Bardzo dobrze, by się złożyło, bo teraźniejszy kontrakt wygaśnie za 3 miesiące więc miałabym zapewnioną ciągłość finansową. Ucieszyłam się. Ciekawe co z tego wyjdzie.


środa, 29 stycznia 2014

2,5 dnia :)

No i skończyło się rumakowanie. Ostatnie 3 tygodnie były dość leniwe. Musiałam zwolnić tempo. Na to co było naglące jakimś cudem uzbierałam pieniądze więc teraz mogłam funkcjonować nieco wolniej.

Podliczyłam przychody i odchody i stwierdziłam, że powinnam ciut dłużej pracować. Tak o jeden dzień w tygodniu i będzie dobrze - nie jest źle :)

Simonowi rozpoczął się projekt. Bardzo dobrze, bo skończą się wszelkie finansowe problemy.

Co za tym idzie, w wersji 'na biedaka' zamknęliśmy się w domu na 2,5 dnia i było super! Mam nadzieję, że nic nie robieniem naładował akumulatory i nie nudził się ze mną wybitnie, a odpoczywał.

A ja dalej walczę o kolejną wizę. Muszę udowodnić, że po skończonych kursach mam zamiar wrócić do kraju, czyli muszę przedstawić salda kont, zeznania podatkowe, zaświadczenia o zarobkach, powiązanie tej szkoły ze skończonymi kursami/studiami i wiele innych.
Niektóre punkty są trudne do zrealizowania, bo od kilku miesięcy nie przebywam w Polsce. Niestety nikogo to nie interesuje.

Jutro powinnam mieć wszystko wysłane mailem. Potem tłumaczenie i piękna opowiastka pt: "100 i jeden powód dla którego wracam do kraju" i zobaczymy co z tego wyjdzie.

niedziela, 26 stycznia 2014

Lekka stabilizacja

Zrobiłam lekkie porządki i zauważyłam jedno - jak ktoś to czyta to musi myśleć, że jest mi strasznie źle. Fakt, momentami mam ochotę krzyknąć, tupnąć i się rozpłakać. Czasami mam wszystkiego serdecznie dość.

No, ale gdyby było tak źle i strasznie to nie starałabym się o kolejną wizę. Nie jest to zły kraj. Cudowny też nie, ale ma potencjał.

Teraz zwolniłam tempo. Już nie pracuję po 6 dni w tygodniu, bo się najnormalniej zajeżdżałam. W hotelu jestem przez 4 dni i jak policzyłam mój przychód to muszę jeszcze coś wykombinować. Niestety opcja pracy w biurze tymczasowo odpada - za słaby angielski mam.

Nastała wreszcie ta chwila kiedy mogę powiedzieć - jakoś się ustabilizowałam. Co za tym idzie w poniedziałki, środy i soboty będę chodziła na crossfit, a we wtorki i czwartki na basen. Treningi czas zacząć. Jeszcze do końca nie wiem skąd wezmę na to pieniądze, ale muszę coś dla siebie zrobić, bo inaczej zwariuje sama ze sobą. I tym samym też urozmaicę sobie towarzystwo i poznam nowych ludzi.

To co mnie naszło ostatnio i też o tym rozmawiałam z dwoma osobami.
Ciężko tutaj o dobrych znajomych. Miasto charakteryzuje się tym, że ludzie przyjeżdżają, posiedzą 3 - 5 miesięcy i wyjeżdżają. Są znajomi do piwa. O dobrych znajomych strasznie trudno. Tym bardziej przyda mi się zmiana towarzystwa.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Historia pewnego Pelikana

- "Kochanie, gdzie jesteś? Stoję przed Twoim domem..."
+ "Nie uwierzysz co się stało. Poczekaj na mnie"
- "Ale co się stało? Znowu ktoś się bił?" <słyszę sapanie w głosie i ogólne poruszenie>
+ "Ewelina! Poczekaj, wyjaśnię wszystko"

No, to poczekałam.

Przyszedł. Uśmiechnięty. Rozpromieniony.

Stoję. Milczę. Słucham.

Jego dalsza sąsiadka - zarazem dobra znajoma, zadzwoniła po pomoc. Zerwał się i pobiegł na ratunek. W potrzebie nie była ona, ale duży, biały pelikan. Biedactwo zaplątało się w żyłce wędkarskiej i nie mogło odlecieć. Sąsiadka zadzwoniła po specjalistyczną pomoc, ale pan nie mógł sobie sam poradzić i potrzebował drobnego wsparcia. Są dowody.

Pelikan uratowany.

Wrażenia:
- musiałem uważać żeby mu krzywdy nie zrobić, bo strasznie był delikatny.
- w ogóle się nie wyrywał. Chyba wiedział, że chcemy mu pomóc
- a ten pan to za darmo pomaga zwierzętom. Dzisiaj to był 4 ptak.
- muszę o tym rodzicom opowiedzieć

Nie będąc gorszą opowiastkę przekazuję dalej :)



niedziela, 12 stycznia 2014

To były jedynie dwa tygodnie?

Znowu zniknęłam na dłuższy okres czasu. Działo się nieco. Przyznać też muszę, że momentami traciłam rachubę dni. Na szczęście prawie nastał czas błogiego spokoju, a przynajmniej mogę nieco zwolnić tempo.

To co się zmieniło:
- straciłam jedną pracę. Niestety w dość nieprzyjemny sposób. Nigdy nie sądziłam, że coś takiego usłyszę.
- w drugiej dziewczyna z którą bardzo często pracuje donosi na mnie.
- jestem w fazie środkowej załatwiania nowej wizy. Z tego co w kalendarzu spojrzałam to powinnam ją mieć do marca, kwietnia 2015. Niestety jest to wydatek dość pieniężnochłonny więc muszę ciut pasa zacisnąć.
- zaczęłam nowy kurs i zdałam sobie sprawę, że pomysł na Age Care był dobry.
- relacje damsko-męskie
- zostałam okradziona

I wszystko to w przeciągu 2 tygodni.

Może od początku.

Zacznę od tego co jest dla mnie najprzyjemniejsze. Wspominałam tu i ówdzie o moim absztyfikancie. Jesteśmy razem 2 miesiące - nie jest to długi okres czasu, ale patrząc na to, że mieszkam tu od 4 to z tej perspektywy jest to już 'coś' znaczącego. Ów pan jest znacznie starszy ode mnie. W pewnym momencie miałam twardy orzech do zgryzienia. Zazwyczaj mam starszych od siebie chłopaków bądź bardziej dojrzalszych niż ich wiek powinien przewidywać. Mam jedną zasadę - nie mogę powiedzieć 'hej tato' to znaczy, że różnica wieku nie może być na tyle duża, że teoretycznie byłabym w stanie być jego córką. Zasada ta była dobra w momencie kiedy byłam młoda i piękna, bo przykładowo ona 22 lata, on 40lat - dwa zupełnie inne światy, inne problemy, inne realia. Ona wchodzi w dorosły wiek, on jest w nim od wielu lat zakotwiczony. 28 i 42? Była rozmowa: "jestem dla Ciebie za głupia życiowo. Niektóre sprawy dla Ciebie będą czymś normalnym, dla mnie zupełnie nowym". Zaryzykowałam. Byłam szczęśliwa. A co jeśli to nie jest 42, a 49, bo czegoś niezrozumiałam? Czy to coś zmienia? Jeśli byłam szczęśliwa z 42latkiem to czemu miałabym nieszczęśliwa z 49? W jednej chwili nie postarzał się, nie zdziadział. A co za tym idzie - spotykam się z facetem o 20 lat starszym i muszę przyznać, że nie pamiętam kiedy ostatnio byłam z kimś tak szczęśliwa. Oczywiście są momenty kiedy mam ochotę go zabić, ale są też sytuacje w których mam ochotę rzucić mu się w ramiona np.

Pojechałam pociągiem do Brisbane ogarnąć nową wizę. Na moje nieszczęście złapała mnie burza. Zmokłam do tego stopnia, że wykręcałam koszulkę. Wsiadłam do klimatyzowanego pociągu i oczywistą oczywistością było to, że zaczęłam się trząść jak galareta. Burza była zbyt potężna i uszkodziła trakcję - przejechałam aż jedną stację. Czekając na cud ponad 2 godziny zadzwoniłam do absztyfikanta. Będąc chorym (gorączka, okropny kaszel i potężne problemy z oddychaniem - dosłownie facet mi na kanapie schodził) jechał ok. 100 km w jedną stronę, by mnie z dworca odebrać, bo przecież mogę się przeziębić. Niestety się przeziębiłam.

Takich sytuacji, gdzie wiem, że mogę na niego polegać jest więcej. Momentów, gdzie miałam duży uśmiech na twarzy było jeszcze więcej. Nie sądziłam, że ponownie będę się w stanie poczuć tak dobrze w czyimś towarzystwie. I bardzo nie chcę, by się coś w tym temacie zmieniło. No, ale to jest prawie, że jedyny plus ostatniego czasu.

Kolejny to wiza. Zaczynają pojawiać się lekkie schody - 3 razy szkoła zgubiła moje dokumenty. Mam nadzieję, że wreszcie jutro wszystko się wyjaśni. Niestety jest to dość kosztowna inwestycja: 535$ samo wysłanie aplikacji + ubezpieczenie. Dało to kwotę prawie 1000$. Kolejna wiza studencka będzie dodatkowo powiększona o kwotę 700$ - taki myk żeby zniechęcić.

Skoro plusy się skończyły...
Okradziono mnie. Ludzie z którymi mieszkałam, z którymi ciągle miałam kłopoty nie zwrócili mi kaucji - 150$. Kokosy to nie są, ale zupełnie małe pieniądze też nie. Cała historia ciągnęła się przez 3 tygodnie. Ostatecznie ją przegrałam. To co między czasie słyszałam, ilość kłamstw, dziwności utwierdziło mnie w przekonaniu, że niestety nie chce mieć nic wspólnego z większością Kolumbijczyków, których poznałam. I dzięki uprzejmości byłych lokatorów większość ze wspólnych znajomych nie mówi mi nawet 'cześć' więc nie będę miała z tym problemów.

Praca. Ach ta praca. Całe życie są z nią problemy. Wiem jedno, muszę ją zmienić na coś normalnego. Postanowiłam, że przez ten tydzień powtarzam excella i od przyszłego tygodnia szukam pracy w biurze. O! Zanim rozpocznę pracę w zawodzie to jeszcze trochę czasu minie. Dopiero rozpoczynam ten kurs. Zbyt mocno zielona jestem. A w biurze i tak nie mogę pracować na pełen etat więc dwa dni w biurze i jeden home office w cudowny sposób, by mnie uszczęśliwiło. Czas pokaże co z tego wyjdzie. Na razie excell! :)




czwartek, 26 grudnia 2013

Koniec roku

Czas na podsumowanie dwunastu miesięcy.

Najkrócej to zmieniłam całe swoje życie.

Rok temu zastanawiałam się nad tym co będę robiła na Sylwestra i jak co roku wpadałam w panikę. Równo rok temu poznałam wspaniałego chłopaka w którym się zauroczyłam - wystarczył jego jeden uśmiech :) i pomimo, że nie jesteśmy razem to nadal mamy dobry kontakt. W sumie to Australia była jego pomysłem.
365 dni temu mieszkałam na gaju wraz z Szalonym Informatykiem lubującym się w whiskey :)
Udało mi się znaleźć dobrze płatną pracę. Niestety stresującą, ale widziałam światełko w finansowym tunelu.
Miałam dobre życie.

Przewróciłam je do góry nogami.

Wiele razy się zastanawiałam czy dobrze zrobiłam. Nawet dzisiaj z płaczem w głosie powiedziałam, że chciałabym wrócić do kraju. Ciągle się z czymś szarpie, ciągle walczę o stabilizację. Jestem tym zmęczona. Wystarczyła jedna rozmowa i staram się dalej walczyć. Dzięki Paweł!

To co mnie zaskoczyło w przeciągu tego czasu to ludzie.
Po raz kolejny znajomości się zweryfikowały. W momencie podjęcia przeze mnie decyzji wielu znajomych zmieniło się o 180 stopni. Niestety ich słowa nadal pamiętam: "skoro stać ciebie na taką wyprawę to rozumiem, że dzisiaj ty stawiasz", "a przed czym ty uciekasz? Rozumiem UK, ale AU?". Z tymi osobami praktycznie kontaktu już nie mam. Ponownie zmniejszyła się liczba kumpli.
Z drugiej strony odezwali się Ci z którymi od kilku lat nie miałam kontaktu i pomimo wielu tysięcy km nadal mailujemy. Miła niespodzianka! I tych serdecznie pozdrawiam.
A Ci którzy od wielu lat zawsze są przy mnie wiedzą, że ich nigdy nie przestanę kochać i zawsze będę ich męczyła swoją skromną osobą bez względu na dzielący nas dystans! Dziękuje za cierpliwość!

Jak co roku na pierwszej stronie kalendarza widnieją noworoczne postanowienia.
Nie udało mi się jednego zrealizować - mój rekord :) Na nurkowanie muszę poczekać.
2013 należał do dzielenia się sobą - po kilku latach starań nareszcie mogłam zostać potencjalnym dawcą szpiku kostnego. 2014 nie zmieni tego - przyszła pora na krew (min. waga 45kg więc chyba się uda).

Teraz nie potrafię określić nowych postanowień.
Wszystko zaczynam od nowa. Nowe znajomości. Nowe miejsca. Nowe obowiązki. Nowy tryb życia.
Cieszy mnie to, że nie jestem sama. I choć jedna osoba nigdy nie będzie w stanie przeczytać tego postu (nie dostrzegam potrzeby nauczania języka polskiego) to jestem szczęśliwa i pomimo, że czasem się pokłócimy to wiem, że jest przy mnie i mogę na Niego liczyć.
Cieszę się jak dziecko jak za każdym razem przeczytam maila od znajomych z polski, bo mam świadomość, że ktoś mnie wspiera i ktoś tam jeszcze na mnie czeka. Dziękuje!

Mam tu swój plan, który powoli realizuje.
1. Normalny pokój
2. Praca dająca możliwość odłożenia pieniędzy
3. Szkoła zawodowa
4. Zmiana pracy na zgodną ze szkołą zawodową
5. Zmiana rodzaju wizy.

Zostały dwa punkty. Poprzednie 3 były najtrudniejsze z powodu bariery językowej i nieznajomości otoczenia. Wydaje mi się, że i tak mam dobre tempo.

Zbliżający się Sylwester będzie bardzo symboliczny. Pomimo, że jestem spłukana jak mysz kościelna (długa i stresująca historia) to jest dla mnie bardzo magiczny czas.

Zamykam trwający 28 lat rozdział w moim życiu zwany Polską.
Staram się, by nowy był lepszy od poprzedniego. Niestety nie jest to wcale takie łatwe.

niedziela, 15 grudnia 2013

Historia kilku Polaków

Wydawało mi się, że za dużo nas tu nie ma. Okazało się to nieprawdą. Istniejemy tutaj. Tylko, że się ukrywamy.

Pracuje w hotelu, gdzie walczyłam jak lwica broniąc mojego polskiego imienia. Nie jestem Evelyn bądź Iłelina. Jestem Ewelina. I nie podoba mi się jak ktoś zmienia moje imię. I nigdy mi się to nie podobało. Na szczęście nie jest ono skomplikowane więc nie powinno nikomu sprawiać trudności.
Jadę windą wraz z wieloma innymi pracownikami. I słyszę: "Hej Ewelina. Ola jestem". "Eeeee" - oczy jak 5 złotówki. "Cześć. Wow słyszę polski", "<śmiech> Słyszałam jak bronisz swojego imienia. Dobrze, tak trzymaj". I tak się zaczęło.
Justyna imieniem Ola przyjechała do Gold Coast wraz ze swoim chłopakiem. Przez 2 lata mieszkała w Anglii, gdzie poznała mężczyznę swojego życia. Są typem włoczykijów. Posiedzą w jednym miejscu, by zarobić pieniądze i jadą dalej. Super opcja. Zwiedzili połowę globu. Uwielbiam słuchać jej opowieści. A że jest gadułą to sama przyjemność wybrać się na piwo tudzież dwa dzbanki piwa. Choć muszę przyznać, że pomimo ciągłego uśmiechu i beztroski na twarzy to życie niejednokrotnie skopało jej 4 litery. Będzie tutaj do drugiej połowy stycznia. Później jadą dalej do innego zakątka Australii. I z łezką w oku muszę stwierdzić, że będzie mi jej brakowało.

Dwa tygodnie temu przyjechał Krzysiek. Chłopak również przez jakiś czas mieszkał w Anglii. Teraz próbuje znaleźć swoje miejsce tutaj. Generalnie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Ledwo co się tu pojawił, jeszcze dobrze nowego domu nie znalazł, a opcja pracy się pojawiła. Super by było, gdyby już mógł się ustabilizować finansowo. Świat czasami jest bardzo mały. Okazało się, że wysłał go ten sam agent i przez kilka lat mieszkał we Wrocławiu. Ciekawe czy mamy wspólnych znajomych.

Jest jeszcze Witek, którego poznałam w szkole. Jest tu z nas najdłużej. O wnioskach wizowych wie chyba wszystko. Niestety osiedlenie się nie jest proste. Australia, która żyje z emigrantów robi wszystko, by ich tu nie było.

Cała nasza trójka stara się i walczy z przeciwnościami Australijskiego losu. Jedno drugiemu pomaga jak tylko może. I tak być powinno.

Oprócz tego jest Kasia, Aneta, Maciek. I na pewno wiele innych. Fajnie czasami otworzyć buzie w swoim języku :) Jest to duży komfort.




7 zagadek

Jakiś czas temu na zajęciach dano nam do rozwiązania 7 zagadek. Rozwaliły nas na łopatki.

1. I'm as big as an elephant but I weigh nothing. What I am?

2. For some I go fast, for others I go slow. Most people worry about me. What I am?

3. There are 4 girls and 4 apples in a basket. Each girl takes an apple but there's one apple left in the basket. How is this possible?

4. What is the beginning of the end, the end of the time, the moddle of yesterday and nowhere in tomorrow? - This is my favourite :)

5. There are 2 Indians. A big Indnian and a little Indian. The little Indian is the big Indian's son but the big Indian is not the little Indian's father. How is this possible?

6. What word can be written forward, backward or upside down and can still be read from left to right?

7. It is more powerful than God,
    More evil than devil,
    The poor have it,
    The rochh need it
    And if you eat it, you'll die.
    What is it?

I jak? Jakie odpowiedzi? :)