Mam nawet dowód na to!
Może nie dali kilku czekoladopodobnych słodkości - jestem ich fanem, ale wreszcie mogłam to zrobić! Oddałam krew! Yeah! Szkoda, że nie mogłam tego zrobić w Polsce. Procedury mamy te same, ale niestety polskie pielęgniarki obawiały się, że może mi się coś stać, bo jestem zbyt szczupła. Tutaj jeśli minimalna waga powinna być 45kg, a ja miałam 45,1kg to oznaczało, że spełniłam warunek. Bardzo się z tego powodu ucieszyłam.
Niebawem będę mogła ponownie się wstawić w centrum krwiodawstwa. Uważam to za powód do dumy.
Pisząc tego posta zdałam sobie sprawę, że jestem w Australii od ponad 6 miesięcy.
I coś się we mnie zmieniło? TAK!
- urosły mi włosy i stałam się blondynką.
- potrafię przeczytać Draculę w oryginale.
- cieszą mnie większe drobnostki niż zwykle np. balon o poranku.
- okazało się, że potrafię planować.
- przestały mnie brzydzić karaluchy.
- stałam się cholerykiem - szybciej wybucham niż zwykle, ale to chyba przez frustrację, która momentami nadal sięga zenitu.
A to co zauważyłam i ciut mnie zmartwiło to, zamykają mi się coraz bardziej drzwi do Polski. W momencie kiedy wyjechałam masa znajomych pytała dosłownie o wszystko. Towarzystwo bardzo się wykruszyło. Nadal mam kontakt z Tymi najbliższymi, ale to już garsteczka ludzi. Oczywiście warto dla nich wrócić choćby na chwilę. Tylko Tych policzę na palcach jednej ręki.
A jak tutaj jest?
- do jednego zadzwonię kontrolnie, czy wszystko ok. Zawsze jakoś sobie pomagamy na tyle na ile możemy.
- do innego na parapetówkę idę i poskarżył się, że pojawiły się problemy z pracą więc może coś jakoś...
- inny mi pomógł w kwestiach zarobkowych
- kolejną z butelką wina odwiedzę, bo bardzo miło się zaskoczyłam jej zachowaniem
- do innej jak zadzwonię to przegadamy kilka godzin (Łobuz przeniósł się do Adelajdy i niebawem ucieknie z tego kontynentu)
I jakoś życie płynie. Powoli, powoli do przodu.
Chyba mogę już stwierdzić, że kończę stawiać fundamenty. Jeszcze pozostała mi zmiana pracy na normalną i zacznę budować mury swego domostwa.

