Mniej pracowo.
Mam wizę. Tak! Mam ją! :)
Do 13 maja 2015 jestem spokojna!
Iiiii <pisk szczęścia> iiii <kolejny pisk szczęścia> iiii iiii iiii <a co się będę ograniczała>
Skoro wiza jest to pora zrobić plany na wakacje.
Stwierdziłam, że jadę w pojedynkę. Widzę więcej plusów niż minusów takiej podróży. Zwłaszcza, że grafik może być ciut napięty, a warunki bytowe mogą okazać się niewygodne. Z braku cierpliwości do: "ale... ale ja chce siku" bądź "daleko jeszcze?" nie chce ryzykować utratą nerwów i co gorsze zmarnowaniem długo wyczekiwanego zwiedzania, odpoczynku i realizacji marzeń (nurkowanie).
Postanowione!
Mam z tym związane dylematy. Jakżeby inaczej, przecież jestem kobietą. Muszą pojawić się zagwostki i trudności w podjęciu decyzji. Na szczęście mam jeszcze duuużo czasu.
Stworzyłam listę tego co chce zobaczyć i... złapałam się za głowę. Taaaak.
- Park Kakadu - zobaczę w naturalnych warunkach krokodyla i inne takie urocze stworzenia Matki Natury :) A że to park narodowy to chyba krzywda mi się nie stanie.
- nieco w dół i będzie Alice Springs, czyli najcieplejsze miasto najcieplejszego kontynentu :) ale w wakacje nie odważę się chyba pojechać. + 60 w cieniu ciut mnie przerasta.
- w tychże okolicach jest Uluru. Przysłowiowy "push the button" trzeba zobaczyć. To jest Australia Północna
- zjeżdżając palcem po mapie w dół będzie Coober Pedy, gdzie ludzie żyją w 'podziemnych domach' i był kręcony MadMax. To chyba najlepiej obrazuje.
- idąc dalej w dół jest Adelajda i w jej okolicach są Dickinsonia Costata. Z jednej strony średnio mi na nich zależy, bo to skamielina z odciśniętym 'żyjątkiem'. Tylko z drugiej strony ów 'żyjątko' ma średnio 600 mln lat to robi już wrażenie.
- w tych okolicach jest też Wyspa Kangura.
- jezioro Hillier - są tylko dwa takie na świecie! Jest RÓŻOWE :) ale jest to już Australia Zachodnia.
- Góry Niebieskie - to już bliżej mnie. Okolice Sydney się zaczynają.
- Rafa Koralowa - punkt bezkrytycznie obowiązkowy. Chce ponurkować!
I jeszcze wieeele innych.
Nie ma opcji bym dała radę ogarnąć całą trasę w przeciągu jednych wakacji. Muszę to jakoś podzielić. Najłatwiej na pół albo na trzy. No, może na cztery. Prędko stąd nie ucieknę.
I tym akcentem dziękuje za chwilę uwagi! :)
niedziela, 16 lutego 2014
Hilton Worldwide
Hilton,
dokładniej Hilton Worldwide (wcześniej Hilton Hotels Corporation) - sieć hoteli notowana na giełdzie nowojorskiej. Nazwa sieci hoteli pochodzi od nazwiska założyciela Conrada Hiltona, powstała w 1919 w Cisco w Teksasie (USA), co zapoczątkowało powstanie rodzinnej fortuny.
W styczniu 2009 sieć posiadała 3200 lokalizacji co dawało łącznie około 545 tysięcy pokoi. Hotele tej sieci znajdują się w 77 państwach i zatrudnionych było w 2007 105 tys. osób. (...) Magazyn Forbes w listopadzie 2008 umieścił sieć Hilton Hotel na 36 miejscu pod względem dochodów na liście największych przedsiębiorstw prywatnych.
Źródło: wikipedia.
Ciekawa jestem czy p. Conrad byłby zachwycony usłyszawszy wiadomość, że na kilku piętrach eksplodowały śmiecie i rozbryznęły się po ścianach?
Interesuje mnie również reakcja właściciela prężnie rozwijającej się sieci hoteli, na wiadomość, że niemożliwe jest skorzystanie z wyjścia ewakuacyjnego na każdym piętrze (50 pięter) ponieważ jest zagracone czarnymi, dużymi workami.
Pan Conrad zapewne nie dowiedziałby się o tym, że jedna z jego 3200 placówek jest architektoniczną pomyłką, która powinna zostać niedopuszczona do użytku i że w tym momencie niektóre błędy okazują się katastrofalne w skutkach. I w pełni rozumiem niewiedzę p. Conrada. Za to nie rozumiem braku tejże wiedzy u osób odpowiadających za rynek Queenslandu. To mnie dziwi.
Z wyrazami głębokiego szacunku,
szczęśliwy pracownik.
PS
Jakiś czas temu wypełniliśmy anonimową ankietę dotyczącą pracy pokojówki w której trzeba było podać swoje imię i nazwisko :) Echh...
dokładniej Hilton Worldwide (wcześniej Hilton Hotels Corporation) - sieć hoteli notowana na giełdzie nowojorskiej. Nazwa sieci hoteli pochodzi od nazwiska założyciela Conrada Hiltona, powstała w 1919 w Cisco w Teksasie (USA), co zapoczątkowało powstanie rodzinnej fortuny.
W styczniu 2009 sieć posiadała 3200 lokalizacji co dawało łącznie około 545 tysięcy pokoi. Hotele tej sieci znajdują się w 77 państwach i zatrudnionych było w 2007 105 tys. osób. (...) Magazyn Forbes w listopadzie 2008 umieścił sieć Hilton Hotel na 36 miejscu pod względem dochodów na liście największych przedsiębiorstw prywatnych.
Źródło: wikipedia.
Ciekawa jestem czy p. Conrad byłby zachwycony usłyszawszy wiadomość, że na kilku piętrach eksplodowały śmiecie i rozbryznęły się po ścianach?
Interesuje mnie również reakcja właściciela prężnie rozwijającej się sieci hoteli, na wiadomość, że niemożliwe jest skorzystanie z wyjścia ewakuacyjnego na każdym piętrze (50 pięter) ponieważ jest zagracone czarnymi, dużymi workami.
Pan Conrad zapewne nie dowiedziałby się o tym, że jedna z jego 3200 placówek jest architektoniczną pomyłką, która powinna zostać niedopuszczona do użytku i że w tym momencie niektóre błędy okazują się katastrofalne w skutkach. I w pełni rozumiem niewiedzę p. Conrada. Za to nie rozumiem braku tejże wiedzy u osób odpowiadających za rynek Queenslandu. To mnie dziwi.
Z wyrazami głębokiego szacunku,
szczęśliwy pracownik.
PS
Jakiś czas temu wypełniliśmy anonimową ankietę dotyczącą pracy pokojówki w której trzeba było podać swoje imię i nazwisko :) Echh...
wtorek, 11 lutego 2014
Kursy stworzone dla potrzeb wizy
Czasami tak się zdarzy, że trzeba kupić sobie czas. Powodów może być milion. Jeszcze nie znalazło się szefa, który zgodzi się na sponsorowaną wizę. Nie ma się pomysłu na przyszłość. Trzeba podszkolić angielski, a kursy językowe najczęściej odbywają się 5 dni w tygodniu i jest problem z pracą. I tak dalej i tak dalej.
Kursy zawodowe najczęściej trwają 2 - 3 dni w tygodniu. W praktyce przychodzi się na jeden dzień. W moim przypadku zajęcia trwają od 9:00 do 15:00 i faktycznie coś na nich robimy. W przypadku biznesu (4 poziomy), fitnessu (3 poziomy) zajęcia trwają od 9:00 do maksymalnie 12:00. Jest to sztuka dla sztuki. Na koniec kursu jest jedna praca domowa do zrobienia, by był dowód, że jakkolwiek było się aktywnym. I dostaję się dyplom. Jak to wygląda czasowo?
Cztery poziomy: 89 tygodni nauki + wakacje.
Jest to dość droga inwestycja. Czasami konieczna.
Droga z kilku powodów:
- kursy dla obcokrajowców są z reguły znaaaacznie droższe niż dla domestic.
- ma się beznadziejne ubezpieczenie, np. rozchorowałam się i poszłam do lekarza pierwszego kontaktu - 75$. Leki (dokładnie antybiotyk na który miałam uczulenie) 25$. Ubezpieczyciel zwrócił mi ok. 35$ Fakt, mam najtańsze ubezpieczenie. Oczywiście mając wizę studencką pracodawcy w różny sposób kombinują, by było taniej im zatrudnić emigranta do gównianej pracy i tym samym za 3 dni chorobowego nie otrzymałam wynagrodzenia.
- generalnie, mając wizę studencką za wszystko trzeba płacić. Jest się tzw. krową dojną.
Tylko czasem jest to jedyny sposób, by tu zostać.
niedziela, 9 lutego 2014
Pierwsi, których deportują
Mając wizę studencką trzeba być ostrożnym. Bardzo często słyszy się informacje o wymaganiach dotyczących tego rodzaju wizy. Nauczyciele, czy nawet pracodawcy starają się tego pilnować i pouczać. Mimo to, jak ktoś wszystko lekceważy i ma w przysłowiowej dup... to następuje najgorsze.
Dwa przypadki:
#1 bardzo sympatyczny chłopak. Nie pojawił się przez tydzień w szkole na kursie językowym (zajęcia odbywają się przez 5 dni w tygodniu). Zauważył, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Nie jest to tylko moje zdanie, ale kurs ten bardziej przeszkadza niż pomaga. Większości nauczycielom nie zależy i na przykład przez prawie miesiąc na wszelkich zajęciach opisywaliśmy święta Bożego Narodzenia. Byłoby to fajne, bo studenci są mieszanką kulturową, gdyby był to element, a nie główny temat zajęć. Ileż można o tym samym opowiadać?
Znajomy totalnie zniknął. Więcej go nie zobaczyłam. Nie wiem, czy po prostu mu się wiza skończyła i tak musiałby wrócić do kraju. Czy przypadkiem się w inny sposób pożegnał. Wydaje mi się, że to drugie nastąpiło, bo nigdzie nie mogłam znaleźć informacji o wręczeniu dyplomu ukończenia kursu.
#2 pracuje z przesympatycznymi bliźniaczkami. Jedna z nich chodzi ze mną na kurs zawodowy. A raczej powinna. Nigdy jej nie widziałam. Dzisiaj słyszałam jak rozmawiała z nauczycielką na temat swojej sytuacji. Na 14 prac domowych oddała 2. Nie pojawia się na zajęciach. Nauczycielka dzwoniła, prosiła, wysyłała e-maile z ofertami pracy w zawodzie. Jej odpowiedzi: "dzisiaj nie pójdę na interview, bo mam party". Z całą sympatią do niej, ale gdyby ktoś mi pracę ot tak załatwił i to jeszcze zgodną z wyuczonym zawodem to skakałabym ze szczęścia. Dzisiaj miała rozmawiać z głównym dyrektorem szkoły.
Są kursy stworzone tylko dla potrzeb wizy. Zajęcia trwają 2 - 4 godziny. Nie otrzymuje się prac domowych. Jak się za często student stara to go nauczyciel pouczy: "nie musisz tak często przychodzić. Masz bardzo dobrą frekwencję."
Kursy zawodowe najczęściej są raz w tygodniu więc wydaje mi się, że nie jest to duży wysiłek przyjść i posiedzieć. Hmm... a może mi się tylko tak wydaje.
Dwa przypadki:
#1 bardzo sympatyczny chłopak. Nie pojawił się przez tydzień w szkole na kursie językowym (zajęcia odbywają się przez 5 dni w tygodniu). Zauważył, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Nie jest to tylko moje zdanie, ale kurs ten bardziej przeszkadza niż pomaga. Większości nauczycielom nie zależy i na przykład przez prawie miesiąc na wszelkich zajęciach opisywaliśmy święta Bożego Narodzenia. Byłoby to fajne, bo studenci są mieszanką kulturową, gdyby był to element, a nie główny temat zajęć. Ileż można o tym samym opowiadać?
Znajomy totalnie zniknął. Więcej go nie zobaczyłam. Nie wiem, czy po prostu mu się wiza skończyła i tak musiałby wrócić do kraju. Czy przypadkiem się w inny sposób pożegnał. Wydaje mi się, że to drugie nastąpiło, bo nigdzie nie mogłam znaleźć informacji o wręczeniu dyplomu ukończenia kursu.
#2 pracuje z przesympatycznymi bliźniaczkami. Jedna z nich chodzi ze mną na kurs zawodowy. A raczej powinna. Nigdy jej nie widziałam. Dzisiaj słyszałam jak rozmawiała z nauczycielką na temat swojej sytuacji. Na 14 prac domowych oddała 2. Nie pojawia się na zajęciach. Nauczycielka dzwoniła, prosiła, wysyłała e-maile z ofertami pracy w zawodzie. Jej odpowiedzi: "dzisiaj nie pójdę na interview, bo mam party". Z całą sympatią do niej, ale gdyby ktoś mi pracę ot tak załatwił i to jeszcze zgodną z wyuczonym zawodem to skakałabym ze szczęścia. Dzisiaj miała rozmawiać z głównym dyrektorem szkoły.
Są kursy stworzone tylko dla potrzeb wizy. Zajęcia trwają 2 - 4 godziny. Nie otrzymuje się prac domowych. Jak się za często student stara to go nauczyciel pouczy: "nie musisz tak często przychodzić. Masz bardzo dobrą frekwencję."
Kursy zawodowe najczęściej są raz w tygodniu więc wydaje mi się, że nie jest to duży wysiłek przyjść i posiedzieć. Hmm... a może mi się tylko tak wydaje.
sobota, 8 lutego 2014
Pociąg i dwa autobusy
Od połowy grudnia wszędzie trąbili, że rozkłady jazdy komunikacji miejskiej ulegną zmianie. Nikt nie wspomniał, że ceny również. Teraz do swojego chłopaka jadę: pociągiem i dwoma autobusami. Trwa to godzinę (lepiej niż było), ale kosztuje mnie to około 10$ w jedną stronę. Gdybym chciała przejechać się jedynie autobusami to trwałoby ok. 2 godziny. Koszt znacznie mniejszy, ale nie jestem w stanie sobie pozwolić na tak długą podróż. A samochodem jedzie się ok. 30 minut.
Do Brisbane pociąg w jedną stronę kosztuje 7,50$. Dobrze, że później do agenta idę pieszo. Tym samym co nieco zwiedzę, bo mijam główne atrakcje turystyczne. Tyle tego dobrego. W środę wykosztowałam się i pojechałam do agenta z wszelkimi dokumentami, tj:
- 2 zaświadczenia o dochodach z ubiegłego roku podatkowego,
- saldo konta bankowego,
- 3 dyplomy z uczelni,
- referencje z adnotacją, że po powrocie do kraju mój były pracodawca zatrudni mnie,
- zaświadczenie od pracodawcy z dochodami z ostatnich 12 miesięcy,
- opowiadanie pt.: "Proszę Pana, ja tu na chwilkę. Mama na mnie czeka, czyli 100 powodów dla których wrócę do kraju".
Rozumiem sposób myślenia departamentu ds. emigracyjnych, ale po 5 miesiącach pobytu na obczyźnie załatwianie tych dokumentów do najłatwiejszych nie należało.
Teraz czekam. Najgorzej.
W drodze powrotnej rozmyślając o wszystkim i o niczym, patrząc tępym wzrokiem przez okno widziałam 2 śpiące, zmoknięte misie koala :) iiii :)
A poza wizowymi sprawami to dużo się dzieje. Jakżeby inaczej. Tylko nie są to sprawy, którymi mogłabym się podzielić na forum.
Z przyjemniejszych to poznałam Francuza wieczorową porą. Po kilku piwach zmieniliśmy temat na biznes i finanse. Przy dobrych wiatrach od marca może będę miała dodatkową pracę. Bardzo dobrze, by się złożyło, bo teraźniejszy kontrakt wygaśnie za 3 miesiące więc miałabym zapewnioną ciągłość finansową. Ucieszyłam się. Ciekawe co z tego wyjdzie.
Do Brisbane pociąg w jedną stronę kosztuje 7,50$. Dobrze, że później do agenta idę pieszo. Tym samym co nieco zwiedzę, bo mijam główne atrakcje turystyczne. Tyle tego dobrego. W środę wykosztowałam się i pojechałam do agenta z wszelkimi dokumentami, tj:
- 2 zaświadczenia o dochodach z ubiegłego roku podatkowego,
- saldo konta bankowego,
- 3 dyplomy z uczelni,
- referencje z adnotacją, że po powrocie do kraju mój były pracodawca zatrudni mnie,
- zaświadczenie od pracodawcy z dochodami z ostatnich 12 miesięcy,
- opowiadanie pt.: "Proszę Pana, ja tu na chwilkę. Mama na mnie czeka, czyli 100 powodów dla których wrócę do kraju".
Rozumiem sposób myślenia departamentu ds. emigracyjnych, ale po 5 miesiącach pobytu na obczyźnie załatwianie tych dokumentów do najłatwiejszych nie należało.
Teraz czekam. Najgorzej.
W drodze powrotnej rozmyślając o wszystkim i o niczym, patrząc tępym wzrokiem przez okno widziałam 2 śpiące, zmoknięte misie koala :) iiii :)
A poza wizowymi sprawami to dużo się dzieje. Jakżeby inaczej. Tylko nie są to sprawy, którymi mogłabym się podzielić na forum.
Z przyjemniejszych to poznałam Francuza wieczorową porą. Po kilku piwach zmieniliśmy temat na biznes i finanse. Przy dobrych wiatrach od marca może będę miała dodatkową pracę. Bardzo dobrze, by się złożyło, bo teraźniejszy kontrakt wygaśnie za 3 miesiące więc miałabym zapewnioną ciągłość finansową. Ucieszyłam się. Ciekawe co z tego wyjdzie.
środa, 29 stycznia 2014
2,5 dnia :)
No i skończyło się rumakowanie. Ostatnie 3 tygodnie były dość leniwe. Musiałam zwolnić tempo. Na to co było naglące jakimś cudem uzbierałam pieniądze więc teraz mogłam funkcjonować nieco wolniej.
Podliczyłam przychody i odchody i stwierdziłam, że powinnam ciut dłużej pracować. Tak o jeden dzień w tygodniu i będzie dobrze - nie jest źle :)
Simonowi rozpoczął się projekt. Bardzo dobrze, bo skończą się wszelkie finansowe problemy.
Co za tym idzie, w wersji 'na biedaka' zamknęliśmy się w domu na 2,5 dnia i było super! Mam nadzieję, że nic nie robieniem naładował akumulatory i nie nudził się ze mną wybitnie, a odpoczywał.
A ja dalej walczę o kolejną wizę. Muszę udowodnić, że po skończonych kursach mam zamiar wrócić do kraju, czyli muszę przedstawić salda kont, zeznania podatkowe, zaświadczenia o zarobkach, powiązanie tej szkoły ze skończonymi kursami/studiami i wiele innych.
Niektóre punkty są trudne do zrealizowania, bo od kilku miesięcy nie przebywam w Polsce. Niestety nikogo to nie interesuje.
Jutro powinnam mieć wszystko wysłane mailem. Potem tłumaczenie i piękna opowiastka pt: "100 i jeden powód dla którego wracam do kraju" i zobaczymy co z tego wyjdzie.
Podliczyłam przychody i odchody i stwierdziłam, że powinnam ciut dłużej pracować. Tak o jeden dzień w tygodniu i będzie dobrze - nie jest źle :)
Simonowi rozpoczął się projekt. Bardzo dobrze, bo skończą się wszelkie finansowe problemy.
Co za tym idzie, w wersji 'na biedaka' zamknęliśmy się w domu na 2,5 dnia i było super! Mam nadzieję, że nic nie robieniem naładował akumulatory i nie nudził się ze mną wybitnie, a odpoczywał.
A ja dalej walczę o kolejną wizę. Muszę udowodnić, że po skończonych kursach mam zamiar wrócić do kraju, czyli muszę przedstawić salda kont, zeznania podatkowe, zaświadczenia o zarobkach, powiązanie tej szkoły ze skończonymi kursami/studiami i wiele innych.
Niektóre punkty są trudne do zrealizowania, bo od kilku miesięcy nie przebywam w Polsce. Niestety nikogo to nie interesuje.
Jutro powinnam mieć wszystko wysłane mailem. Potem tłumaczenie i piękna opowiastka pt: "100 i jeden powód dla którego wracam do kraju" i zobaczymy co z tego wyjdzie.
niedziela, 26 stycznia 2014
Lekka stabilizacja
Zrobiłam lekkie porządki i zauważyłam jedno - jak ktoś to czyta to musi myśleć, że jest mi strasznie źle. Fakt, momentami mam ochotę krzyknąć, tupnąć i się rozpłakać. Czasami mam wszystkiego serdecznie dość.
No, ale gdyby było tak źle i strasznie to nie starałabym się o kolejną wizę. Nie jest to zły kraj. Cudowny też nie, ale ma potencjał.
Teraz zwolniłam tempo. Już nie pracuję po 6 dni w tygodniu, bo się najnormalniej zajeżdżałam. W hotelu jestem przez 4 dni i jak policzyłam mój przychód to muszę jeszcze coś wykombinować. Niestety opcja pracy w biurze tymczasowo odpada - za słaby angielski mam.
Nastała wreszcie ta chwila kiedy mogę powiedzieć - jakoś się ustabilizowałam. Co za tym idzie w poniedziałki, środy i soboty będę chodziła na crossfit, a we wtorki i czwartki na basen. Treningi czas zacząć. Jeszcze do końca nie wiem skąd wezmę na to pieniądze, ale muszę coś dla siebie zrobić, bo inaczej zwariuje sama ze sobą. I tym samym też urozmaicę sobie towarzystwo i poznam nowych ludzi.
To co mnie naszło ostatnio i też o tym rozmawiałam z dwoma osobami.
Ciężko tutaj o dobrych znajomych. Miasto charakteryzuje się tym, że ludzie przyjeżdżają, posiedzą 3 - 5 miesięcy i wyjeżdżają. Są znajomi do piwa. O dobrych znajomych strasznie trudno. Tym bardziej przyda mi się zmiana towarzystwa.
No, ale gdyby było tak źle i strasznie to nie starałabym się o kolejną wizę. Nie jest to zły kraj. Cudowny też nie, ale ma potencjał.
Teraz zwolniłam tempo. Już nie pracuję po 6 dni w tygodniu, bo się najnormalniej zajeżdżałam. W hotelu jestem przez 4 dni i jak policzyłam mój przychód to muszę jeszcze coś wykombinować. Niestety opcja pracy w biurze tymczasowo odpada - za słaby angielski mam.
Nastała wreszcie ta chwila kiedy mogę powiedzieć - jakoś się ustabilizowałam. Co za tym idzie w poniedziałki, środy i soboty będę chodziła na crossfit, a we wtorki i czwartki na basen. Treningi czas zacząć. Jeszcze do końca nie wiem skąd wezmę na to pieniądze, ale muszę coś dla siebie zrobić, bo inaczej zwariuje sama ze sobą. I tym samym też urozmaicę sobie towarzystwo i poznam nowych ludzi.
To co mnie naszło ostatnio i też o tym rozmawiałam z dwoma osobami.
Ciężko tutaj o dobrych znajomych. Miasto charakteryzuje się tym, że ludzie przyjeżdżają, posiedzą 3 - 5 miesięcy i wyjeżdżają. Są znajomi do piwa. O dobrych znajomych strasznie trudno. Tym bardziej przyda mi się zmiana towarzystwa.
poniedziałek, 20 stycznia 2014
Historia pewnego Pelikana
- "Kochanie, gdzie jesteś? Stoję przed Twoim domem..."
+ "Nie uwierzysz co się stało. Poczekaj na mnie"
- "Ale co się stało? Znowu ktoś się bił?" <słyszę sapanie w głosie i ogólne poruszenie>
+ "Ewelina! Poczekaj, wyjaśnię wszystko"
No, to poczekałam.
Przyszedł. Uśmiechnięty. Rozpromieniony.
Stoję. Milczę. Słucham.
Jego dalsza sąsiadka - zarazem dobra znajoma, zadzwoniła po pomoc. Zerwał się i pobiegł na ratunek. W potrzebie nie była ona, ale duży, biały pelikan. Biedactwo zaplątało się w żyłce wędkarskiej i nie mogło odlecieć. Sąsiadka zadzwoniła po specjalistyczną pomoc, ale pan nie mógł sobie sam poradzić i potrzebował drobnego wsparcia. Są dowody.
Pelikan uratowany.
Wrażenia:
- musiałem uważać żeby mu krzywdy nie zrobić, bo strasznie był delikatny.
- w ogóle się nie wyrywał. Chyba wiedział, że chcemy mu pomóc
- a ten pan to za darmo pomaga zwierzętom. Dzisiaj to był 4 ptak.
- muszę o tym rodzicom opowiedzieć
Nie będąc gorszą opowiastkę przekazuję dalej :)
+ "Nie uwierzysz co się stało. Poczekaj na mnie"
- "Ale co się stało? Znowu ktoś się bił?" <słyszę sapanie w głosie i ogólne poruszenie>
+ "Ewelina! Poczekaj, wyjaśnię wszystko"
No, to poczekałam.
Przyszedł. Uśmiechnięty. Rozpromieniony.
Stoję. Milczę. Słucham.
Jego dalsza sąsiadka - zarazem dobra znajoma, zadzwoniła po pomoc. Zerwał się i pobiegł na ratunek. W potrzebie nie była ona, ale duży, biały pelikan. Biedactwo zaplątało się w żyłce wędkarskiej i nie mogło odlecieć. Sąsiadka zadzwoniła po specjalistyczną pomoc, ale pan nie mógł sobie sam poradzić i potrzebował drobnego wsparcia. Są dowody.
Pelikan uratowany.Wrażenia:
- musiałem uważać żeby mu krzywdy nie zrobić, bo strasznie był delikatny.
- w ogóle się nie wyrywał. Chyba wiedział, że chcemy mu pomóc
- a ten pan to za darmo pomaga zwierzętom. Dzisiaj to był 4 ptak.
- muszę o tym rodzicom opowiedzieć
Nie będąc gorszą opowiastkę przekazuję dalej :)
niedziela, 12 stycznia 2014
To były jedynie dwa tygodnie?
Znowu zniknęłam na dłuższy okres czasu. Działo się nieco. Przyznać też muszę, że momentami traciłam rachubę dni. Na szczęście prawie nastał czas błogiego spokoju, a przynajmniej mogę nieco zwolnić tempo.
To co się zmieniło:
- straciłam jedną pracę. Niestety w dość nieprzyjemny sposób. Nigdy nie sądziłam, że coś takiego usłyszę.
- w drugiej dziewczyna z którą bardzo często pracuje donosi na mnie.
- jestem w fazie środkowej załatwiania nowej wizy. Z tego co w kalendarzu spojrzałam to powinnam ją mieć do marca, kwietnia 2015. Niestety jest to wydatek dość pieniężnochłonny więc muszę ciut pasa zacisnąć.
- zaczęłam nowy kurs i zdałam sobie sprawę, że pomysł na Age Care był dobry.
- relacje damsko-męskie
- zostałam okradziona
I wszystko to w przeciągu 2 tygodni.
Może od początku.
Zacznę od tego co jest dla mnie najprzyjemniejsze. Wspominałam tu i ówdzie o moim absztyfikancie. Jesteśmy razem 2 miesiące - nie jest to długi okres czasu, ale patrząc na to, że mieszkam tu od 4 to z tej perspektywy jest to już 'coś' znaczącego. Ów pan jest znacznie starszy ode mnie. W pewnym momencie miałam twardy orzech do zgryzienia. Zazwyczaj mam starszych od siebie chłopaków bądź bardziej dojrzalszych niż ich wiek powinien przewidywać. Mam jedną zasadę - nie mogę powiedzieć 'hej tato' to znaczy, że różnica wieku nie może być na tyle duża, że teoretycznie byłabym w stanie być jego córką. Zasada ta była dobra w momencie kiedy byłam młoda i piękna, bo przykładowo ona 22 lata, on 40lat - dwa zupełnie inne światy, inne problemy, inne realia. Ona wchodzi w dorosły wiek, on jest w nim od wielu lat zakotwiczony. 28 i 42? Była rozmowa: "jestem dla Ciebie za głupia życiowo. Niektóre sprawy dla Ciebie będą czymś normalnym, dla mnie zupełnie nowym". Zaryzykowałam. Byłam szczęśliwa. A co jeśli to nie jest 42, a 49, bo czegoś niezrozumiałam? Czy to coś zmienia? Jeśli byłam szczęśliwa z 42latkiem to czemu miałabym nieszczęśliwa z 49? W jednej chwili nie postarzał się, nie zdziadział. A co za tym idzie - spotykam się z facetem o 20 lat starszym i muszę przyznać, że nie pamiętam kiedy ostatnio byłam z kimś tak szczęśliwa. Oczywiście są momenty kiedy mam ochotę go zabić, ale są też sytuacje w których mam ochotę rzucić mu się w ramiona np.
Pojechałam pociągiem do Brisbane ogarnąć nową wizę. Na moje nieszczęście złapała mnie burza. Zmokłam do tego stopnia, że wykręcałam koszulkę. Wsiadłam do klimatyzowanego pociągu i oczywistą oczywistością było to, że zaczęłam się trząść jak galareta. Burza była zbyt potężna i uszkodziła trakcję - przejechałam aż jedną stację. Czekając na cud ponad 2 godziny zadzwoniłam do absztyfikanta. Będąc chorym (gorączka, okropny kaszel i potężne problemy z oddychaniem - dosłownie facet mi na kanapie schodził) jechał ok. 100 km w jedną stronę, by mnie z dworca odebrać, bo przecież mogę się przeziębić. Niestety się przeziębiłam.
Takich sytuacji, gdzie wiem, że mogę na niego polegać jest więcej. Momentów, gdzie miałam duży uśmiech na twarzy było jeszcze więcej. Nie sądziłam, że ponownie będę się w stanie poczuć tak dobrze w czyimś towarzystwie. I bardzo nie chcę, by się coś w tym temacie zmieniło. No, ale to jest prawie, że jedyny plus ostatniego czasu.
Kolejny to wiza. Zaczynają pojawiać się lekkie schody - 3 razy szkoła zgubiła moje dokumenty. Mam nadzieję, że wreszcie jutro wszystko się wyjaśni. Niestety jest to dość kosztowna inwestycja: 535$ samo wysłanie aplikacji + ubezpieczenie. Dało to kwotę prawie 1000$. Kolejna wiza studencka będzie dodatkowo powiększona o kwotę 700$ - taki myk żeby zniechęcić.
Skoro plusy się skończyły...
Okradziono mnie. Ludzie z którymi mieszkałam, z którymi ciągle miałam kłopoty nie zwrócili mi kaucji - 150$. Kokosy to nie są, ale zupełnie małe pieniądze też nie. Cała historia ciągnęła się przez 3 tygodnie. Ostatecznie ją przegrałam. To co między czasie słyszałam, ilość kłamstw, dziwności utwierdziło mnie w przekonaniu, że niestety nie chce mieć nic wspólnego z większością Kolumbijczyków, których poznałam. I dzięki uprzejmości byłych lokatorów większość ze wspólnych znajomych nie mówi mi nawet 'cześć' więc nie będę miała z tym problemów.
Praca. Ach ta praca. Całe życie są z nią problemy. Wiem jedno, muszę ją zmienić na coś normalnego. Postanowiłam, że przez ten tydzień powtarzam excella i od przyszłego tygodnia szukam pracy w biurze. O! Zanim rozpocznę pracę w zawodzie to jeszcze trochę czasu minie. Dopiero rozpoczynam ten kurs. Zbyt mocno zielona jestem. A w biurze i tak nie mogę pracować na pełen etat więc dwa dni w biurze i jeden home office w cudowny sposób, by mnie uszczęśliwiło. Czas pokaże co z tego wyjdzie. Na razie excell! :)
To co się zmieniło:
- straciłam jedną pracę. Niestety w dość nieprzyjemny sposób. Nigdy nie sądziłam, że coś takiego usłyszę.
- w drugiej dziewczyna z którą bardzo często pracuje donosi na mnie.
- jestem w fazie środkowej załatwiania nowej wizy. Z tego co w kalendarzu spojrzałam to powinnam ją mieć do marca, kwietnia 2015. Niestety jest to wydatek dość pieniężnochłonny więc muszę ciut pasa zacisnąć.
- zaczęłam nowy kurs i zdałam sobie sprawę, że pomysł na Age Care był dobry.
- relacje damsko-męskie
- zostałam okradziona
I wszystko to w przeciągu 2 tygodni.
Może od początku.
Zacznę od tego co jest dla mnie najprzyjemniejsze. Wspominałam tu i ówdzie o moim absztyfikancie. Jesteśmy razem 2 miesiące - nie jest to długi okres czasu, ale patrząc na to, że mieszkam tu od 4 to z tej perspektywy jest to już 'coś' znaczącego. Ów pan jest znacznie starszy ode mnie. W pewnym momencie miałam twardy orzech do zgryzienia. Zazwyczaj mam starszych od siebie chłopaków bądź bardziej dojrzalszych niż ich wiek powinien przewidywać. Mam jedną zasadę - nie mogę powiedzieć 'hej tato' to znaczy, że różnica wieku nie może być na tyle duża, że teoretycznie byłabym w stanie być jego córką. Zasada ta była dobra w momencie kiedy byłam młoda i piękna, bo przykładowo ona 22 lata, on 40lat - dwa zupełnie inne światy, inne problemy, inne realia. Ona wchodzi w dorosły wiek, on jest w nim od wielu lat zakotwiczony. 28 i 42? Była rozmowa: "jestem dla Ciebie za głupia życiowo. Niektóre sprawy dla Ciebie będą czymś normalnym, dla mnie zupełnie nowym". Zaryzykowałam. Byłam szczęśliwa. A co jeśli to nie jest 42, a 49, bo czegoś niezrozumiałam? Czy to coś zmienia? Jeśli byłam szczęśliwa z 42latkiem to czemu miałabym nieszczęśliwa z 49? W jednej chwili nie postarzał się, nie zdziadział. A co za tym idzie - spotykam się z facetem o 20 lat starszym i muszę przyznać, że nie pamiętam kiedy ostatnio byłam z kimś tak szczęśliwa. Oczywiście są momenty kiedy mam ochotę go zabić, ale są też sytuacje w których mam ochotę rzucić mu się w ramiona np.
Pojechałam pociągiem do Brisbane ogarnąć nową wizę. Na moje nieszczęście złapała mnie burza. Zmokłam do tego stopnia, że wykręcałam koszulkę. Wsiadłam do klimatyzowanego pociągu i oczywistą oczywistością było to, że zaczęłam się trząść jak galareta. Burza była zbyt potężna i uszkodziła trakcję - przejechałam aż jedną stację. Czekając na cud ponad 2 godziny zadzwoniłam do absztyfikanta. Będąc chorym (gorączka, okropny kaszel i potężne problemy z oddychaniem - dosłownie facet mi na kanapie schodził) jechał ok. 100 km w jedną stronę, by mnie z dworca odebrać, bo przecież mogę się przeziębić. Niestety się przeziębiłam.
Takich sytuacji, gdzie wiem, że mogę na niego polegać jest więcej. Momentów, gdzie miałam duży uśmiech na twarzy było jeszcze więcej. Nie sądziłam, że ponownie będę się w stanie poczuć tak dobrze w czyimś towarzystwie. I bardzo nie chcę, by się coś w tym temacie zmieniło. No, ale to jest prawie, że jedyny plus ostatniego czasu.
Kolejny to wiza. Zaczynają pojawiać się lekkie schody - 3 razy szkoła zgubiła moje dokumenty. Mam nadzieję, że wreszcie jutro wszystko się wyjaśni. Niestety jest to dość kosztowna inwestycja: 535$ samo wysłanie aplikacji + ubezpieczenie. Dało to kwotę prawie 1000$. Kolejna wiza studencka będzie dodatkowo powiększona o kwotę 700$ - taki myk żeby zniechęcić.
Skoro plusy się skończyły...
Okradziono mnie. Ludzie z którymi mieszkałam, z którymi ciągle miałam kłopoty nie zwrócili mi kaucji - 150$. Kokosy to nie są, ale zupełnie małe pieniądze też nie. Cała historia ciągnęła się przez 3 tygodnie. Ostatecznie ją przegrałam. To co między czasie słyszałam, ilość kłamstw, dziwności utwierdziło mnie w przekonaniu, że niestety nie chce mieć nic wspólnego z większością Kolumbijczyków, których poznałam. I dzięki uprzejmości byłych lokatorów większość ze wspólnych znajomych nie mówi mi nawet 'cześć' więc nie będę miała z tym problemów.
Praca. Ach ta praca. Całe życie są z nią problemy. Wiem jedno, muszę ją zmienić na coś normalnego. Postanowiłam, że przez ten tydzień powtarzam excella i od przyszłego tygodnia szukam pracy w biurze. O! Zanim rozpocznę pracę w zawodzie to jeszcze trochę czasu minie. Dopiero rozpoczynam ten kurs. Zbyt mocno zielona jestem. A w biurze i tak nie mogę pracować na pełen etat więc dwa dni w biurze i jeden home office w cudowny sposób, by mnie uszczęśliwiło. Czas pokaże co z tego wyjdzie. Na razie excell! :)
czwartek, 26 grudnia 2013
Koniec roku
Czas na podsumowanie dwunastu miesięcy.
Najkrócej to zmieniłam całe swoje życie.
Rok temu zastanawiałam się nad tym co będę robiła na Sylwestra i jak co roku wpadałam w panikę. Równo rok temu poznałam wspaniałego chłopaka w którym się zauroczyłam - wystarczył jego jeden uśmiech :) i pomimo, że nie jesteśmy razem to nadal mamy dobry kontakt. W sumie to Australia była jego pomysłem.
365 dni temu mieszkałam na gaju wraz z Szalonym Informatykiem lubującym się w whiskey :)
Udało mi się znaleźć dobrze płatną pracę. Niestety stresującą, ale widziałam światełko w finansowym tunelu.
Miałam dobre życie.
Przewróciłam je do góry nogami.
Wiele razy się zastanawiałam czy dobrze zrobiłam. Nawet dzisiaj z płaczem w głosie powiedziałam, że chciałabym wrócić do kraju. Ciągle się z czymś szarpie, ciągle walczę o stabilizację. Jestem tym zmęczona. Wystarczyła jedna rozmowa i staram się dalej walczyć. Dzięki Paweł!
To co mnie zaskoczyło w przeciągu tego czasu to ludzie.
Po raz kolejny znajomości się zweryfikowały. W momencie podjęcia przeze mnie decyzji wielu znajomych zmieniło się o 180 stopni. Niestety ich słowa nadal pamiętam: "skoro stać ciebie na taką wyprawę to rozumiem, że dzisiaj ty stawiasz", "a przed czym ty uciekasz? Rozumiem UK, ale AU?". Z tymi osobami praktycznie kontaktu już nie mam. Ponownie zmniejszyła się liczba kumpli.
Z drugiej strony odezwali się Ci z którymi od kilku lat nie miałam kontaktu i pomimo wielu tysięcy km nadal mailujemy. Miła niespodzianka! I tych serdecznie pozdrawiam.
A Ci którzy od wielu lat zawsze są przy mnie wiedzą, że ich nigdy nie przestanę kochać i zawsze będę ich męczyła swoją skromną osobą bez względu na dzielący nas dystans! Dziękuje za cierpliwość!
Jak co roku na pierwszej stronie kalendarza widnieją noworoczne postanowienia.
Nie udało mi się jednego zrealizować - mój rekord :) Na nurkowanie muszę poczekać.
2013 należał do dzielenia się sobą - po kilku latach starań nareszcie mogłam zostać potencjalnym dawcą szpiku kostnego. 2014 nie zmieni tego - przyszła pora na krew (min. waga 45kg więc chyba się uda).
Teraz nie potrafię określić nowych postanowień.
Wszystko zaczynam od nowa. Nowe znajomości. Nowe miejsca. Nowe obowiązki. Nowy tryb życia.
Cieszy mnie to, że nie jestem sama. I choć jedna osoba nigdy nie będzie w stanie przeczytać tego postu (nie dostrzegam potrzeby nauczania języka polskiego) to jestem szczęśliwa i pomimo, że czasem się pokłócimy to wiem, że jest przy mnie i mogę na Niego liczyć.
Cieszę się jak dziecko jak za każdym razem przeczytam maila od znajomych z polski, bo mam świadomość, że ktoś mnie wspiera i ktoś tam jeszcze na mnie czeka. Dziękuje!
Mam tu swój plan, który powoli realizuje.
1. Normalny pokój
2. Praca dająca możliwość odłożenia pieniędzy
3. Szkoła zawodowa
4. Zmiana pracy na zgodną ze szkołą zawodową
5. Zmiana rodzaju wizy.
Zostały dwa punkty. Poprzednie 3 były najtrudniejsze z powodu bariery językowej i nieznajomości otoczenia. Wydaje mi się, że i tak mam dobre tempo.
Zbliżający się Sylwester będzie bardzo symboliczny. Pomimo, że jestem spłukana jak mysz kościelna (długa i stresująca historia) to jest dla mnie bardzo magiczny czas.
Zamykam trwający 28 lat rozdział w moim życiu zwany Polską.
Staram się, by nowy był lepszy od poprzedniego. Niestety nie jest to wcale takie łatwe.
Najkrócej to zmieniłam całe swoje życie.
Rok temu zastanawiałam się nad tym co będę robiła na Sylwestra i jak co roku wpadałam w panikę. Równo rok temu poznałam wspaniałego chłopaka w którym się zauroczyłam - wystarczył jego jeden uśmiech :) i pomimo, że nie jesteśmy razem to nadal mamy dobry kontakt. W sumie to Australia była jego pomysłem.
365 dni temu mieszkałam na gaju wraz z Szalonym Informatykiem lubującym się w whiskey :)
Udało mi się znaleźć dobrze płatną pracę. Niestety stresującą, ale widziałam światełko w finansowym tunelu.
Miałam dobre życie.
Przewróciłam je do góry nogami.
Wiele razy się zastanawiałam czy dobrze zrobiłam. Nawet dzisiaj z płaczem w głosie powiedziałam, że chciałabym wrócić do kraju. Ciągle się z czymś szarpie, ciągle walczę o stabilizację. Jestem tym zmęczona. Wystarczyła jedna rozmowa i staram się dalej walczyć. Dzięki Paweł!
To co mnie zaskoczyło w przeciągu tego czasu to ludzie.
Po raz kolejny znajomości się zweryfikowały. W momencie podjęcia przeze mnie decyzji wielu znajomych zmieniło się o 180 stopni. Niestety ich słowa nadal pamiętam: "skoro stać ciebie na taką wyprawę to rozumiem, że dzisiaj ty stawiasz", "a przed czym ty uciekasz? Rozumiem UK, ale AU?". Z tymi osobami praktycznie kontaktu już nie mam. Ponownie zmniejszyła się liczba kumpli.
Z drugiej strony odezwali się Ci z którymi od kilku lat nie miałam kontaktu i pomimo wielu tysięcy km nadal mailujemy. Miła niespodzianka! I tych serdecznie pozdrawiam.
A Ci którzy od wielu lat zawsze są przy mnie wiedzą, że ich nigdy nie przestanę kochać i zawsze będę ich męczyła swoją skromną osobą bez względu na dzielący nas dystans! Dziękuje za cierpliwość!
Jak co roku na pierwszej stronie kalendarza widnieją noworoczne postanowienia.
Nie udało mi się jednego zrealizować - mój rekord :) Na nurkowanie muszę poczekać.
2013 należał do dzielenia się sobą - po kilku latach starań nareszcie mogłam zostać potencjalnym dawcą szpiku kostnego. 2014 nie zmieni tego - przyszła pora na krew (min. waga 45kg więc chyba się uda).
Teraz nie potrafię określić nowych postanowień.
Wszystko zaczynam od nowa. Nowe znajomości. Nowe miejsca. Nowe obowiązki. Nowy tryb życia.
Cieszy mnie to, że nie jestem sama. I choć jedna osoba nigdy nie będzie w stanie przeczytać tego postu (nie dostrzegam potrzeby nauczania języka polskiego) to jestem szczęśliwa i pomimo, że czasem się pokłócimy to wiem, że jest przy mnie i mogę na Niego liczyć.
Cieszę się jak dziecko jak za każdym razem przeczytam maila od znajomych z polski, bo mam świadomość, że ktoś mnie wspiera i ktoś tam jeszcze na mnie czeka. Dziękuje!
Mam tu swój plan, który powoli realizuje.
1. Normalny pokój
2. Praca dająca możliwość odłożenia pieniędzy
3. Szkoła zawodowa
4. Zmiana pracy na zgodną ze szkołą zawodową
5. Zmiana rodzaju wizy.
Zostały dwa punkty. Poprzednie 3 były najtrudniejsze z powodu bariery językowej i nieznajomości otoczenia. Wydaje mi się, że i tak mam dobre tempo.
Zbliżający się Sylwester będzie bardzo symboliczny. Pomimo, że jestem spłukana jak mysz kościelna (długa i stresująca historia) to jest dla mnie bardzo magiczny czas.
Zamykam trwający 28 lat rozdział w moim życiu zwany Polską.
Staram się, by nowy był lepszy od poprzedniego. Niestety nie jest to wcale takie łatwe.
niedziela, 15 grudnia 2013
Historia kilku Polaków
Wydawało mi się, że za dużo nas tu nie ma. Okazało się to nieprawdą. Istniejemy tutaj. Tylko, że się ukrywamy.
Pracuje w hotelu, gdzie walczyłam jak lwica broniąc mojego polskiego imienia. Nie jestem Evelyn bądź Iłelina. Jestem Ewelina. I nie podoba mi się jak ktoś zmienia moje imię. I nigdy mi się to nie podobało. Na szczęście nie jest ono skomplikowane więc nie powinno nikomu sprawiać trudności.
Jadę windą wraz z wieloma innymi pracownikami. I słyszę: "Hej Ewelina. Ola jestem". "Eeeee" - oczy jak 5 złotówki. "Cześć. Wow słyszę polski", "<śmiech> Słyszałam jak bronisz swojego imienia. Dobrze, tak trzymaj". I tak się zaczęło.
Justyna imieniem Ola przyjechała do Gold Coast wraz ze swoim chłopakiem. Przez 2 lata mieszkała w Anglii, gdzie poznała mężczyznę swojego życia. Są typem włoczykijów. Posiedzą w jednym miejscu, by zarobić pieniądze i jadą dalej. Super opcja. Zwiedzili połowę globu. Uwielbiam słuchać jej opowieści. A że jest gadułą to sama przyjemność wybrać się na piwo tudzież dwa dzbanki piwa. Choć muszę przyznać, że pomimo ciągłego uśmiechu i beztroski na twarzy to życie niejednokrotnie skopało jej 4 litery. Będzie tutaj do drugiej połowy stycznia. Później jadą dalej do innego zakątka Australii. I z łezką w oku muszę stwierdzić, że będzie mi jej brakowało.
Dwa tygodnie temu przyjechał Krzysiek. Chłopak również przez jakiś czas mieszkał w Anglii. Teraz próbuje znaleźć swoje miejsce tutaj. Generalnie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Ledwo co się tu pojawił, jeszcze dobrze nowego domu nie znalazł, a opcja pracy się pojawiła. Super by było, gdyby już mógł się ustabilizować finansowo. Świat czasami jest bardzo mały. Okazało się, że wysłał go ten sam agent i przez kilka lat mieszkał we Wrocławiu. Ciekawe czy mamy wspólnych znajomych.
Jest jeszcze Witek, którego poznałam w szkole. Jest tu z nas najdłużej. O wnioskach wizowych wie chyba wszystko. Niestety osiedlenie się nie jest proste. Australia, która żyje z emigrantów robi wszystko, by ich tu nie było.
Cała nasza trójka stara się i walczy z przeciwnościami Australijskiego losu. Jedno drugiemu pomaga jak tylko może. I tak być powinno.
Oprócz tego jest Kasia, Aneta, Maciek. I na pewno wiele innych. Fajnie czasami otworzyć buzie w swoim języku :) Jest to duży komfort.
Pracuje w hotelu, gdzie walczyłam jak lwica broniąc mojego polskiego imienia. Nie jestem Evelyn bądź Iłelina. Jestem Ewelina. I nie podoba mi się jak ktoś zmienia moje imię. I nigdy mi się to nie podobało. Na szczęście nie jest ono skomplikowane więc nie powinno nikomu sprawiać trudności.
Jadę windą wraz z wieloma innymi pracownikami. I słyszę: "Hej Ewelina. Ola jestem". "Eeeee" - oczy jak 5 złotówki. "Cześć. Wow słyszę polski", "<śmiech> Słyszałam jak bronisz swojego imienia. Dobrze, tak trzymaj". I tak się zaczęło.
Justyna imieniem Ola przyjechała do Gold Coast wraz ze swoim chłopakiem. Przez 2 lata mieszkała w Anglii, gdzie poznała mężczyznę swojego życia. Są typem włoczykijów. Posiedzą w jednym miejscu, by zarobić pieniądze i jadą dalej. Super opcja. Zwiedzili połowę globu. Uwielbiam słuchać jej opowieści. A że jest gadułą to sama przyjemność wybrać się na piwo tudzież dwa dzbanki piwa. Choć muszę przyznać, że pomimo ciągłego uśmiechu i beztroski na twarzy to życie niejednokrotnie skopało jej 4 litery. Będzie tutaj do drugiej połowy stycznia. Później jadą dalej do innego zakątka Australii. I z łezką w oku muszę stwierdzić, że będzie mi jej brakowało.
Dwa tygodnie temu przyjechał Krzysiek. Chłopak również przez jakiś czas mieszkał w Anglii. Teraz próbuje znaleźć swoje miejsce tutaj. Generalnie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Ledwo co się tu pojawił, jeszcze dobrze nowego domu nie znalazł, a opcja pracy się pojawiła. Super by było, gdyby już mógł się ustabilizować finansowo. Świat czasami jest bardzo mały. Okazało się, że wysłał go ten sam agent i przez kilka lat mieszkał we Wrocławiu. Ciekawe czy mamy wspólnych znajomych.
Jest jeszcze Witek, którego poznałam w szkole. Jest tu z nas najdłużej. O wnioskach wizowych wie chyba wszystko. Niestety osiedlenie się nie jest proste. Australia, która żyje z emigrantów robi wszystko, by ich tu nie było.
Cała nasza trójka stara się i walczy z przeciwnościami Australijskiego losu. Jedno drugiemu pomaga jak tylko może. I tak być powinno.
Oprócz tego jest Kasia, Aneta, Maciek. I na pewno wiele innych. Fajnie czasami otworzyć buzie w swoim języku :) Jest to duży komfort.
7 zagadek
Jakiś czas temu na zajęciach dano nam do rozwiązania 7 zagadek. Rozwaliły nas na łopatki.
1. I'm as big as an elephant but I weigh nothing. What I am?
2. For some I go fast, for others I go slow. Most people worry about me. What I am?
3. There are 4 girls and 4 apples in a basket. Each girl takes an apple but there's one apple left in the basket. How is this possible?
4. What is the beginning of the end, the end of the time, the moddle of yesterday and nowhere in tomorrow? - This is my favourite :)
5. There are 2 Indians. A big Indnian and a little Indian. The little Indian is the big Indian's son but the big Indian is not the little Indian's father. How is this possible?
6. What word can be written forward, backward or upside down and can still be read from left to right?
7. It is more powerful than God,
More evil than devil,
The poor have it,
The rochh need it
And if you eat it, you'll die.
What is it?
I jak? Jakie odpowiedzi? :)
1. I'm as big as an elephant but I weigh nothing. What I am?
2. For some I go fast, for others I go slow. Most people worry about me. What I am?
3. There are 4 girls and 4 apples in a basket. Each girl takes an apple but there's one apple left in the basket. How is this possible?
4. What is the beginning of the end, the end of the time, the moddle of yesterday and nowhere in tomorrow? - This is my favourite :)
5. There are 2 Indians. A big Indnian and a little Indian. The little Indian is the big Indian's son but the big Indian is not the little Indian's father. How is this possible?
6. What word can be written forward, backward or upside down and can still be read from left to right?
7. It is more powerful than God,
More evil than devil,
The poor have it,
The rochh need it
And if you eat it, you'll die.
What is it?
I jak? Jakie odpowiedzi? :)
sobota, 14 grudnia 2013
Miła odmiana
We Wrocławiu nie cierpiałam na nudę. Zawsze coś się działo. A tutaj? Już nie ogarniam co się dzieje. To dobrze. Zawsze w ruchu.
Przeprowadziłam się!
I ponownie to napiszę.
Przeprowadziłam się!
Załączam zdjęcia mojego pokoju (są niestety za ciemne, pokój ma ok 15-18m, rozsuwaną szafę, której nie ma na zdjęciu). Jestem zachwycona. Wreszcie swój własny pokój ze swobodnym dostępem do internetu. Mieszkam teraz w dwu poziomowym domu z 3 osobami - młodszym ode mnie małżeństwem i Filipińczykiem. Wszyscy są bardzo mili. Pomocni. Jednym słowem uwielbiam swój nowy dom. I co najważniejsze mam normalną umowę.
Niesamowicie miło, bo zaprosili mnie na święta. Tylko, że ja pracuje w święta i jak wrócę to jedyne o czym będę myślała to o swoim łóżku. To będzie najgorszy moment w pracy. I też moi polscy znajomi są sami więc podziękowałam grzecznie i zobaczę jak się akcja rozwinie. Sama propozycja niesamowicie miła. Szok!
Ogólnie są niesamowicie mili. Wczoraj dostałam smsa o wyjściu do restauracji. Dzisiaj poszliśmy na lunch. Z tego co zauważyłam to wszystko jest tutaj wspólne. Muszę i ja się przestawić do tego funkcjonowania, Jestem w innym świecie. Mam z kim porozmawiać. Mam z kim się pośmiać. Muszę się odzwyczaić od funkcjonowania: "to moje - nie ruszaj".
Kia i Andrew - są młodym małżeństwem. Bodajże rok młodsi ode mnie. Mają dwa olbrzymich rozmiarów koty.
Kia - wiecznie uśmiechnięta z wrodzonym ADHD fotografka. Z tego co zauważyłam lubi gotować. Oprócz pracy z aparatem jest zatrudniona w biurze, gdzie przesiaduje przez 3 dni w tygodniu. Ma kategoryczny zakaz picia kawy (jeszcze bardziej ją rozpiera energia).
Andrew - bardzo kontaktowy młody mężczyzna. W momencie kiedy się śmieje z oczu powstają mu urokliwe łezki :P Jego najlepsi przyjaciele to Polacy (jakby mogło być inaczej ;) ). Lubi gry komputerowe i dobrą kawę.
Justien - jest za mą ścianą i co najlepsze totalnie go nie słyszę. Sympatyczna gaduła - co dla mnie jest bardzo dobre. Pracuje w mym przyszłym zawodzie i nieco mnie zaniepokoił stwierdzając, że jak skończę mój kurs to mam mu się przypomnieć na temat zatrudnienia w jego pracy. Super! Tylko czemu jak go skończę? To co, ja mam przez 6 miesięcy sprzątać kible? Może uda mi się jakoś bez jego pomocy coś wskórać.
Ostatnio na zajęciach nauczycielka, która jest z pochodzenia Wenezuelką stwierdziła, że wszelką pomoc, czy bliższe kontakty ma jedynie z Kolumbijczykami. Zdziwiłam się. Dla mnie Australijczycy są zawsze mili, pomocni i życzliwi. Osobiście zraziłam się do Kolumbijczyków. Dla mnie są krzykliwymi brudasami. Jak słyszę, że ktoś drze się to na pewno będzie Kolumbia. Rozumiem, że ogólnie Latynosi są głośni, ale Ci przekrzyczą każdego.
Niestety, ale łatwo w życiu być nie może. Nie wierzę, że odzyskam
kaucję za poprzedni pokój. Jest coraz dziwniej. Teoretycznie w momencie opuszczenia przeze mnie mieszkania powinnam mieć ją zwróconą. Okazało się, że nie widnieje na umowie. Kolumbijczycy nie wpisali mojego nazwiska. Mój poprzednik też został zignorowany. Teraz muszę czekać aż parka się wyprowadzi i wtedy być może zobaczę pieniądze, tzn. cała kaucja zostanie przelana na konta Kolumbijczyków i ci mają mi ją przelać na konto. Dobrze, że w tym samym czasie ze swojego łóżka rezygnuje Sebastian (z nim dzieliłam pokój) to istnieje jeszcze szansa na odzyskanie pieniędzy. Jeśli cała kwota trafi na konto parki - mogę o nich zapomnieć. Nie raz mi życie uprzykrzyli więc nie wierzę, że zobaczę te pieniądze na koncie.
Mam cichą nadzieję, że będzie to moja ostatnia przeprowadzka!
Przeprowadziłam się!
I ponownie to napiszę.
Przeprowadziłam się!
Załączam zdjęcia mojego pokoju (są niestety za ciemne, pokój ma ok 15-18m, rozsuwaną szafę, której nie ma na zdjęciu). Jestem zachwycona. Wreszcie swój własny pokój ze swobodnym dostępem do internetu. Mieszkam teraz w dwu poziomowym domu z 3 osobami - młodszym ode mnie małżeństwem i Filipińczykiem. Wszyscy są bardzo mili. Pomocni. Jednym słowem uwielbiam swój nowy dom. I co najważniejsze mam normalną umowę.
![]() |
| Fragment mojego pokoju |
Niesamowicie miło, bo zaprosili mnie na święta. Tylko, że ja pracuje w święta i jak wrócę to jedyne o czym będę myślała to o swoim łóżku. To będzie najgorszy moment w pracy. I też moi polscy znajomi są sami więc podziękowałam grzecznie i zobaczę jak się akcja rozwinie. Sama propozycja niesamowicie miła. Szok!
Ogólnie są niesamowicie mili. Wczoraj dostałam smsa o wyjściu do restauracji. Dzisiaj poszliśmy na lunch. Z tego co zauważyłam to wszystko jest tutaj wspólne. Muszę i ja się przestawić do tego funkcjonowania, Jestem w innym świecie. Mam z kim porozmawiać. Mam z kim się pośmiać. Muszę się odzwyczaić od funkcjonowania: "to moje - nie ruszaj".
Kia i Andrew - są młodym małżeństwem. Bodajże rok młodsi ode mnie. Mają dwa olbrzymich rozmiarów koty.
Kia - wiecznie uśmiechnięta z wrodzonym ADHD fotografka. Z tego co zauważyłam lubi gotować. Oprócz pracy z aparatem jest zatrudniona w biurze, gdzie przesiaduje przez 3 dni w tygodniu. Ma kategoryczny zakaz picia kawy (jeszcze bardziej ją rozpiera energia).
Andrew - bardzo kontaktowy młody mężczyzna. W momencie kiedy się śmieje z oczu powstają mu urokliwe łezki :P Jego najlepsi przyjaciele to Polacy (jakby mogło być inaczej ;) ). Lubi gry komputerowe i dobrą kawę.
Justien - jest za mą ścianą i co najlepsze totalnie go nie słyszę. Sympatyczna gaduła - co dla mnie jest bardzo dobre. Pracuje w mym przyszłym zawodzie i nieco mnie zaniepokoił stwierdzając, że jak skończę mój kurs to mam mu się przypomnieć na temat zatrudnienia w jego pracy. Super! Tylko czemu jak go skończę? To co, ja mam przez 6 miesięcy sprzątać kible? Może uda mi się jakoś bez jego pomocy coś wskórać.
![]() |
| Kolejny fragment mojego pokoju |
Niestety, ale łatwo w życiu być nie może. Nie wierzę, że odzyskam
kaucję za poprzedni pokój. Jest coraz dziwniej. Teoretycznie w momencie opuszczenia przeze mnie mieszkania powinnam mieć ją zwróconą. Okazało się, że nie widnieje na umowie. Kolumbijczycy nie wpisali mojego nazwiska. Mój poprzednik też został zignorowany. Teraz muszę czekać aż parka się wyprowadzi i wtedy być może zobaczę pieniądze, tzn. cała kaucja zostanie przelana na konta Kolumbijczyków i ci mają mi ją przelać na konto. Dobrze, że w tym samym czasie ze swojego łóżka rezygnuje Sebastian (z nim dzieliłam pokój) to istnieje jeszcze szansa na odzyskanie pieniędzy. Jeśli cała kwota trafi na konto parki - mogę o nich zapomnieć. Nie raz mi życie uprzykrzyli więc nie wierzę, że zobaczę te pieniądze na koncie.
Mam cichą nadzieję, że będzie to moja ostatnia przeprowadzka!
Zamawiał Pan serwis?
Dawno, dawno temu widziałam film... główni bohaterowie to: przystojny milioner i piękna pokojówka.
Milionera sobie daruje. Chciałabym zobaczyć tą piękną, niezmęczoną pokojówkę. I przy okazji chciałabym nosić jej wdzianko. Mój wygląda jak worek po ziemniakach - nawet podobny kolor.
Praca jest ciężka. W momencie kiedy mam partnera to pokój składający się z kuchni, dwóch sypialni, dwóch łazienek z prysznicem oraz salonu powinnam sprzątnąć w przeciągu 30 minut. Przy normalnych gościach jest to realne. Przy brudasach niestety nie. Mój rekord to półtore godziny - było okropnie.
Wczorajszy dzień.
Miałyśmy do sprzątnięcia 12 bądź 10 pokoi. Z czego 5 były do totalnego sprzątnięcia. W pozostałych należało ładnie pościelić łóżka (bez wymiany pościeli) oraz umyć łazienkę (z wymianą ręczników). Zajęło to nam 8 godzin. Standard pozostawionych pokoi był momentami obrzydliwy. Nie będę się wdawała w szczegóły.
Wczorajszy dzień był hardcorem. No, ale jak tu ładnie i kusząco wyglądać?
Standardowy dzień to 5 godziny pracy. Niby nie dużo. W trakcie pracy nie wyglądam atrakcyjnie. Włosy muszę mieć zwinięte w kitkę. Nie jest to głupi pomysł, bo rozpuszczone, by przeszkadzały. Wyglądam jak obdartus - wspomniałam o uwodzicielskiej koszuli. Dodajcie do tego czarne, półeleganckie spodnie (znacznie lepiej, by wyglądały jeanso - podobne) i najlepszy dodatek koszyk z chemikaliami oraz worek ze szmatkami z którymi nie możemy się rozstawać. I jak ogólnie wyglądamy? Ktoś miałby ochotę poflirtować? Zapomniałam dodać, że ten typ pracy jest męczący więc momentami leje się z nas pot.
Odliczam: 29 dni i będę mogła zacząć szukać normalnej pracy. Co prawda minie nieco zanim ją znajdę, ale jakąś nadzieje trzeba mieć :)
Inne sprzątające prace
Dom w którym codziennie urzęduje jest moim drugim miejscem tego typu pracy. Pierwsze było nawet zabawne. Odpowiedziałam na ogłoszenie. Umówiłam się z Panią na konkretną godzinę. Byłam pewna, że od razu zacznę u niej sprzątać. Byłam w błędzie - została przeprowadzona rozmowa rekrutacyjna. Pani testowała mnie. Pokazała drabinę. I szybkie spojrzenie na mnie. "O co jej chodzi" - myślę sobie. Pokazała mi pralkę. Sytuacja powtórzyła się. "Czemu mi się tak przygląda". Kilkakrotnie akcja się powtórzyła. Dobra, dostałam pracę. Będę do niej przyjeżdżała aż jeden dzień w tygodniu na 2 godziny. No, ale na początek nie jest źle. Zawsze to jakiś wpływ gotówki.
Pierwszy dzień pracy.
"Sprzątnij sypialnię. Zmień pościel i wytrzyj dokładnie kurze" - padła komenda.
Wchodzę do sypialni i czuje się w jakimś horrorze. Nieco śmierdzi stęchlizną i tanimi perfumami. Na szafkach poukładane stare, brzydkie lalki. Łóżko w rozmiarze King. Przed łóżkiem schodki - "mówiła, że ma ręce nieco niesprawne od pracy, a nie nogi". Wymieniam pościel - cała w dziurach. Pierze wylatuje z każdej strony. Zawołałam ją i proszę o taśmę to prowizorycznie się dziury załata. Zmieniam prześcieradło. Chce szafkę mocno przylegającą do łóżka odsunąć, bym mogła prześcieradło poprawić. Ozdoba za łóżkiem spada mi na głowę. "Co jest?!". Kolanem ją przytrzymałam. Drugą nogą kopając szafkę przesunęłam tam gdzie była. Nie wiem jakim cudem poprawiłam wszystko. "Dobra, jeszcze kurze". Dotykam jednej lalki, a ta nie chce się ruszyć. Kobieta poprzyklejała je.
Zrobiłam swoje i wyszłam. Następnym razem powiedziała mi, że mnie nie potrzebuje i żebym więcej nie przyjeżdżała. Pozwolę sobie nie skomentować.
Milionera sobie daruje. Chciałabym zobaczyć tą piękną, niezmęczoną pokojówkę. I przy okazji chciałabym nosić jej wdzianko. Mój wygląda jak worek po ziemniakach - nawet podobny kolor.
Praca jest ciężka. W momencie kiedy mam partnera to pokój składający się z kuchni, dwóch sypialni, dwóch łazienek z prysznicem oraz salonu powinnam sprzątnąć w przeciągu 30 minut. Przy normalnych gościach jest to realne. Przy brudasach niestety nie. Mój rekord to półtore godziny - było okropnie.
Wczorajszy dzień.
Miałyśmy do sprzątnięcia 12 bądź 10 pokoi. Z czego 5 były do totalnego sprzątnięcia. W pozostałych należało ładnie pościelić łóżka (bez wymiany pościeli) oraz umyć łazienkę (z wymianą ręczników). Zajęło to nam 8 godzin. Standard pozostawionych pokoi był momentami obrzydliwy. Nie będę się wdawała w szczegóły.
Wczorajszy dzień był hardcorem. No, ale jak tu ładnie i kusząco wyglądać?
Standardowy dzień to 5 godziny pracy. Niby nie dużo. W trakcie pracy nie wyglądam atrakcyjnie. Włosy muszę mieć zwinięte w kitkę. Nie jest to głupi pomysł, bo rozpuszczone, by przeszkadzały. Wyglądam jak obdartus - wspomniałam o uwodzicielskiej koszuli. Dodajcie do tego czarne, półeleganckie spodnie (znacznie lepiej, by wyglądały jeanso - podobne) i najlepszy dodatek koszyk z chemikaliami oraz worek ze szmatkami z którymi nie możemy się rozstawać. I jak ogólnie wyglądamy? Ktoś miałby ochotę poflirtować? Zapomniałam dodać, że ten typ pracy jest męczący więc momentami leje się z nas pot.
![]() |
| Chce taki fartuszek |
Inne sprzątające prace
Dom w którym codziennie urzęduje jest moim drugim miejscem tego typu pracy. Pierwsze było nawet zabawne. Odpowiedziałam na ogłoszenie. Umówiłam się z Panią na konkretną godzinę. Byłam pewna, że od razu zacznę u niej sprzątać. Byłam w błędzie - została przeprowadzona rozmowa rekrutacyjna. Pani testowała mnie. Pokazała drabinę. I szybkie spojrzenie na mnie. "O co jej chodzi" - myślę sobie. Pokazała mi pralkę. Sytuacja powtórzyła się. "Czemu mi się tak przygląda". Kilkakrotnie akcja się powtórzyła. Dobra, dostałam pracę. Będę do niej przyjeżdżała aż jeden dzień w tygodniu na 2 godziny. No, ale na początek nie jest źle. Zawsze to jakiś wpływ gotówki.
Pierwszy dzień pracy.
"Sprzątnij sypialnię. Zmień pościel i wytrzyj dokładnie kurze" - padła komenda.
Wchodzę do sypialni i czuje się w jakimś horrorze. Nieco śmierdzi stęchlizną i tanimi perfumami. Na szafkach poukładane stare, brzydkie lalki. Łóżko w rozmiarze King. Przed łóżkiem schodki - "mówiła, że ma ręce nieco niesprawne od pracy, a nie nogi". Wymieniam pościel - cała w dziurach. Pierze wylatuje z każdej strony. Zawołałam ją i proszę o taśmę to prowizorycznie się dziury załata. Zmieniam prześcieradło. Chce szafkę mocno przylegającą do łóżka odsunąć, bym mogła prześcieradło poprawić. Ozdoba za łóżkiem spada mi na głowę. "Co jest?!". Kolanem ją przytrzymałam. Drugą nogą kopając szafkę przesunęłam tam gdzie była. Nie wiem jakim cudem poprawiłam wszystko. "Dobra, jeszcze kurze". Dotykam jednej lalki, a ta nie chce się ruszyć. Kobieta poprzyklejała je.
Zrobiłam swoje i wyszłam. Następnym razem powiedziała mi, że mnie nie potrzebuje i żebym więcej nie przyjeżdżała. Pozwolę sobie nie skomentować.
sobota, 7 grudnia 2013
Odliczam!
Odliczam. W piątek się przeprowadzam, czyli zostało 6 dni.
We wtorek odbieram klucze do nowego domu – 3 dni. 16 grudnia rozpoczynam
dwutygodniowy urlop. Nie będę musiała chodzić do szkoły, a w pracy powinien być
gorący okres więc zarobię w ludzkich granicach zmęczenia. Zostało 8 dni. 3
stycznia mam kolejny egzamin sprawdzający poziom wiedzy i jeśli go zdam to
rozpocznę inny kurs. 26 dni. Co prawda średnio mam kiedy się uczyć, ale skoro
zostałam kolejny raz studentem tygodnia to liczę na swoją niesamowitość. Są to
jedynie liczby, ale mocno zmieniające mój pobyt. Nie mogę się doczekać kiedy
wreszcie wypocznę i przestanę zasypiać na siedząco o 21:00 i przestanę być
najnudniejszą osobą ever. Kiedy rozpocznę nową szkołę. I kiedy się wyniosę. Z
tego ostatniego chyba najbardziej się cieszę. Nie ma niczego gorszego niż po
ciężkim dniu pracy wrócić do domu i czuć się jak wróg.
Wreszcie nastała stabilizacja. Nadal muszę patrzeć do
portfela i myśleć nad kolejną wizą i tym samym nad wydatkami. Cały czas
zmieniam standard na lepsze będąc albo na plusie bądź na zerze więc jestem
spokojna. Nowy wniosek wizowy kosztuje ok. 530$. Nowe ubezpieczenie ok. 400$.
Nowy kurs 4400$.Nadal jestem spokojna. Mam na połowę wspomnianych wydatków. Tylko
czemu mam kłopoty ze snem? Przejmuje się innymi sprawami. Zwłaszcza w tym
tygodniu. Udało mi się wreszcie uzyskać namiastkę stabilizacji, którą w jednej
chwili mogłam utracić.
Nie jest to jedyna sprawa, która nie spływa po mnie jak po
kaczce. Zawsze starałam się być dobrym człowiekiem. Bardzo często swoim
kosztem. Zazwyczaj starałam się pomóc drugiej osobie. Tutaj dostałam lekcję –
nie powtarzaj tego błędu więcej. Tylko, że ja tak nie potrafię. Starałam się
być uprzejma, schodzić z drogi, interesować się współlokatorami - pokazali co potrafią. Starałam się pomóc
tym z którymi jest mi teoretycznie łatwiej (z Polakami) – paroma zdaniami wbili
nóż w plecy i tym samym przestali dla mnie istnieć. Nie wiem kiedy przestanę
być frajerem. I chyba to mnie ostatnio boli najbardziej. Nie zrobiłam nic
złego, a czuję się podle. Na szczęście wszystko szybko się zmienia i liczę na
natychmiastową poprawę. Ostatnio często spożywany alkohol w nadmiarze również
pomaga.
Nie samymi poważnymi kwestiami człowiek żyje.
Zbliżają się święta. „Last Christmas” od jakieś czasu jest
słyszany w marketach. Sklepy są przystrojone choinkami i św. Mikołajami.
Spójrzcie jakie mają uliczne ozdoby. Przyznam, że żal… ściska. Rozumiem, nie
mają śniegu. Tylko to nie znaczy, że ma być brzydko. Nie mają świątecznych
przygotowań, odliczania, czasu wyczekiwania. Jest normalny, słoneczny dzień.
Nie sądziłam, że to kiedykolwiek napiszę – brakuje mi Polski. Brakuje mi zimna,
grzanego wina, ozdób świątecznych na Starówce, kameralnych knajpek. Tęsknie.
Moment kiedy rozdawałam cynamonowe ciasteczka 6 grudnia był najprzyjemniejszych dniem w szkole. Namiastka domu :)
czwartek, 5 grudnia 2013
Wymiękłam
Nastąpiła ta chwila. Wiedziałam, że prędzej czy później
nadejdzie. Przyszła. Nieoczekiwanie. Wymiękłam. Mam dość. Chce mi się płakać,
ale nawet tego nie mogę zrobić. Obiecałam sobie, że niektórymi osobami totalnie
nie będę się przejmowała. Obiecałam sobie, że niektóre sprawy spłyną po mnie
jak po kaczce. Otóż nie. Każdą przykrość tych osób pamiętam. Każdą nieprzyjemną
sprawę zatrzymuje gdzieś głęboko. Przestałam być twarda. Potrzebuje relaksu i
regeneracji.
Mieszkanie
Kilkakrotnie wspominałam jakich mam współlokatorów. Z każdym
dniem robi się coraz ciekawiej. Starają się jak mogą uprzykrzyć życie. Tylko,
że są na to za głupi i nie wychodzi im. Przykłady: zmienili po raz kolejny
decyzje dotyczącą dłuższego pobytu i wracają do kraju tuż przed świętami. Ja się
przeprowadzam za tydzień. Wczoraj usłyszałam jedno, jedyne zdanie po angielsku:
„pewna osoba zapytała się mnie o pobyt i powiedziałem, że zostajemy, ale jest
inaczej…. Ha ha ha” Nie wiem po co wysilał się. To nie moja sprawa. Wyprowadzam
się przed nimi więc co mnie obchodzi kiedy oni swoje tłuste tyłki ruszą. Musiało
mu mocno zależeć, bym to usłyszała. Starał się dość długo sklecić to zdanie.
Bardziej boli mnie to, że obgadują mnie za plecami (kilka osób totalnie się
zmieniło w stosunku do mnie). Nie mają powodu, by uprzykrzać mi
życie. Funkcjonujemy totalnie osobno. Co jest dla mnie nieco dziwne, ale skoro
tak chcą żyć to się do tego w pełni dostosowałam. Fakt czasami przychodzę w
nocy (gdzie raz mi zamknięto drzwi na 2 zamki, a klucze mamy tylko do 1 więc
stałam pod drzwiami i po 2 w nocy dobijałam się), bądź w ogóle znikam, ale to nie powinno ich obchodzić.
Nawet w tym momencie odłączono mi prąd jak ładowałam
komórkę. Zwariować idzie. Odliczam dni do przeprowadzki.
Praca
W ten poniedziałek prawie ją straciłam. Przyznam, że bardzo
się zmartwiłam. Jestem zmęczona ciągłym szukaniem jakiekolwiek stabilizacji. Pomimo, że jest to ciężka praca to nie chce jej zmieniać. Jeszcze nie teraz.
Zwłaszcza, że wywalczyłam grafik taki jak chciałam. Praca jest legalna i
pieniądze dostaje na konto. Co jest dobrym rozwiązaniem w momencie starania się
o kolejne wizy. Poniedziałki zawsze są szalone. Pracę zaczęłam godzinę
wcześniej niż cała firma – wywalczyłam to, bo mam szkołę i nie mogę o normalnej
porze zmiany zacząć. Miała do mnie dojść dziewczyna i mi pomóc. Na tablicy
miałam do sprzątnięcia 4 pokoje. Dla jednej osoby jest to 4 – 5 godzin przy
normalnym zabrudzeniu pokojów przez gości. W momencie kiedy weszłam do
pierwszego załamałam się. Na wykładzinie było wszędzie rozbite szkło. W kuchni
na podłodze rozlane drinki i widać było, że ktoś miał z tego niezły ubaw, bo
bawił się kolorami. W dwóch miejscach wymiociny. Jednym słowem zostawili ruinę.
Zadzwoniłam po pomoc. Nikt nie przyszedł. Sprzątałam sama. Ten pokój zajął mi
ponad 2 godziny, a i tak nie był super czysty jak powinien być w 5gwiazdkowym
hotelu. Z drugim było ciut lepiej. Ten sam syf bez zabawy kolorami. Przeszłam
do kolejnego. Przyszedł supervisor na kontrolę: „Nie masz oka do detali. Jest
sporo błędów. Jak długo tu pracujesz? Co się z Tobą dzieje?” Wyjaśniłam, gdyby
nie zauważyła, jestem sama. Miał mi ktoś pomóc, ale nikt nie przyszedł. Mam do
sprzątnięcia 4 pokoje, a w tym momencie zaczynają mi się zajęcia. Przepraszam
za błędy. Starałam się szybko sprzątnąć i w miarę dokładnie. Szkoda, że nie
widziałaś tego co było.” Złożyła na mnie skargę. Wiedziałam, że tak to się
skończy. Czekałam tylko na informację: „nawaliłaś więc spadaj” Tylko, że nie do
końca ja nawaliłam. Po dwóch nieprzespanych nocach stwierdziłam, że nie będę
czekała aż mnie zwolnią osobiście. Zadzwonię gdzie mogę i wybadam teren. Mojej
manager (jestem zatrudniona w agencji, która jest wynajęta przez hotel)
wyjaśniłam całą sytuację i usłyszałam: „nie powinnaś być sama. Jesteś nowym pracownikiem
i w ten dzień nikt nie powinien pracować sam, bo pokoje były zbyt brudne na
taką pracę. Nie przejmuj się.” Szok. Nie wyleciałam. Szkoda, że mnie wszystko
sporo stresu kosztowało.
No, ale nie tylko w hotelu pracuje. Moja przemiła Pani u
której codziennie sprzątam dwu piętrowy dom, miała gorszy poranek. Praca polega
na tym, że codziennie wykonuje zestaw tych samych czynności plus jakiś bonus.
Tym bonusem była łazienka. Chlorem spryskałam wannę i prysznic. Umyłam resztę
łazienkowych drobnostek. Nie umyłam jedynie plastikowych drzwiczek od
prysznica, bo jak na mój gust nie miałam czym. Zaczęło się: „Ewelina, masz tu i
tak łatwą pracę i jeszcze z tym sobie nie radzisz? Chlorem plastikowe drzwiczki
trzeba było umyć. Pokażę Tobie jak należy to zrobić, bo może nie wiesz jak…”.
Mówię: „chlor jest silnym środkiem. Serio, plastik? Nic się nie stanie?”
Usłyszałam parę innych komentarzy. Wyszłam.
Na następny dzień. „Ewelina I’m sorry. I’m so sorry”. Miło,
że przeprosiła.
Kolejna wiza
Nastał ten moment, bym zaczęła ją załatwiać. Miałam
przenieść się do Brisbane. Później z obaw przed trudnościami związanymi z
szukaniem pracy miałam jedynie tam się uczyć. Szkoła zażyczyła sobie, bym za
cały kurs zapłaciła jednorazowo. Na głowę upadli. Skąd ja wezmę ponad 6000$? Na
tą informację czekałam 3 tygodnie. Żegnaj TAFE i Community Services Works.
Poszłam po najmniejszej linii oporu. Kierunek ten jest związany z Aged Care, a
to jest nadal powiązane z moim polskim wykształceniem, co jest mi potrzebne do
starania się o inny rodzaj wizy. Tak wiem, nieco skomplikowane. Kurs rozpocznę
w tej samej szkole co jestem. Wiem, że mogę mieć płatności rozbite na raty.
Szkołę będę miała jedynie przez 2 dni w tygodniu. Wreszcie będę miała większy
spokój. Muszę skończyć level na którym jestem i się przenoszę. Ciekawi mnie
jedna sprawa. Poznałam tutaj jednego Polaka, który ma słabszy angielski od
mojego i zmienił kurs na zawodowy. Ja muszę jeszcze poczekać. Na szczęście nie
za długo.
Teraz od 16 grudnia będę się urlopowała. Muszę wreszcie odpocząć,
bo momentami przestaje kojarzyć co się dzieje wokół mnie. 20 godzin w tygodniu
szkoły + średnio 30 godzin w pracy to za dużo. Jeszcze tydzień i zwolnię tempo.
Za dużo negatywów jak na 3 dni. Nie mam też jak odreagować.
Nie mogę biegać ani jeździć na rowerze. Czekam na przesyłkę z Polski, bo w
Aussie nie ma wielu produktów.
Niestety to nie koniec moich przebojów. O jednym dość
bolesnym dla mnie nie za bardzo powinnam napisać na forum. Nie wiem czemu
ludzie są podli? Z zazdrości? Z głupoty? Usłyszałam parę komentarzy i zrobiło
mi się przykro. Zawsze staram się być dobra dla drugiej osoby. Czasem nawet
pomocna. To czemu zawsze ktoś musi mi sprawić przykrość. Niczego złego nikomu
nie robię. Czemu wbijają słowami nóż w plecy?
Tym sposobem chciałabym się rozpłakać, ale nie mogę, bo nie
mam swojego pokoju i tym samym nie mam prywatności. Chciałabym cokolwiek móc
zrobić, by się ciut lepiej poczuć. Może w niedzielę będę miała dzień wolny i
pośpię dłużej i mi jakoś przejdzie. Jestem podłamana.
sobota, 30 listopada 2013
Wiele sie dzieje...
Dawno mnie tu nie było. Niestety notoryczny brak czasu już się zaczyna włączać.
Dalej odkrywam ten kraj i sposób życia.
Po kolei:
Mieszkanie
Po około półtora miesiąca mieszkania z Kolumbijczykami wiem, ze wię
cej tego bledu nie popelnie. Fakt, pomogli mi w potrzebie. W jednej chwili stalam sie bezdomna. Uratowali mnie. Mialam gdzie spac i wydawalo mi sie, ze za male pieniadze. Na tym niestety bym skonczyla poniewaz:
- ciagle opowiadaja jacy sa czysci i schludni, ale prawda jest taka, ze sa leniwymi, obrzydliwymi brudasami. Nie bede wdawala sie w szczegoly, bo nie na to miejsce.
- mieszkam z parka i z Sebastianem. Przed przyjazdem tutaj sie nie znali. To co ich laczy to kraj i tym samym jezyk. Prawie ze soba nie rozmawiaja. Parokrotnie bylam lacznikiem informacji - nie lubie pelnic tej roli. Skoro ze soba nie rozmawiaja to i ze mna. Przychodze do domu i slysze trzasniecie drzwiami - znowu Marii cos nie pasuje. Tylko co tym razem? To, ze jestem? To, ze slonce mocniej swieci niz zwykle? Nie mam pojecia, bo slysze jedynie hiszpanski, ktorego nie znam.
- w momencie kiedy kupie sobie np. piwo to czekaja az ich poczestuje. Nauczylam sie juz tego nie robic, bo oni nigdy mnie nie poczestowali. Czasami sa w tym az bezczelni. Pracowalam w restauracji i standardem jest to, ze dostawalam jedzenie. Pracowalam za bardzo male pieniadze i dosc ciezko. Po swojej zmianie zawsze bylam glodna. Przyszlam do domu, usiadlam, otworzylam swoj maly pakunek z obiadem. Natychmiast parka sie pojawila. W milczeniu przygladali sie jak jadlam liczac, ze sie podziele. Nauczylam sie tego nie robic. W momencie kiedy skonczylam, pod nosem cos skomentowali i wrocili do swojego pokoju. Czasami sie ciesze, ze nie rozumiem, bo chyba niczego przyjemnego bym nie uslyszala.
- mialo byc tanio, ale wcale tak nie jest. Place 100$ za lozko. Nie mam swojego pokoju, nie mam internetu. Kwota jest bez rachunku za prad. Za srednio 150$ mam wlasny pokoj, net wliczony w cene i zadne dodatkowe oplaty mnie nie interesuja.
Zaczelam szukac innego mieszkania. Zle sie czuje u siebie a i tez wiem, ze gdybym mieszkala z Australijczykami lepiej byloby dla mojego angielskiego.
Myslalam, ze znalazlam perelke w Miami. Niestety, ale dwoch przystojnych nauczycieli angielskiego zamienilo sie w jednego nauczyciela i starsza, wybitnie wscibska pania po 60stce. Nie zdecydowalam sie na to lokum. Mieszkanko samo przyszlo do mnie. Stworzylam ogloszenie w stylu: "mloda, sympatyczna szuka..." i sie odezwali.
Mloda Australijska parka szuka kogos do pokoju za cene 150$. Cena obejmuje wszystko. Pojechalam. Rzecz jasna sie zgubilam wiec trzeba bylo po mnie przyjechac. Patrze kto prowadzi samochod - mila, wiecznie usmiechnieta dziewczyna. Super! Juz ja lubie! Okazalo sie, ze znaja sporo Polakow w okolicach mojego wieku. Rewelacja! To kiedy moge sie wprowadzic? Tak sie skonczylo, ze chcieli bym znacznie wczesniej sie przeniosla niz jestem w stanie. Poczekaja na mnie! Jak ich nie lubic?!
Sprawa z mieszkaniem prawie sie wyjasnila. W momencie kiedy podjelam ostateczna decyzje, ze chce sie przeniesc to dzien pozniej Maria sama mnie o to zapytala. Jak jej odpowiedzialam, ze ma prawie miesiac czasu na znalezienie nowego lokatora to dziewczyna wpadla w szal. Zaczela wszystkim rzucac, trzaskac wszystkimi drzwiczkami jakie zobaczyla i po ucieczce do swojego pokoju wrzeszczala na swojego chlopaka. Co ja jej zrobilam? Tego do tej pory nie wiem. Utwierdzilam sie w przekonaniu, ze bardzo dobrze zrobilam podejmujac ta decyzje.
Samym mieszkaniem i praca czlowiek nie zyje.
Fajnie by bylo z kims pojsc na piwo i normalnie porozmawiac.
Najlatwiej ze wspollokatorami. No, ale patrzac na moich to niestety nie moge na to liczyc. To moze z ludzmi ze szkoly? 4 razy zmienialam grupy i nie pomoglo mi to w zaprzyjaznieniu sie. Jestesmy na "czesc, co slychac?". Pare razy zaprosili na BBQ, ale niestety terminy mi totalnie nie pasowaly wiec sila rzeczy przestali zapraszac. Nie mam im za zle. Nie moge o nich nic zlego powiedziec. Jedynie to, ze na zajeciach ciagle slysze hiszpanski - co jest generalnie zabronione, ale nauczyciele sprawe totalnie ignoruja. O szkole bedzie nieco pozniej.
Zepsul mi sie telefon, bo i czemu nie. Bez niego nie jestem w stanie tutaj funkcjonowac. Przed szkola pobieglam do sklepu i patrzylam na najtansze smartfony... ktorego, by tutaj kupic... stal kolo mnie jakis w srednim wieku mezczyzna i: "sorry... I have no idea about mobile... please, help me". Od slowa do slowa umowilismy sie na obiad. Obiad przeistoczyl sie w kilka piw i bardzo przyjemne popoludnio - noc. Potem kilka smsow i kolejne spotkanie. Kolejne spotkanie w nastepne i tak swirujemy od 3 tygodni. Macie tak, ze jak kogos poznacie to od razu wiecie, ze ta osobe bedziecie lubili? Dokladnie. Lubie z nim przebywac i lubie kiedy jest kolo mnie.
Szkola
Poddalam sie. Coraz czesciej widze, ze nauczyciele nie przykladaja sie do zajec i najnormalniej w swiecie nie wiedza co maja z nami zrobic, przyklad: zajecia z mowienia - nauczycielka napisala kilka prawie tej samej tresci pytan w stylu: "co bys zrobil gdyby..." i na tym skonczyla sie jej praca. Nie uczestniczyla w naszych rozmowach. Nie poprawiala bledow. Zajela sie soba i tak bylo na kolejnych i kolejnych zajeciach. Na moja niekorzysc 4 krotnie zmienialam grupe i poznalam wieksza czesc nauczycieli. Jestem w stanie stwierdzic, ze jedynie 3 chce sie nas uczyc.
W szkole mamy jeden dzien przeznaczony na roznego rodzaju aktywnosci np. mozemy ogladac film, poduczyc sie gramatyki, miec kolejne zajecia z mowienia badz mozemy poprosic kogos o pomoc w szukaniu pracy. Czasem szkola organizuje wycieczki. Teoretycznie powinny byc tansze, bo sa dofinansowywane. Tylko czemu nadal sa piorunsko drogie? Szkola zorganizowana BBQ na pobliskiej wyspie. Wycieczka kosztowala 20$. BBQ trwalo 3 godziny i nie poradzono sobie z organizacja. Na pobliska wyspe trzeba bylo doplynac statkiem. Wszystkich to przeroslo. Oczywiscie, dojazd do portu mial byc we wlasnym zakresie.
Przyznam, ze w tym momencie to szkola bardziej mi przeszkadza niz pomaga. Wiecej sie ucze 15 minut rozmawiajac z kimkolwiek niz podczas calego dnia spedzonego w szkole na zajeciach. Niestety jest ona warunkiem otrzymania wizy wiec musze siedziec dzielnie na zajeciach i pilnowac frekwencji.
Dalej odkrywam ten kraj i sposób życia.
Po kolei:
Mieszkanie
Po około półtora miesiąca mieszkania z Kolumbijczykami wiem, ze wię
cej tego bledu nie popelnie. Fakt, pomogli mi w potrzebie. W jednej chwili stalam sie bezdomna. Uratowali mnie. Mialam gdzie spac i wydawalo mi sie, ze za male pieniadze. Na tym niestety bym skonczyla poniewaz:
- ciagle opowiadaja jacy sa czysci i schludni, ale prawda jest taka, ze sa leniwymi, obrzydliwymi brudasami. Nie bede wdawala sie w szczegoly, bo nie na to miejsce.
- mieszkam z parka i z Sebastianem. Przed przyjazdem tutaj sie nie znali. To co ich laczy to kraj i tym samym jezyk. Prawie ze soba nie rozmawiaja. Parokrotnie bylam lacznikiem informacji - nie lubie pelnic tej roli. Skoro ze soba nie rozmawiaja to i ze mna. Przychodze do domu i slysze trzasniecie drzwiami - znowu Marii cos nie pasuje. Tylko co tym razem? To, ze jestem? To, ze slonce mocniej swieci niz zwykle? Nie mam pojecia, bo slysze jedynie hiszpanski, ktorego nie znam.
- w momencie kiedy kupie sobie np. piwo to czekaja az ich poczestuje. Nauczylam sie juz tego nie robic, bo oni nigdy mnie nie poczestowali. Czasami sa w tym az bezczelni. Pracowalam w restauracji i standardem jest to, ze dostawalam jedzenie. Pracowalam za bardzo male pieniadze i dosc ciezko. Po swojej zmianie zawsze bylam glodna. Przyszlam do domu, usiadlam, otworzylam swoj maly pakunek z obiadem. Natychmiast parka sie pojawila. W milczeniu przygladali sie jak jadlam liczac, ze sie podziele. Nauczylam sie tego nie robic. W momencie kiedy skonczylam, pod nosem cos skomentowali i wrocili do swojego pokoju. Czasami sie ciesze, ze nie rozumiem, bo chyba niczego przyjemnego bym nie uslyszala.
- mialo byc tanio, ale wcale tak nie jest. Place 100$ za lozko. Nie mam swojego pokoju, nie mam internetu. Kwota jest bez rachunku za prad. Za srednio 150$ mam wlasny pokoj, net wliczony w cene i zadne dodatkowe oplaty mnie nie interesuja.
Zaczelam szukac innego mieszkania. Zle sie czuje u siebie a i tez wiem, ze gdybym mieszkala z Australijczykami lepiej byloby dla mojego angielskiego.
Myslalam, ze znalazlam perelke w Miami. Niestety, ale dwoch przystojnych nauczycieli angielskiego zamienilo sie w jednego nauczyciela i starsza, wybitnie wscibska pania po 60stce. Nie zdecydowalam sie na to lokum. Mieszkanko samo przyszlo do mnie. Stworzylam ogloszenie w stylu: "mloda, sympatyczna szuka..." i sie odezwali.
Mloda Australijska parka szuka kogos do pokoju za cene 150$. Cena obejmuje wszystko. Pojechalam. Rzecz jasna sie zgubilam wiec trzeba bylo po mnie przyjechac. Patrze kto prowadzi samochod - mila, wiecznie usmiechnieta dziewczyna. Super! Juz ja lubie! Okazalo sie, ze znaja sporo Polakow w okolicach mojego wieku. Rewelacja! To kiedy moge sie wprowadzic? Tak sie skonczylo, ze chcieli bym znacznie wczesniej sie przeniosla niz jestem w stanie. Poczekaja na mnie! Jak ich nie lubic?!
Sprawa z mieszkaniem prawie sie wyjasnila. W momencie kiedy podjelam ostateczna decyzje, ze chce sie przeniesc to dzien pozniej Maria sama mnie o to zapytala. Jak jej odpowiedzialam, ze ma prawie miesiac czasu na znalezienie nowego lokatora to dziewczyna wpadla w szal. Zaczela wszystkim rzucac, trzaskac wszystkimi drzwiczkami jakie zobaczyla i po ucieczce do swojego pokoju wrzeszczala na swojego chlopaka. Co ja jej zrobilam? Tego do tej pory nie wiem. Utwierdzilam sie w przekonaniu, ze bardzo dobrze zrobilam podejmujac ta decyzje.
Samym mieszkaniem i praca czlowiek nie zyje.
Fajnie by bylo z kims pojsc na piwo i normalnie porozmawiac.
Najlatwiej ze wspollokatorami. No, ale patrzac na moich to niestety nie moge na to liczyc. To moze z ludzmi ze szkoly? 4 razy zmienialam grupy i nie pomoglo mi to w zaprzyjaznieniu sie. Jestesmy na "czesc, co slychac?". Pare razy zaprosili na BBQ, ale niestety terminy mi totalnie nie pasowaly wiec sila rzeczy przestali zapraszac. Nie mam im za zle. Nie moge o nich nic zlego powiedziec. Jedynie to, ze na zajeciach ciagle slysze hiszpanski - co jest generalnie zabronione, ale nauczyciele sprawe totalnie ignoruja. O szkole bedzie nieco pozniej.
![]() |
| Przy takim widoku czasami się budzę :) |
Szkola
Poddalam sie. Coraz czesciej widze, ze nauczyciele nie przykladaja sie do zajec i najnormalniej w swiecie nie wiedza co maja z nami zrobic, przyklad: zajecia z mowienia - nauczycielka napisala kilka prawie tej samej tresci pytan w stylu: "co bys zrobil gdyby..." i na tym skonczyla sie jej praca. Nie uczestniczyla w naszych rozmowach. Nie poprawiala bledow. Zajela sie soba i tak bylo na kolejnych i kolejnych zajeciach. Na moja niekorzysc 4 krotnie zmienialam grupe i poznalam wieksza czesc nauczycieli. Jestem w stanie stwierdzic, ze jedynie 3 chce sie nas uczyc.
W szkole mamy jeden dzien przeznaczony na roznego rodzaju aktywnosci np. mozemy ogladac film, poduczyc sie gramatyki, miec kolejne zajecia z mowienia badz mozemy poprosic kogos o pomoc w szukaniu pracy. Czasem szkola organizuje wycieczki. Teoretycznie powinny byc tansze, bo sa dofinansowywane. Tylko czemu nadal sa piorunsko drogie? Szkola zorganizowana BBQ na pobliskiej wyspie. Wycieczka kosztowala 20$. BBQ trwalo 3 godziny i nie poradzono sobie z organizacja. Na pobliska wyspe trzeba bylo doplynac statkiem. Wszystkich to przeroslo. Oczywiscie, dojazd do portu mial byc we wlasnym zakresie.
Przyznam, ze w tym momencie to szkola bardziej mi przeszkadza niz pomaga. Wiecej sie ucze 15 minut rozmawiajac z kimkolwiek niz podczas calego dnia spedzonego w szkole na zajeciach. Niestety jest ona warunkiem otrzymania wizy wiec musze siedziec dzielnie na zajeciach i pilnowac frekwencji.
niedziela, 10 listopada 2013
3 miesiące
Po wizycie u agenta emigracyjnego wiem już na czym stoję.
Mam to ułatwienie, że moje wykształcenie jest bardzo elastyczne i mogę pracować
w wielu zawodach. Teraz może zacznie mi to procentować.
W tym momencie mam 3 prace więc wreszcie chyba mogę być
spokojna o pieniądze na życie i na kolejną szkołę, bo muszę sobie tutaj kupić
czas. Nadal wydaje mi się, że pomysł na Community Services Works nie jest
głupi. Może nie skorzystam z wizy dotyczącej listy SOL, ale są też inne. Nadal
będę walczyła, by zostać jak najdłużej się da.
![]() |
| Widok z hotelowego okna |
Od wtorku zacznę kolejną pracę. Jako pokojówka w Hiltonie.
Pierwsze 3 dni niestety nieodpłatne ponieważ będą mnie szkolili. Ogólnie jest
to ciężka praca, ale legalna i za normalne pieniądze – wyższe niż najniższa
krajowa. W ten weekend powiedziałam szefowi w restauracji, że nie mogę
przychodzić w dni powszednie. Mam nadzieję, że nie sprawi to problemu, bo do
momentu kiedy nie będę wiedziała z jaką częstotliwością będę pokojówką nie chce
z niczego rezygnować.
![]() |
| Widok z okna Hiltona |
Dodatkowo codziennie rano sprzątam dom jednej rodziny.
Bardzo lubię tą pracę. Sympatyczni ludzie. Co prawda bałaganiarze, ale są
bardzo w porządku wobec mnie. No, i mam normalne pieniądze.
![]() |
| Ostatni widok z okna |
Jeszcze nie tak jakbym chciała, ale nie mogę zbytnio narzekać, bo ciągle w domu nie siedzę.
Moment na refleksje.
Jest ciężej niż myślałam, ale też nie jest beznadziejnie
(daleko do tego poziomu). Od paru osób usłyszałam, że dobrze sobie radzę i to
nie tylko od dobrych znajomych z Polski, ale również od Australijczyków. Gdybym
miała cofnąć czas i ponownie zadecydować o przyjeździe to nie zmieniłabym
zdania. Miła jest to perspektywa, że na miesięczny czynsz muszę pracować przez
20 godzin (mając gównianą pracę), a nie przez ponad tydzień – z wypłatą
zbliżoną do średniej krajowej.
To co mi przeszkadza najbardziej to nie praca fizyczna,
której nigdy nie miałam. To nie ból rąk, czy nóg. To nie wkurzanie się na
drobnostki – niestety momentami frustracja rośnie i zaczyna wtedy wszystko irytować.
To ciągła dyplomacja – nie mogę nadal nikomu zaufać i czasem jest mi smutno.
Niestety na to potrzebuje czasu. Ciągłe zmienianie przeze mnie grup w szkole
nie pomaga. Dwóm osobom się poskarżyłam: Brazylijce z którą pracuję i poznanemu
Aussie, który zna sporo Polaków i zapozna mnie z nimi. Wersja ‘alone’ jest dla
twardzieli i zawsze się za taką uważałam. No, ale ileż można?
Australijski inny świat: ciąg dalszy
- zostałam zaproszona przez Aussie na urodziny. Sprawdziłam
miejsce: gdzie, co dają do jedzenia, jaki jest klimat, by wiedzieć jak się
powinnam ubrać i wyszykować. Lokal miał w nazwie Bistro. Jedzenie to pizza,
risotto, kilka rodzajów piwa i wódka. Wystrój – mini sala z TV do oglądania
meczy, stoliki połączone z parkietem i osobna sala z samymi stolikami. Na
zdjęciach nie wyglądało na spelunę, ale na 5gwiazdek nie zasługiwało. Muzyka -
jakiś DJ czasem coś na żywo. Jak dla mnie brzmiało bardzo przyjemnie i na
luzie. Ubrałam jeansy i marynarkę. Weszłam do środka i… czemu wieczorowo?
Przecież to bistro! Wieczorowo to może za mocne słowo. Młode dziewczyny:
koronkowa, obcisła sukienka i im krótsza tym lepsza. Do tego bardzo wysokie
obcasy. Przyznam, że pomimo ładnej sylwetki opisywanych niewiast to nie
wyglądało za ładnie. Wyglądało łatwo. Hmm… może taki był zamiar? Na szczęście osobę,
która mnie zaprosiła w ogóle nie zdziwił mój ubiór. Mam nadzieję, że jak
ponownie ubiorę jeansy na BBQ do innych Aussie to będzie odpowiedni strój.
- poruszyłam dwukrotnie temat łatwobralności. Z młodszym
pokoleniem jest masę problemów. Prawo zostało tak zmienione, że rodzic nie może
praktycznie w żaden sposób ukarać swoją pociechę, bo ta „uprzejmie doniesie”,
że dzieje się jej krzywda. Niestety opisywane sytuacje są nadużywane, a młodzi
czują się bezkarni i mają świadomość, że mogą sobie na wieeeele pozwolić.
Rozmawiałam na ten temat z kilkoma osobami po 30stce i każda mi mówi to samo –
nie jest dobrze. Niebawem rozpoczną się wakacje i moja dzielnica uchodzi za
najbardziej rozrywkową. Masa studentów z całego stanu zjedzie się tutaj, by się
pobawić. Niestety już zauważyłam, że nie znają swoich możliwości alkoholowych i
są najnormalniej w świecie – głupi.
- jest pierwsza połowa listopada, a w parku widzę przybraną
choinkę!!! Co jest?! O co chodzi?! W sumie to jestem ciekawa jak będzie
wyglądał Św. Mikołaj na desce surfingowej.
- mają całoroczne sklepy z wszelakimi ozdobami świątecznymi.
Powtórzę: CAŁOROCZNE!
- będąc jeszcze w Polsce czytałam w wielu miejscach, że jest
tu mniejszy wybór produktów. Na nieszczęście to prawda. Przykład, pasta do
zębów: Colgate Total – kilka rodzajów, coś no-namowe, Sensodyne i tu się kończy
wybór. Środki przeciwbólowe: Nurofen, Panadol i marki sieci aptek, odpowiednik
naszego np. Rossmanna i ich produkty. Siła tych tabletek… nawet dla mnie są za
słabe, a momentami przy Ibupromie max nieco trzęsły mi się ręce.
niedziela, 3 listopada 2013
Druga lista
Druga moja lista uległa lekkiej transformacji. Mianowicie
nie przeprowadzę się do Brisbane. Rozpocznę tam szkołę, ale nie będę się
przenosiła do innego miasta. Nieco się obawiam. W Gold Coast jest ciężko o
stabilizację i raczej w Brisbane nie będzie inaczej. Jeśli miałabym wszystko
zacząć od nowa to popłakałabym się. Spojrzałam na możliwości dojazdu i
pociągiem będę dojeżdżała przez ok. 30 minut. Finansowo źle to też nie wygląda.
Miasta nie zmienię, ale zmienię mieszkanie. Teraz pokój
dzielę z Sebastianem. Złego słowa o nim nie jestem w stanie powiedzieć, ale nie
mam swojej własnej przestrzeni. Jestem trochę za stara na to, by bawić się w
dzielenie pokoju z obcym chłopakiem. Tęskno mi też za normalnym dostępem do
Internetu. I przyznam, że brakuje mi i australijskiego akcentu. Postanowiłam –
jutro piszę ogłoszenie treści: „miła, sympatyczna studentka z Polski szuka
cichego kącika” i w połowie grudnia się przeprowadzam. Tak będzie też najbezpieczniej
z innego powodu. Kolumbijczycy nie mogą się zdecydować czy chcą zostać czy wolą
wrócić do kraju.
Australia jest cudownym krajem, ale życie międzynarodowego
studenta nieco się różni od funkcjonowania normalnych obywateli. Jesteśmy tanią
siłą roboczą i czasami nam nie płacą za pracę. A wykonywane zawody są …
pozostawię bez komentarza, bo nadal mam napuchniętego palca. Cały czas sobie
powtarzam, że to jest stan przejściowy i niebawem minie. Musi.
Na razie muszę się skupić na zmianie pracy bądź znalezieniu
dodatkowego źródełka dolarów. Jeszcze mi ciut brakuje do odkładania pełnego
czesnego i ponownie szefostwo w terminie nie wypłaciło mi tygodniówki.
Później dwa dni postaram się poświęcić na wolontariat.
Dobrze to będzie wyglądało, jak w resume pojawi się nieodpłatna praktyka w moim
zawodzie.
I przy dobrej organizacji nadal będę miała czas na trening.
Lekka zmiana nastała. Była konieczna.
A teraz siedzę sobie w jadalni i popijam piwko słuchając
Bowiego – chwila relaksu, mini coś dla siebie. Nie potrafię żyć tylko
odkładając i myśląc co będzie pojutrze. Czasem muszę sobie coś dla siebie
zrobić.
Ciekawe co będzie
dalej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






