środa, 23 marca 2016

Po burzy jest słońce

W trakcie ostatniego roku straciłam stanowczo zbyt wiele. Miałam wrażenie, że po zrobieniu jednego kroku do przodu robiłam dwa do tyłu. Przyznaje się, że czekałam na najgorsze. Zamknęłam się w czterech ścianach i skupiłam na swoich problemach. Ileż można iść pod górę - pytałam sama siebie. Przetrwałam. W momencie kiedy 2015 skończył się nadeszło nowe. Wiem, że jest to jedynie psychologiczna bariera jednak w tym przypadku jak za dotknięciem magicznej różdżki wszystko to co złe skończyło się wraz z zakończeniem roku. Nie postawiłam sobie żadnych postanowień i celów na 2016. Byłam zbyt zmęczona i zdruzgotana.

Życie zamknęło jakiś kolejny etap.

Jest 23 marca, a ja siedzę i uśmiecham się do siebie. W przeciągu ostatnich tygodni wielokrotnie słyszałam, że wyglądam jakoś inaczej. Lepiej. Ja po prostu jestem szczęśliwa. Wreszcie po długiej burzy nastało słońce.  Karma zaczęła powracać. 

Siłą rzeczy zweryfikowały mi się znajomości. Niektóre po bardzo złych wspomnieniach ciężko było zakończyć, bo za wszelką cenę druga strona nie chciała odpuścić. No, ale z biegiem czasu nastała cisza i zostali ci na których mogę polegać. Jak również nowe znajomości (oczywiście nie wszystkie) pokazały mi, że warto być dobrym człowiekiem, bo dobro powraca. 
Kiedyś poznałam chłopaka zakochanego w life coachingu. Jego pasja była ucieczką od potężnego bólu, ale nie o tym chciałam. Raz zapytał się mnie ilu mam znajomych, bo on w przeciągu roku uzbierał ich 500. Wytrzeszczałam oczy ze zdziwienia. Zapytałam się go:
"A ilu wśród tych 500 znajomych pomoże Tobie w potrzebie? Załóżmy, że wracałeś nocą do domu i zepsuł Ci się samochód. Do ilu osób mógłbyś zadzwonić i poprosić o pomoc?"
Po długiej ciszy "Do żadnej"
"To nie są dobrzy znajomi, a jedynie ludzie z którymi posiedzisz przy piwie, a ich nigdy nie jest trudno poznać". 

Akumulator mi padł w samochodzie. U znajomego w mieszkaniu rozkręcała się imprezka. Panie poszły na zakupy, a panowie pojechali do mnie i mi pomogli. 
Miałam potężny problem natury prawnej. Znajoma skrzyknęła całą rodzinę i wszyscy mi pomogli. Oficjalnie mi oświadczono, że jestem członkiem rodziny więc zapraszają mnie na wszelkie święta i eventy.
Dostałam ataku paniki. Znajomy zabrał mnie na wycieczkę na której mnie upił. A inny zorganizował niespodziankę, z której niestety nie skorzystałam, bo w trakcie upijania się komórka mi padła i o niczym nic nie wiedziałam. 
Nie mogę zapomnieć o stronie polskiej. Wystarczy jeden mail, jedna wiadomość i w trybie natychmiastowym mam zaoferowane wsparcie. 
Oczywiście idzie to też w drugą stronę. 
Środek nocy dostaję smsa od znajomego. Wiedziałam, że jest na imprezie zaręczynowej (coś dla mnie nowego). Moja odp. "jak chcesz podrzucę Cię do domu".
Wczoraj o 2 w nocy zwiedziłam lotnisko w Brisbane. I oczywiście zabłądziłam. I wiele innych...
Nie mam 500 znajomych. Nie chce mieć 500 znajomych. Po dużych problemach zostali Ci, którym ufam i na których mogę polegać. I to mnie przekonało, że czas odwiedzić Polskę i Anglię. Muszę skończyć jedną sprawę i chcę się rozglądnąć za biletem lotniczym. 

Pewne 2 znajomości kosztowały mnie dużo emocji. Obie dość nieprzyjemnie się skończyły. O pierwszej osobie, a raczej o jego problemach rodzinnych przeczytałam w gazecie. Była tam zaangażowana policja, pracownik socjalny i pogotowie. Z uglą odetchnęłam, że to nie mój problem. Choć i smutek też się pojawił. Cieszę się, że ich spotkałam na swojej drodze, ale podążamy w innych kierunkach. 
Drugą poznałam dwa miesiące po przylocie. Krytykowała ona ludzi ze swojego kraju, że są wpatrzeni jedynie w siebie, że są chytrzy, że egoistycznymi egocentrykami, że są zazdrośni. Nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego spędza z nimi czas. Wchłonęli go. Jest taki jak oni. Z powodów niezależnych osoba ta musiała zmienić miasto. Ulga! 

Zawodowo to praca do mnie zadzwoniła i zaoferowała przyjemne warunki. Dzwonili do mnie wielokrotnie. A komentarz był: "bo my wiemy, że dobra jesteś". Skorzystałam jako praca dorywcza, Nie chciałabym tego robić jako główne źródło dochodów. A w moim nursing homie na poprawę humoru dość często słyszę, że jestem jedną z najlepszych. Niestety moja szefowa ma inne zdanie, ale to długa historia. Najbardziej dla mnie istotni są ludzie dla których i z którymi pracuję. To oni się liczą, bo jest to praca dla osób ciężko chorych i jeśli nie stworzymy zgranego zespołu będzie arcy ciężko. A twarz szefowej widzę jedynie przez 2 godziny...

Rodzina...hmm...Zgodnie ze stwierdzeniem, że z nią to najlepiej wychodzi się na zdjęciach i to tylko wtedy jak wszyscy stoją na baczność, bo łatwo obciąć niechciane osobniki. Niestety, ale po zadaniu mi potężnego bólu obcięłam te najbliższe relacje. Nieodwracalnie.

Wiem zabrzmi to banalnie, ale wszystko było jakoś ze sobą powiązane. Raz po kilku lampkach winach usłyszałam, że zawsze staram się znaleźć przyczynę, sens. Tym razem też tak było. Gdybym nie przejechała się przeokropnie na ludziach to nie miałabym okazji poznać bądź dać szanse tym wartościowym, którzy cicho zawsze byli wokół mnie, ale toksyczność innych zbyt mocno pochłaniała. Gdybym nie miała miliona prac dorywczych to nie miałabym możliwości wyrobienia sobie reputacji, a i też wieczne zabieganie i brak czasu nauczyły do perfekcji zarządzania czasem co mi się niesamowicie przydaje. A z rodziną? Powinnam to zrobić dawno temu, ale nie miałam na to odwagi. Po wbiciu mi nie noża, bo ten jest stosunkowo mały, a  maczety w plecy stwierdziłam, że będzie to ostatni raz.

I wiecie co? Ja nadal się uśmiecham. Nie chce tego zmieniać. Kiedyś od jednego czytelnika dostałam pięknego maila. Nie wiem ile razy go czytałam. Nadal pamiętam jedno zdanie:
"mówią, że życie jest jak wycieczka w góry. Im trudniejsza trasa, tym piękniejszy widok na szczycie. Twój widok,na Twoim szczycie będzie sakramencko piękny."
Wydaje mi się, że widzę jego część. Poczekam na całość

poniedziałek, 29 lutego 2016

Ciemna strona kraju cz.2

Innym problemem jest brak tolerancji. Dotyczy on głównie wszelkiej maści emigrantów. Nie mówię tu, o wykorzystywaniu w pracy, bo to temat rzeka, ale o nieprzyjemnych tekstach. Osobiście nigdy mnie one nie dotyczyły. Poniższe historie były opowiedziane przez znajomych.

#1 znajomy jest studentem uniwerku. Miał do przygotowania projekt w grupach. Prócz niego byli sami Australijczycy. Dano mu jedno z najbardziej trudnych zadań do wykonania. Cały projekt miał  przedstawić publicznie. W trakcie jego osoby z grupy szydziły z niedociągnięć językowych oraz usłyszał parę nieprzyjemnych słów na temat kraju pochodzenia. Nikt nie zareagował. Zawyżono mu ocenę.

#2 Było to dawno temu. Jechałam autobusem. Tuż za mną siedziała Azjatka i podpity Aussi.
- skąd jesteś?
+ (nie pamiętam skąd. Podaje przykład) Chiny
- ja jestem Australijczykiem, a Ty?
+ Chinką
- ja jestem Australijczykiem, a Ty? i tak kilka razy jak zdarta płyta. Dziewczyna przestała reagować. Po chwili
- to nie jest miejsce dla takich jak ty. Ty nie mówisz po mojemu...
W autobusie zawrzało...

#3 Znajoma pracuje w knajpie. Dziecko klienta po usłyszeniu jej akcentu powiedziało:
- ilu Ukraińców Twoi krewni zamordowali?
(dziewczyna zdębiała)
- wracaj do siebie
Dziecko na oko miało 10 lat

Wspomniałam na temat wykorzystywania w pracy. Doświadczenie mnie nauczyło, że jeśli większa część załogi to ludzie z Azji czy Indii warunki pracy będą trudne i płaca niska. Tylko oni się zgodzą na takie warunki. Będąc jeszcze na kursie językowym cała szkoła słyszała historię chłopaka z Chin. Pracował on za 8$/h, minimalna legalna płaca w tamtym czasie to 16$/h. Chłopak w desperacji zgodził się na takie warunki. Pomimo to nie zapłacono mu w ogóle. Mowa tutaj o gównianych pracach typu knajpa czy hotel. Sama mając jedną z tego typu zajęć miałam znacznie gorszą umowę niż pozostali Australijscy pracownicy, miałam dziwne problemy z grafikiem polegające na tym, że mój szef dostawał nagłych ataków amnezji np. przez x mcy nie pracowałam w poniedzałki, bo mi to wybitnie nie pasowało, a tu nagle widnieje w grafiku, gdzie z łatwością można było mnie zamienieć oraz za byle co ignorując kodeks pracy dostawałam nagany.

To co mnie najczęściej spotyka jest zupełnie odwrotne od historii znajomych. Mówię z mocnym akcentem. Niezliczę ile razy słyszałam, bym tego nie zmieniała, bo on świadczy o tym kim jestem. Nawet jak się śmieją z moich językowych potyczek to nie jest to złośliwy śmiech, a raczej forma żartu, czy wyjaśnienie jak powinno być poprawnie. Może wynika to też z kwestii mojego nastawienia. Nie burmuszę się, bo czegoś nie rozumiem. Nie boję się poprosić, by wyjaśniono i śmieję się razem z nimi. Wiem, że nigdy nie będę miała takiego angielskiego jak oni.
To co mnie najbardziej zdziwiło to dwukrotnie dostałam pracę tylko dlatego, że jestem Polką.

Teraz pomyśłałam, że może to nie jest kwestia braku tolerancji, a nastawienia do innych. Jasne kretyni wszędzie się znajdą i na to nie ma żadnej zasady. Tylko jeśli na mnie reagują z uśmiechem, a z innych szydzą to może jest problem z innymi, a nie ze AU społeczeństwem.




sobota, 13 lutego 2016

Ciemna strona kraju cz. 1

Australia jak każdy kraj ma swoje problemy. Te są nieco inne niż nasze polskie bolączki. Jak wszędzie ludzie narzekają na brak pieniędzy, a potem los się odmienia i mają na koncie 100 tysi. Jak każdy narzekają na ciężką pracę. Tylko, że po pracy mogą sobie pójść na plażę odpocząć.
Poza tymi normalnymi kłopotami kraj ten ma potężny orzech do zgryzienia jakim są narkotyki, a dokładniej metamfetamina, czyli Ice. Można go przyjąć w dowolny sposób, ale najczęściej jest on palony.

Wczoraj umówiłam się z jednym chłopakiem. Zaznaczyłam mu, że to nie może być randka, a jedynie piwo jako znajomi. Chłopak co chwila "schodził" to jest oczy zamykały mu się tak jak by wpadał w sen. Było to poza jego kontrolą. Powiedział, że jest arcy przemęczony i to jest jego reakcja na długie nie wyspanie się i stres. Przyjęłam do wiadomości i o więcej nie pytałam. Okazało się, że od 8 lat jest uzależniony. Jego problem doprowadził do rozwodu. Niebawem podejmie się nowej pracy jako handlowiec. Wprost mu powiedziałam, że w tej kondycji pracy nie utrzyma. Wiedząc, że o to nie poprosi dla podrasowania swojego sumienia i udowodnienia samej sobie, że jestem dobrym człowiekiem stwierdziłam, że mogę mu znaleźć ludzi, którzy mu pomogą i mogę zostać jego dobrą znajomą. Oczywiście temat przemilczał.

Jedna z pielęgniarek płakała na zmianie. Innego wieczora ponownie ją widziałam zapłakaną. Nie pytając o nic stanęłam koło niej i usłyszała ode mnie: "czasem trzeba złe czasy przetrwać i wiedzieć, że po burzy zawsze jest słońce. Poczekaj!" Innym razem ledwo co chodziła. Tym razem usłyszała ode mnie: "jeśli nie jesteś bezpieczna u siebie w domu możesz spać u mnie na kanapie i coś razem wymyślimy". Długo nie czekałam. Jeszcze w tym samym tygodniu z rana wysłała mi smsa, że idzie do mnie na pieszo, bo samochód jest u mechanika i coś jej się stało z kartą kredytową. To co się mogło stać to jej chłopak mógł ją wyciągnąć z portfela. Pojechałam po nią. Zapłakana w domu pokazała mi liczne siniaki i opisała ich historię powstania. Nie zapomniała wspomnieć jakim cudownym mężczyzną jest jej wybranek. Chłopak jest byłym więźniem. Czasem znika w nocy po to, by obrabować jakiś sklep. Jest uzależniony od Ice, ale nie ona. Ona pali jedynie marihuanę. Ja na prawdę chciałabym w to uwierzyć. Stworzyłyśmy plan włączając nowe mieszkanie i pieniądze na start. 3 nocy okłamała mnie i pojechała do niego. Nad ranem wysłała smsa: "miałaś rację. To bardzo boli..." Będąc w piżamie wsiadłam do samochodu i po nią pojechałam. Uśmiechnięta bez najmniejszego cienia bólu czy strachu posłużyła się mną jak darmową taksówką. Później zaczęły się akcje pytania mnie o pieniądze. I na tym się skończyła ma dobroć. Wyprosiłam ją. Jeszcze tego samego dna wróciła do niego. W pracy co raz bardziej się ociąga, ma bardzo duże problemy z koncentracją i jest niesamowicie chaotyczna. Kilka osób zwróciło uwagę, że coś się z nią złego dzieje. Zaczęły spływać na nią skargi. Nie chce donieść prawdziwego powodu dla którego tak się zmieniła. Nie chce zniszczyć jej kariery. Sama to zrobi.

Usłyszałam w wiadomościach, że problem z metamfetaminą jest oficjalnym ogólnokrajowym problemem. Krótko mówiąc Australia pomimo swojej wyolbrzymionej propagandy i samouwielbienia załamała ręce i przyznała się, że ma problem nad którym nie panuje i nie wie co ma robić.

piątek, 29 stycznia 2016

To co jest ważne cz.1

Myślałam, że chłopak usiłujący znaleźć żonę wymiękł. Niestety nie. Po kilku miesiącach ciszy dzisiaj się odezwał. Nie może się doczekać kiedy mnie zobaczy. Ja to mam szczęście... Dziwnym trafem do spotkania nie dojdzie.

Nie o tym chciałam....

Zawodowo ciężką pracą zdobyłam szacunek i uznanie. Pokazałam, że jestem w stanie dużo z siebie dać i że wszystko jest zrobione zawsze na czas i zawsze w miłej atmosferze. Wygrałam wojnę z dyrektorstwem. Co prawda przez nich przez kolejne kilka miesięcy będę przyjmowała niezaciekawe tabletki i usłyszeli parę słów na temat związków zawodowych, ale postawiłam na swoim.
Staram się przejść do szpitala. Większe pieniądze i znacznie lżejsza praca.

Dla osób zmieniających miejsce zamieszkania na me miejsce pracy, gdzie pielęgniarki stają się najbliższą rodziną jest to ostatni przystanek. Krewni bądź pogotowie przyprowadza ich do nas. W pierwszych tygodniach nie zgadzają się ze swoją sytuacją. Chcą wrócić do domu. Za wszelką cenę nie chcą zrozumieć, że to jest ich nowy dom. Są pełni wigoru, uparci i z pełnią życia w oczach. Później poddają się. Akceptują stan rzeczy. Uczą się nowej rutyny, śniadanie o 7:00, obiad o 13:00, kolacja o 17:00. Poranny prysznic z asystą, gimnastyka, bingo i fatalne koncerty.  Stają się szarzy i są tłem bez wyrazu. Tracą swą witalność, oczy przestają błyszczeć. Marnieją. Zawstydzeni proszą o większą pomoc przy posiłkach, bo ręce odmówiły posłuszeństwa; w toalecie, bo nogi są za słabe; przy przebraniu się, bo wszystko nie jest takie jakie być powinno. Tak żyją przez kilka miesięcy bądź lat. Później pogotowie bądź doktor podaje informacje: opieka paliatywna. To koniec. Przestają mówić, ruszać się. Są przepełnieni bólem. Samotni. Moi podopieczni są jak kwiaty bez wody. Kiedy przyjeżdżają są piękni, a potem usychają. Z dnia na dzień coraz bardziej.

Kiedyś znajoma mi podesłała link do notki opisującej dziewczynę pracującą na oddziale paliatywnym. Był to motywacyjny artykuł o tym co tak na prawdę jest ważne w naszym życiu. Ludzie wiedzący, że może nie być jutra odpowiedzieli jej, że to nie są pieniądze, kariera. To jest miłość i przyjaźń. Spełnienie siebie było w czołówce. Patrząc na swoją pracę zdałam sobie sprawę, że cały artykuł był bzdurą wyssaną z palca. Osoby mające tą adnotację w papierach nie rozmawiają zbytnio dużo bądź wogóle. Czasem są na bardzo silnych prochach, które powoli doprowadzają do śmierci. Oni nie opowiedzą o tym czego żałowali w życiu, tego co jest ważne. Oni się godzą na to co nadchodzi. Boją się samotnie leżąc w łóżku. I to jest ten moment, ta chwila w której sprawienie, by ta osoba się uśmiechnęła jest arcyważne. I jak łatwe do zrobienia. Wystarczy pokazać, że nie są sami. Przytrzymać za rękę, pogłaskać po włosach. To takie proste.

Nigdy nie sądziłam, że będę pielęgniarką. Nigdy nie sądziłam, że będę pracowała z osobami, które umierają. Nigdy nie sądziłam, że to będzie to co chce w życiu robić. Nigdy nie sądziłam, że będę w tym tak zajebiście dobra.

wtorek, 26 stycznia 2016

A mogłam mieć nowy sprzęt w domu....

Nie chce powrócić, by od razu smęcić o sprawach poważnych...

Przez przypadek, zupełnie nieświadomie i nic w tym kierunku nie robiąc wszystko wskazywało na to, że zostałam wybrana na żonę. Tylko, że nikt mnie o zdanie nie pytał. 

A sprawa wyglądała tak. Wieki temu poznałam chłopaka. Niski, ale przystojny. Bardzo miły i otaczający opieką. Sporadycznie się widywaliśmy, bo dla mnie ten czas był magiczny. Gdybym widziała go częściej to co było dla mnie szczególne zmieniłoby się w zwykłą kawę z kumplem. 

Po dość długiej przerwie wreszcie udało nam się spotkać. On jedynie mnie zobaczył i podjął decyzję: "tak, to ona! Ją rodzice zaakceptują". Nie zwlekał. Szybko przejął inicjatywę. Przytulenie na "dzień dobry" było staaaaaanowczo za długie. Wyglądało to jak na komediach amerykańskich. Ja chciałam się uwolnić z jego objęć, ale nie.... nie tędy droga... przytrzymał mnie tak długo, że wyglądało to jak powrót kochanków po długiej rozłące. 
Usiedliśmy. Po 2 minutach oznajmił mi, że jego rodzina jest zawiedziona jego życiem na obczyźnie. Nie ma żony i dzieci. Ba! Nie ma nawet dziewczyny. On ma natychmiast wrócić do kraju i jego rodzice znajdą dla niego odpowiednią wybrankę. Jeśli nie to zamrożą mu przelewy... 

Nie zwracał najmniejszej uwagi na prowadzoną przeze mnie rozmowę i na me zachowanie. A mój monolog (jak się okazało skierowany jedynie do siebie) dotyczył ostatecznego rozstania się z kimś na kim mi bardzo zależało. Nastało to kilka godzin wcześnej więc emocje były bardzo świeże. Ów młodzieniec (kilka lat młodszy. Nie ważne, że gustuje w starszych od siebie) zaczął się podejrzanie przybliżać. Kiedy on się przybliżał ja się oddalałam. Kiedy zwykłe piwo miało się przeistoczyć w romantyczny wypad, by zobaczyć panoramę miasta o zachodzie słońca i zwieńczyć wieczór wyjściem do kina ja wpadłam w panikę. Dosłownie. Uciekłam do toalety. Po wyjściu grzecznie poinformowałam, że źle się poczułam i chciałabym wrócić do domu.
- "Sama? To jest niebezpiecznie. Będę się martwił o Ciebie. Pojadę z Tobą i przypilnuje byś od razu poszła do łóżka"
- eeeeeee.... że co kur.... pomyślałam, lecz nie powiedziałam. Usłyszał: "nie, no. Poradzę sobie. Nie martw się"

Oczywiście on wiedział lepiej. Z trudem wsiadłam sama do samochodu. 

Dwa dni później. 
Kilka smsów w stylu "co robisz? Może wpadnę na GC i pójdziemy na piwo" Niestety dobrymi manierami nie udało mi się go zniechęcić i przełożyć spotkanie na inny nieistniejący termin. Wymięklam stwierdzając, że co jak co, ale to nie ja będę kupowała piwo. Ponownie usłyszałam o jego zawiedzonej skandalicznym zachowaniem rodzinie. Suma sumarum miło czas spędziłam, bo go bardzo lubię. Tylko, że przestało być magicznie.

Następny dzień.
"hej, może pójdziemy na zakupy i kupię parę rzeczy do twojego domu?"Zdurniałam i zaczęłam się śmiać. Może powinnam odpowiedzieć: "wiesz, zmywarka by mi się przydała..." 

Okazało się, że poprzez kupowanie różnego rodzaju sprzętu, wyposażenia etc kupował prawa do osoby. W momencie kiedy wyposażył mieszkanie swojej dziewczynie ta zmieniła zamki w drzwiach i siłą rzeczy stałą się byłą dziewczyną. Początkowo współczułam mu. 

Chłopak przy każdej nadażajacej się okazji opowiadał o swojej rodzinie i o tym jak go naciskają, by wreszcie miał żonę. Ignorowałam te teksty oznajmiając, że ja nigdy nie zmienię nazwiska. Nie słuchając mych sprzeciwów mniej lub bardziej grzecznych zaczął mnie odwiedzać. Niemożliwym było zniechęcenie go. Skoro tak bardzo chciał być u mnie to siedział na kanapie w milczeniu, kiedy ja np. rozwieszałam pranie... Nie interesowało go to, czy miałam otochę go widzieć czy nie. On ją miał i to było najistotniejsze. Uprzedmiotowało to. To co było niegdyś arcymiłe stało się irytująco-męczące. Nie wiem jak można nazwać człowieka, który za wszelką cenę stawia na swoim totalnie przy tym ignorując drugą osobę. Nauczył się, że skoro ma kasę to może wszystko. Po 2 lub 3 takich odwiedzinach zaczęłam rozumieć jego ex. 

Nastał ten dzień. Ten w którym on stwierdził, że pora spać u mnie. Grzecznie poinformowałam go, że jeśli chce to może być na kanapie. Jeśli gardzi kanapą to mogę wpuścić go do łóżka, ale może zapomnieć o jakimkolwiek zbliżeniu się. 
Jego ognisty temperament, pewność siebie jakie wcześniej prezentował swą natarczywością uniemożliwy mu spanie w bokserkach. Położył się w jeansach. Zaśmałam się. Zdjął spodnie pod kołdrą bym nie zobaczyła jego bielizny. Oczywiście nie patrząc na to co mu mówiłam starałał się jak tylko mógł, by było przyjemnie. No, niestety... koniec końców przytulił się jak mały chłopiec i zaczął płakać. Wstał, ubrał się. Usiadł w innym pokoju. I milczał. Milczał. Nie wydusił z siebie słowa. Łzy ciekły po policzkach. Zapytałam się: "teee... ale tak właściwie to o co chodzi? Czemu płaczesz?" 
+ "Ja nie płaczę. Jestem mężczyzną". 
- "nooooo dobra, to co się stało" 
+ "Ewe ja muszę iść. Zraniłaś mnie. Muszę przestać o tobie myśleć" 
- "eeeee.... okey" 
+ "Muszę iść a jest noc." 
- "czekaj odprowadzę Cię do drzwi". 

Nawet nie wiem kiedy on wygenerował te uczucia. Podjął decyzję nie patrząc na to co się działo wokół niego, nie zwracając uwagi na me sprzeciwy i na to jakim jest bucem. 

A mogłam mieć zmywarkę. I chyba bogatego męża. 

Chyba powracam...

Długo mnie tu nie było.

Bardzo długo.

I bardzo dużo się działo w tak zwanym między czasie, ale to nie był główny powód dla którego nie pojawiały się nowe posty.

Powodów było kilka:
1. blog od dłuższego czasu zaczął być bardzo osobisty. Pomagało mi to jako samoterapia, ale w momencie kiedy stanęłam na nogi, nie wiedziałam o czym mam pisać. Zbyt mocno się odkryłam. Zbyt duży ekshbicjonizm nastał. Choć był on bardzo pomocny.
Po 2 latach mieszkania wchłonęłam australijską kulturę, nowe obyczaje i to co było nadzwyczajne bądź zaskakujące stało się tłem dnia codziennego.

2. Dostawałam wiele maili i wiadomości za co zawsze dziękowałam i nadal dziękuje. Miło jest coś przeczytać od Was. Tylko czemu pojawiły się słowa: "czekałem aż coś ci się stanie... masz to na co zasłużyłaś" bądź złote rady typu: "z żoną mamy po 2 konta w banku. Ty też je musisz założyć..." bądź me ulubione: "ze znajomym chcemy podjąć się stażu w branży inżynierii budowlanej. Mogłabyś nam pomóc?" ewentualnie "byłoby mi miło gdybyś mi znalazła pracę od zaraz". Rozumiem, że człowiek jest z natury egoistą, ale wszystkiego są jakieś limity. Pomijam, że w 99% maili nigdy nie przeczytałam: "dzięki za odp.".
Wiem, że czasem to co jest oczywite staje się arcytrudne w odpowiedzi jak: "ile pieniędzy potrzebuje na start?" Człowieku bądź człowieczko, ja Ciebie nie znam. Nie wiem na ile jesteś zaradna. Mogę przybliżyć koszta mieszkania na GC, ale jeśli planujesz lecieć do innego miasta ceny te będą inne. Jak ja mam odpowiedzieć? I wiele innych czasem dziwnych wiadomości. Zniechęciły mnie do opisywania swych wzlotów i upadków.

I przed tym ostrzegałam nową blogerkę. Mam nadzieję, że ona natrafi na przyjemniejsze towarzystwo.

3. Kiedyś o tym napisałam. I punkt ten jest skierowany do osób, które mnie znają osobiście. Kur... moje życie nie jest waszą rozrywką. Jak opisywałam nowe zwierzątka, jakieś wycieczki to i rozmowa się kleiła to i pośmiać się można było. Tylko, że jak zmieniłam ton wypowiedzi na "sorry, ale nie wiem co mam zrobić muszę się doradzić. Pomożesz?" odpowiedź zazwyczaj była: "muszę uciekać... odpiszę później". Jak chcesz pooglądać zwierzątka to włącz National Geographic, a nie udawaj dobrej znajomej...

Chyba te 3 punkty najbardziej zadecydowały o mej długej ciszy.

Zmiażdżyła mnie liczba odwiedzin 45 000! Nie wiem jak mam dziękować i jaką to mi niespodziankę zrobiło.
Charakter bloga raczej się nie zmieni. Choć dostawałam propozycje, bym podjęła współpracę z biurem podróży, zrobiła stricte komercyjną stronkę i zaczeła na tym zarabiać. Nie wiem co by się musiało wydarzyć, by tak się stało...

Chyba (jest to słowo na dziś) tym postem jakoś powracam.

piątek, 17 lipca 2015

Przeprowadzka

Inna potężna sprawa to zmiana adresu zamieszkania. Spowodowana tak jak w poprzednim przypadku dbaniem o swój honor i godność.
Przez pewien okres czasu mieliśmy problem ze współlokatorami. Mój dziwak (swego czasu opisywałam go) przeniósł się do Melbourne, by tam studiować. Sama akcja z jego przeprowadzka była idiotyczna jak i wiele innych rzeczy w jego życiu. Poinformował Kia i Andrew o przeprowadzce dwa dni przed stwierdzając, że uczelnia go nie powiadomiła o rozpoczynającym się roku i tym samym praktykach. Gów... prawda. Takie sprawy są załatwiane z odpowiednim wyprzedzeniem, a jeśli nawet coś się wydarzyło i zaszwankowała komunikacja to doskonale wiedział kiedy mniej więcej rozpoczyna się kurs i mógł spokojnie się przenieść. Nie mój problem. Kolejny nie płacił czynszu, bo pracował aż 6 - 8 godzin tygodniowo. 1 Czynsz płacił co 2 tygodnie i regularnie kradł moje jedzenie z lodówki. I chyba to był główny powód dla którego nie odzywał się do mnie. Teraz jest nowa dziewczyna. Ma zamiar z nami mieszkać jedynie do listopada. Kia i Andrew uwielbiają ją. Ja jej nieznoszę. I tu nie mowa o zazdrości, a o jej bezczelności i jakiegoś skrzywdzenia emocjonalnego. Przez pierwsze półtora do dwóch miesięcy używała mojego żelu pod prysznic i pasty do zębów. Nie są to drogie produkty, ale jest to zbyt upierdliwe dla mnie. Dziewczyna szukała pracy i chciałam jej pomóc. Wiedziałam, że w mojej firmie jest zbyt mało pracowników więc wyjaśniłam jej wszelkie szczegóły i podałam jej adres mailowy do HR. Tylko, że ja nie zatrudniam pracowników. Nie mogłam nic więcej zrobić. Na następny dzień zapytała się:
- Ewelina, wiesz coś na temat mojego maila?
- Nie, nie jestem w stanie nic wiedzieć. HR jest w innym mieście.
(...)
- To jeśli nic o tym nie wiesz, to znaczy, że nie będę miała tej pracy.
Zapomniałam, że powinnam się poczuć odpowiedzialna.
Inna miła rozmowa:
- Ewelina, czy Ty masz wysypkę?
- W sumie to tak, ale to chyba przez tabletki jakie zaczęłam pić
- Aaaa... a kiedy ostatnio myłaś korytarz?
- Słucham?
- Wiesz, mam tą wysypkę przez Ciebie, bo nie myjesz korytarza. Jeśli dla Ciebie to za dużo chwycić miotłę i to sprzątnąć to powiedz ja to mogę zrobić. Nie sądziłam, że to może być dużo dla Ciebie.
Inna sprawa to sposób w jaki odnosi się do swojego chłopaka, który nota bene jest jej szefem a ona regularnie okrada ich firmę. Wiem, że to nie moja sprawa, ale się we mnie przewraca jak słyszę piskliwym głosem sugeującym rozmowę z niepełnosprawnym intelektualnie oseskiem:
- oooo.... ubrałeś nową koszulę...
- tak.. ubrałem ją
- oooo... ubrałeś nową koszulę....
- tak.. ubrałem ją
- ty ją na prawdę ubrałeś

+ tak, ku.... ubrał ją! Chciał to ubrał!! <chciałoby się powiedzieć> Jest to autentyczna rozmowa z dzisiaj. Wszystko zostało powiedziane tym tragicznym tonem głosu. Przewraca mi się na samą myśl.

Tak więc szukałam innego mieszkania. Najpierw pokoju do wynajęcia, ale po odwiedzeniu 2 i zdaniu sobie sprawy, że znowu miałabym się użerać z jakimiś patafianami zaczęłam szukać kawalerki. Jasne, takie lokale są najdroższe, ale za święty spokój mogę przepłacić.
Po około 2 miesiącach szukani znalazłam ten standard jaki chciałam mieć w ten cenie jaką mogę jeszcze przeboleć, ale nie w tej dzielnicy gdzie docelowo chciałabym mieszkać. Trudno, nie można mieć wszystkiego. Dołączam fotki. Podoba się?




Dużooooo tego...

Przepraszam wszystkich, bo bardzo długo mnie tu nie było. Bardzo dużo się działo złego, dobrego jak i przełomowego.

Mocno stresująca praca w Polsce nauczyła mnie podejmowania najbardziej kreatywnych i dobrych decyzji w sytuacjach krytycznych. Tak też było i tym razem, ale potrzebowałam nieco czasu na mocne pchnięcie mojego życia do przodu.

Po kolei.

Przez prawie cały czas pracowałam w 2 bądź w 3 miejscach, by oszczędzić w stosunkowo krótkim czasie niezbędną do opłacenia wizy kwotę. Byłam wykończona do granic. Czasem się zdarzało, że traciłam orientację w terenie i gubiłam drogę do domu. Bywa. Byłam już na granicy swojej wytrzymałości. Tylko, że każdą pracę wykonywałam zachowując należyty standard. Zawsze wychodzę z założenia, że to co robię poza jest moją prywatną sprawą, a mój szef czy innej maści przełożony powinien mnie oceniać za to jak pracuję w jego firmie. Tak więc zawsze dawałam z siebie wszystko i zawsze każdemu wokoło pomagałam nie zwracając większej uwagi na to, że byłam przemęczona. Będąc w nursing home na 4 godzinnej zmianie (absurd!) pomagałam wszystkim włączając w to dyrektor. Od pielęgniarki nieco wyższego szczebla usłyszałam: "nie widziałam Ciebie tutaj, masz problemy z komunikacją. Jak dla mnie to ukrywałaś się, by nie pracować" Powiedziała to w obecności członków rodziny jednej rezydentki, w obecności innych osób z personelu. Rozpłakałam się. Nie zasłużyłam na to. Ona wielce zdziwiona co się stało poszła na skargę do dyrektor. Ta wiedząc, że i jej pomagałam przyszła sprawę załagodzić. Powiedziałam wprost: "usłyszałam najgorsze w swoim życiu słowa" Można o mnie powiedzieć, że nie mam dużego doświadczenia, że mój angielski szwankuje, ale nie że jestem leniwa. W tym samym tygodniu wysłałam CV do agencji pielęgniarek co też miałam zamiar zrobić, ale znacznie później. Jej zachowanie zmotywowało mnie do pchnięcia tej sprawy kilka miesięcy wcześniej.

Opłaciło się. Jedna z agencji ma spore wymagania więc mam nadzieję, że i wypłata będzie adekwatna do oczekiwań. Mianowicie muszę mieć odbyte min 1000godzin pracy płatnej więc wszelkie studenckie praktyki oraz wolontariat nie mogą zostać uwzględniane. Ma to logiczny sens. Chcą pracownika z doświadczeniem, a nie jego namiastką. Mi 1000 godzin stuknęło półtora tygodnia po tym telefonie. Kolejny telefon i informacja, że muszę mieć odpowiednie badania HPV i sprawny układ immulogiczny oraz muszę mieć certyfikaty ukończenia manualnych kursów etc. Te mam przeprowadzane regularnie co 6mcy, ale nigdy nie otrzymałam żadnego potwierdzenia. Jedno kosztuje 8$ więc jest to bardzo mały koszt. Tak więc zostały jedynie badania i mam nadzieję, że wreszcie się spotkam z siedzibie firmy. Warto? Tak, praca jest jedynie w szpitalach co oznacza pracę nad max 4 osobami,a nie tak jak mam teraz ok 20stoma.

Zwolniłam się z ostatniej choć bardzo dobrze płatnej gównianej pracy i mocno zmieniam swoją ścieżkę przypadkowej kariery. Cieszę się jak dziecko oczekujące prezentów na Gwiazdkę. Jest to duży ruch.



środa, 27 maja 2015

Czekam

No i chyba nastała nudna i monotonna rutyna dnia codziennego. Czekam z utęsknieniem na 2 maile i telefon, które zamkną wszystko to co robiłam przez bardzo długi okres czasu. Czekam... i to jest jedyne co mi pozostało do zrobienia. Zamknęłam i skończyłam robić wszystko to co mogłam, by się tu ustabilizować.

Wygrałam, jeśli mogę tak to określić.

Podsumowując.
Ile czasu potrzeba, by być wizowo bezpiecznym, ustabilizowanym finansowo z perspektywami na dalszy rozwój? Licząc od momentu postawienia nóg na kontynencie to około półtora roku. Tak, to dobry czas! Tak, mogę być z siebie dumna!

A jak radzą sobie inni, których poznałam w między czasie?
Jedni są na wizie sponsorowanej i mieszkają z dala od miast. Są gdzieś pomiędzy niczym i pustynią. Ważne, że czasem się odezwiemy do siebie. Strasznie się cieszę z każdej wiadomości czy telefonu. Zostają tu na stałe i są już wizowo bezpieczni. Kosztowało ich to dość dużo, ale nic za darmo nie jest.

Inni aplikują o kolejne wizy studenckie. Ich decyzja, ich czas i pieniądze. Tylko do szału mnie doprowadza jak ktoś po roku ciszy ni z tego ni z owego się odzywa, bo potrzebuje pomocy. Nawet nie zachowują minimum dobrych manier i nie słyszę pytania: "hej, a co u Ciebie?" Od razu jest: "Migracyjny wysłał maila!" bądź: "pomóź, bo to jest już za Tobą" A przepraszam bardzo, a co robiłeś przez x czasu?

I tu poraz kolejny przelała się szala goryczy i złości. Ja byłam w pracy i zbierałam pieniądze. Nie gardziłam żadnym zajęciem, by uzbierać magiczną kwotę. On był na imprezie bądź narzekał, że to zły kraj. Ja byłam u prawnika i starałam się stworzyć sensowny plan. On był na desce bądź wyjechał (rzecz jasna nie za swoje). Ja zapominałam o życiu prywatnym i poświęciłam się, by skończyć jak najszybciej kursy umożliwiające mi lepszą pracę. On wybrał najtańszy kurs, by kupić czas.
Ja mam to na co zapracowałam. On z zazdrości podważa moje bezpieczeństwo i szczęście i jest wielce zdziwiony, że nie znajduje dla niego czasu.





środa, 20 maja 2015

Przecież mam aparat

Wreszcie zrobiłam kilka zdjęć. Nie jest ich za dużo, ale za często wolnego też nie mam, a jak mam to i tak jestem zajęta. No, ale są. Pierwsze w miarę normalne zdjęcia na blogu. Pierwsze to leżakowanie na plaży w Kirra. Jest to jedna z najładniejszych mym zdaniem plaż na Gold Coast. I jedna z najbardziej znanych surferom. Co roku tutaj odbywają się mistorzstwa Australii bądź świata w zabawach deską. To co jest w oddali to nic innego jak wieżowce w Surfers Paradise. Sprawdziłam na google maps i są one oddalone około 25km. 


 To jest już prawie Surfers Paradise. Najbardziej nawiedzona przez turystów i studentów dzielnica. Nazwa pochodzi od popularnego mln lat temu hotelu o którym już prawie nikt nie pamięta. Nawet nie wiem czy jest on nadal czynny. Samo Surfers jest słynne z życia nocnego. Plotka głosi, że są tu najlepsze imprezy i kluby w Australii. Aż strach myśleć co się dzieje gdzieindziej. Dla mnie Surfers to takie nasze Krupówki. Ludzi masa, wszystko droższe i ma się wrażenie otaczającej tandety i braku... nawet nie smaku... przykład: knajpa z tanim piwem w której często śmierdzi wymiocinami z prawie równą ilością karaluchów co klientów. No, ale jest położona na głównej ulicy. Wystarczy przejść się 5 minut i będzie piwo po tej samej cenie w znacznie przyjemniejszej atmosferze. Tylko to już nie będzie main pavement. 


Uwielbiam takie opisy: Broadbeach nocą! No, bo to czarne tło nie sugeruje nocy więc trzeba wyjaśnić :) Zdjęcie zrobione z balkonu hotelu, który wynajęliśmy wraz z nowym loverboyem. Pomijam, że do domu mógł się przejść :P Zresztą to zrobił o poranku. Widok na Peppers. Jest to kolejny hotel. Przeokropnie drogi, ale z pięknymi pokojami. Jak kiedyś będe bogata to kupię sobie jeden taki unit :D Broadbeach jest drugą najbardziej rozrywkową dzielnicą. Z tym, że różnica w standardzie knajp jest olbrzymia. Tu nie za często zobaczy się pijanych gówniarzy i tłumów ludzi. Przyznam, że bardzo lubię to miejsce! 

środa, 6 maja 2015

Polaczkowie

Bardzo się cieszę za każdym razem kiedy ktoś mi wyśle maila bądź poszuka mnie na facebooku i zagada. Dziękuje bardzo!!! Przyznam szczerze, że dziwię się, że ktoś w ogóle chce czytać tego bloga. Ja osobiście nigdy nie szukałam takich źródeł jak i również nie pisałam ich. To jest pierwszy i za pewne ostatni blog. Tym bardziej jest mi miło!
Czasem dostaje wiadomości w stylu: "dzięki za to co piszesz, bo nie jest to marketingową papką". Może to zabrzmi brutalnie, ale nasza natura nieco zabrania napisania prawdy. Wolimy pochwalić się tym co widzimy, ilu to nowych znajomych mamy niż powiedzieć "bolą mnie ręce od pracy" "nie wiem co będzie jutro" "nie mam na czynsz". Tego nikt nie lubi. I nikt nie chce się przyznać, że nie jest różowo. A i też dla nas Australia jest egzotycznym rajem. Może nim być, ale wymaga to czasu i sporego wysiłku.
Śmieszą mnie filmiki na YT pokazujące: "to jest plaża! Widzicie ją? A to ocean!" bądź: "tak wygląda basen publiczny" "to idące dzieci do szkoły" Nie wiem czemu, ale zawsze mi to przypomina jedną historię sprzed wielu lat.
Daleka rodzina znajomej wyemigrowała do Kanady. Raz w roku wysyłają list z życzeniami świątecznymi. W jednym liście były dołączone zdjęcia z opisami. Zdjęcia przedstawiały przedmioty codziennego użytku bądź prawie codziennego: rower, komputer, samochód. I podpisy. Taaa... bo Polska to dziki kraj z równie dzikimi ludźmi i my nie wiemy jak wygląda rower. Podobnie sprawa ma się tutaj. Jak wygląda basen chyba każdy wie. A dzieci? Jak to dzieci!
Co innego zrobić zdjęcia i upamiętnić ładny widok czy przyjemną chwilę.
Tylko zazwyczaj takie zdjęcia nie są robione w tzw biegu.

Inna historia. Odwiedziłam znajomych w innym mieście. W AU są od około 3 lat. Będąc u nich liczyłam na wycieczki krajoznawcze. Nieco się przeliczyłam, ale zrozumiałam jedną bardzo ważną rzecz. Wielu ludzi żyje jak psy w budzie. Praca, po drodze do domu wycieczka do monopolowego po najtańsze piwo i upijanie się w kuchni, sen, praca, po drodze... I tym sposobem są 3 lata. W takiej sytuacji jak ktoś wreszcie wyjdzie do ludzi to i z zachwytu robi filmiki wszystkiego co widzi. Tak teraz pomyślałam. Gdybym miała takie życie to chyba bym się zastrzeliła. To przypomina egzystowanie, a nie życie. No, ale mieszka się w AU.

Reasumując, nie wierzcie w każde słowo i w każdy obrazek jaki znajdziecie w internecie.

sobota, 18 kwietnia 2015

IELTS - gorzej niż w świecie Orwella.

Jeden z najbardziej absurdalnych i durnych egzaminów za mną. Jestem po IELTS. Obawiam się teraz o swój wynik. Egzamin trwał 4 godziny. Zaczął się o 9:00, a skończył o 13:00 i to bez najmniejszej przerwy. Nawet na siku. Z całym szacunkiem do organizatorów, ale nikt nie zniesie tak długiego zdawania testu. Wiem, że ostatnia część jaką jest listening, z którą nigdy nie miałam problemów nie wyszła mi za dobrze. Wszystko trwało zbyt długo. Najśmieszniejsze były przygotowania przed rozpoczęciem tortur. Przetrzepano mnie bardziej niż na lotnisku. Miałam pokazać zawartość torby, którą i tak nie mogłam wnieść na salę. Zdjąć zegarek, bo przecież mogłam mieć ściągi na nim. Pisać jedynie ołówkiem (oczywiście go nie miałam). Mieć butelkę z wodą, ale bez naklejki. Mogę wykorzystać kilka słów ze składników wody gazowanej? Czy to jest kolejna eliminacja miejsca gdzie mogłabym mieć drobną pomoc? Kieszenie też miały być puste i kilkakrotnie mnie o nie pytano. Po tym wszystkim pokierowano mnie do windy. Oczywiście też nie mogłam przycisnąć guzika z piętrem (tu brakuje mi wyobraźni co mogłabym złego zrobić) i pójść do odpowiedniej sali przed którą siedział uśmiechnięty pan i weryfikował moje dane poprzez sprawdzenie paszportu i odcisku palca (???). Po tym wszystkim wreszcie mogłam wejść do sali. Śmiałam się i to dość głośno, bo procedury graniczą z absurdem. Zostałam przydzielona do ławki i czekałam z utęsknieniem aż ta farsa dobiegnie końca. W trakcie samego testu 3 krotnie sprawdzono mój paszport. Niestety mój współtowarzysz niedoli siedzący obok mnie miał problem z żołądkiem i nie dostał pozwolenia na pójście do toalety. Tak więc czasem jego nieprzyjemny problem urozmaicał mi czas. Po 4 godzinach mogliśmy opuścić budynek i wrócić do domów oraz czekać na część ustną. Przed nią już nie było żadnego trzepania moich rzeczy. Nawet mogłam dotknąć guzików w windzie. Był za to pan sprawdzający po raz setny mój paszport i zrobił mi wybitnie nieładne zdjęcie, które zostanie dołączone do wyników. Po kilkunastu minutach weszłam na przesłuchanie, które okazało się bardzo przyjemne. Obawiam się o wynik, bo z egzaminatorem rozmawiałam jak z dobrą koleżanką. A i panią interesowało to co mówiłam, bo odbiegła od formalnych pytań, a po prostu z zaciekawiona prowadziła ze mną normalną rozmowę. Na samym końcu usłyszałam z angielskim akcentem: "do widzenia" Z jednym z najładniejszych uśmiechów jakie mogłam zrobić odpowiedziałam tym samym. Dla mnie to był koniec makabry jaką IELTS zorganizował. Usłyszałam od niej również: "Happy birthday"

wtorek, 7 kwietnia 2015

Za chwilę meta

Przede mną ostatni wysiłek. Za 10 dni zdaję egzamin językowy i będzie to koniec ciężkiej pracy. Przyznam, że jestem z siebie dumna. Przez 4 miesiące godziłam 3 prace, durną szkołę, regularnie przygotowywałam dokumenty do wizy, chodziłam na dodatkowe kursy i jeszcze czasem znalazłam czas, by się z kimś spotkać. Od kilku dni mam większy luz. Zwolniłam się z jednej pracy i nie muszę wstawać wcześnie o poranku. Dopiero teraz zauważyłam jak bardzo mnie te 4 miesiące wykończyły. No, ale mus to mus.
Z pracy nie zwolniłam się dlatego, bo przestałam jej potrzebować tylko:

#1 miałam gorszą umowę niż Australijczycy z którymi pracowałam.
#2 w środku nocy wysłałam smsa do szefa z info, że się źle czuję i nie przyjadę do pracy. Odpowiedź: "masz być" wysłałam ponowną o poranku, jego odp. "dostaniesz naganę" Nie poszłam. Spałam. W nursing home również się nie pojawiłam. Następnego dnia dostałam naganę za nie wstawienie się. Jestem zatrudniona na najgorszej śmieciówce.
#3 szef powiesił grafik w bodajże w środę. Byłam bardzo mocno zdziwiona, że z tak dużym wyprzedzeniem. Powiedziałam, że w następny czwartek nie mogę być w pracy, bo jestem na porannej zmianie w nursing home. Usłyszałam, że mam być, bo on nie ma żadnego zastępstwa. Starałam się zamienić z innymi pielęgniarkami, ale mi się to nie udało. W niedzielę wysłałam smsa, że nie dam rady i że zamiast mnie może przyjść Nataly która pracuje jedynie w weekendy. Dostałam naganę w sobotę. Miałam łzy w oczach: "widzisz, ze strasznie kaszle. Mam zapalenie płuc. Dyskryminujesz mnie, bo mam gorszą umowę i jeszcze mi dajesz naganę!" Jego odpowiedź:" no co ja mogę zrobić?"

Poprosiłam o rozmowę z jego szefem. W trakcie jej usłyszałam niesamowity stek bzdur. Jeśli firma ma do wyboru kilka rodzajów umów i zadecydują, że mi dadzą casual (odpowiednik umowy zlecenie), a innym part time, to wcale nie znaczy, że mnie dyskryminują. Skorzystali jedynie z wyboru jaki mieli. Że co?! A ja mam uważać na to co mówię, bo to są mocne słowa.
Nagany miały być wyjaśnione. Rozmowa z moim najbliższym przełożonym polegała na tym, że ten na swojego szefa wydzierał się w niebogłosy. Usłyszałam, że pierwszą naganę dostałam, bo go wkurzyłam. To jest racjonalny powód ukarania pracownika.

24 stycznia dostałam z jego strony zgodę na to, bym nie pracowała w poniedziałki. Tak się złożyło, że w ten jeden dzień jestem w innym miejscu. Problemu to żadnego nie sprawiało, bo na zmianie są potrzebne jedynie 3 osoby więc łatwo kogoś znaleźć. Patrzę na ostatni mój grafik i pracuje w poniedziałek. Poszłam do niego wkurzona jak osa i z nieprzyjemnym tonem głosem: "czemu pracuje w poneidziałek? Wiesz, że nie mogę" "Doprawdy? Nie wiedziałem!" Pół godziny później zwolniłam się. Mogłam już nie przyjść na następny dzień, ale dałam mu 2 tygodnie czasu na znalezienie nowego pracownika. W ostatni dzień z ciężkim tonem głosu powiedział mi "dzień dobry", nie usłyszałam nic więcej: "pocałuj mnie w dupę" "spierd..." "dzięki, za rok pracy, szkoda, że tak wyszło" Nic. Po prostu uciekł. W pracy został dłużej.

Bardzo bym chciała mu dać nauczkę.

piątek, 20 marca 2015

Przemyślenia o Aborygenach

Zmienię temat na coś zupełnie innego.

Ostatnio wspomniałam, że kończę kurs. Po raz kolejny zmieniono mi nauczycielkę. Niestety, ale poprzednia sprawę olała i na 11 assessmentów sprawdziła mi aż 4. Nowa nauczycielka została znokautowana wysłanymi przeze mnie mailami.
Jeden z tematów dotyczył Aborygenów. I tu powinna nastąpić drobna notka dla tych, którzy nie mieszkają w Australii. Społeczność ta, jest mocno wyróżniana, np mają specjalną opiekę medyczną (nie czekają czasem kilku tyg bądź mcy na wizytę u lekarza), dostają zapomogi czy innego rodzaju pieniądze od państwa, są stworzone specjalne stanowiska pracy pośredniczące pomiędzy światem białych i Aborygenów i kilka innych. O samej ich historii nie za bardzo chce pisać, bo z łatwością można ją znaleźć w internecie. Pokrótce mowa o "skradzionym pokoleniu" i tragicznym traktowaniu po kolonizacji. I z tego powodu przez ponad 20 lat (dzisiaj się o tym dowiedziałam) rząd ich otacza specjalną opieką.
Rozumiem, że Australijczycy biją się w pierś i chcą przeprosić jak tylko mogą, ale nie popadajmy w przesadyzm. Z nauczycielką weszłam w polemikę na ten temat i niestety, ale każdy kolejny jej argument był coraz głupszy. A ja się obawiałam, że za chwilę usłyszę, że jestem rasistką.

W przeszłości ich nie rozpieszczano, ale to nie jest jednoznaczne z tym, że tą przeszłością mają żyć. Dałam jej przykład naszego narodu i II wojny światowej. O historii nigdy się nie zapomni, ale trzeba przebaczyć i iść do przodu budować przyszłość. Innego rozwiązania nie ma. W odpowiedzi usłyszałam: "mój mąż jest Japończykiem <mieszka w au>i też może coś powiedzieć o II wojnie światowej" Moja reakcja: "a czy on i jego rodzina są specjalnie traktowani jak Aborygeni? Nie wydaje mi się" (czytaj dalej na temat weteranów). Usłyszałam furknięcie jej koleżanki i komentarz: "każdy ma swój background. To o czym mówisz jest uwarunkowane kulturowo" Że co?
Moja nauczycielka zmieniła temat: "wiesz, Ty jesteś młoda i wielu młodych myśli tak jak Ty, ale ci starsi nie." Nieco mi ręce opadły: "Przepraszam, ale to starsze pokolenie tego uczyło" To oni musieli pogodzić się z tym co się stało i przestać rodzić nienawiść. "No... ale wielu z nich nie potrafi czytać i pisać" Ja: "bo nie mają możliwości nauki czy nie chcą się uczyć. To jest duża różnica".  Usłyszałam, że nie za bardzo chcą się uczyć. Po każdej mojej odpowiedzi jej koleżanka wzdychała i kręciła się na krześle jakby robaki miała.

Prawda jest taka, że Australia wykupuje wyrzuty sumienia. Tylko nikt tego głośno nie powie. Powód dla którego nie chciałam odpuścić był banalny. Nie szanowano mojego zdania. W temacie Aborygenów jest tylko jedna poprawna odpowiedź i nie była to moja, bo nie zgadzam się z tym, by jakakolwiek społeczność była tak wyróżniona ze względu na historię. Jakiś czas temu przeczytałam, że Niemcy ponownie chcą przeprosić za wojnę. Rozmawiałam o tym z osobą która pracuje z australijskimi weteranami, którym rząd nie chce podziękować za bronienie ojczyzny(!!!). Oboje się zgodziliśmy: "tu nie chodzi o pieniądze. Tu mowa o geście". W sytuacji Aborygenów liczą się pieniądze. Powstała sytuacja w której utknęli pomiędzy dwoma światami. Ich świat prawie nie istnieje, a do świata białego człowieka nie chcą wstąpić. Usłyszałam: "bo się boją". A mi się wydaje, że im wygodnie. Po co mają żyć wraz z białymi? Co tydzień dostają przelew. Nie mówię, że wszyscy są tacy. Osobiście nie poznałam (nie miałam możliwości podania ręki, czego żałuję), ale słyszałam historię o niesamowitych ludziach. Tylko głównie słyszę te nieprzyjemne historie. I przyznam, że krew mnie zalewa jak ktoś 1/6 krwi Aborygeńskiej wchodzi bez kolejki do lekarza, a ja jako emigrant muszę czekać na tą samą wizytę 3 miesiące i na domiar złego jakaś tam mała część moich podatków idzie do jego kieszeni.

Może jestem w błędzie. Jeśli tak, to proszę sprostujcie mnie i wyjaśnijcie o co chodzi. Jak dla mnie to rząd stworzył olbrzymią przepaść między emigrantami, a Aborygenami,którą mogę porównać do przepaści ekonomicznej Zimbabwe i USA, czyli jest olbrzymia. I nadal uważam, że nie jestem rasistką. Nie potrafię zrozumieć argumentu: "bo historia". To dlatego przez 20 lat są otoczeni taką opieką? A ci którzy walczyli o ten kraj mają problem, by dostać to co im się jak psu buda należy.

sobota, 10 stycznia 2015

Przewartościowuje się

Nowy Rok zaczęłam z potężnym impetem i tempa nie chce zwolnić. Co prawda już usłyszałam dobrą radę: "Zwolnij, bo sobie zaszkodzisz". Uśmiechnęłam się i nadal robię swoje. Z racji tego, że ciut się przeliczyłam musiałam się zapożyczyć. Moje ego niesamowicie mocno ucierpiało. Według mnie jest to najgorsza z możliwych opcji. No, ale sytuacja zmusiła. Jeśli chce zrealizować zamierzone plany tak być musiało. Wiem, że niebawem będę w stanie oddać i to z nawiązką.

Dziennie uczę się 2 godziny. Od miesiąca jestem mocno skupiona nad samorozwojem. Uczę się stawiania poprawnych celów, walki z własnymi duchami przeszłości i dążeniu do sukcesu. Przyznam, że jednego bardzo starego i złego ducha rozpracowałam i cieszę się z tego jak dziecko na gwiazdkę, bo nawet psycholog nie mógł sobie z tym poradzić. 
Nad drugim potrzebuje lekkiego wsparcia, a mowa o mym lęku dotyczącym wody. Jeszcze nie wejdę do oceanu. Poprosiłam kogoś komu ufam o drobne wsparcie i albo deszcz pada, albo któreś z nas ma mega kaca, albo pojawiła się opcja dorobienia. Od 2 tygodni staramy się zgadać i coś to nie wychodzi. 
Cele dzięki tym nagraniom zmieniły się o 180stopni. Bardzo się z tego ucieszyłam. Zawsze cele ustalam po głębokiej refleksji i tworzeniu w głowie swojej ścieżki i obrazu kim chce zostać. Tu technika była inna. Miałam po 5 minut na napisanie wszystkiego co mi do głowy przyszło w kwestiach: personalnych, ekonomicznych i materialnych. Później przez kolejne 2 minuty na daną dziedzinę wyznaczałam czas na ich realizację. A na końcu te z najkrótszym czasem (rok lub krócej) wyznaczałam im priorytet,czyli napisałam magiczną trójkę na każdą dziedzinę. I na samym końcu miałam sobie odpowiedzieć na jedno z moich najulubieńszych pytań: "tak właściwie to po mi to? Dlaczego?" I tym sposobem powstało 9 nowych celów. Dość ambitnych więc czasu nie chce zbytnio tracić. Jeśli uda mi się je zrealizować. Błąd! W momencie kiedy je zrealizuje będę mogła śmiało powiedzieć o sobie: "Tak odniosłam sukces". Teraz jestem na drodze do jego osiągnięcia. I proces jego tworzenia bardzo mi się podoba! Jest pełen rozwoju, nauki i zmian. Czego można chcieć więcej?! Zawsze wychodzę z założenia, że nie można stać w miejscu, bo świat mknie do przodu. No, może w Australii nieco wolniej niż w krajach Europejskich, ale i tak nie stoi w miejscu. Jeśli się zatrzymam to dystans między mną, a światem z dnia na dzień będzie większy. A po pewnym czasie będzie cholernie trudno dogonić wszystko wokoło. Zawsze ta teoria mnie napędza! Nawet teraz ją opisując mam uśmiech na twarzy i jestem zwarta i gotowa do działania. 
Sam proces stawiania sobie celów w sposób spontaniczny spodobał mi się z prostego i banalnego powodu. W momencie kiedy godzinami myślałam o tym " kim chce zostać jak będę dojrzałą truskawką" układałam sobie w głowie swój obraz często gęsto sprzeczny z mym własnym jestestwem. Ta metoda zakłada odruchowe, mocno zakorzenione w nas cele i wartości, które dla nas są istotne, a mamy ich deficyt.

Hmm... i tym samorozwojowym akcentem będę kończyła!

Trzymajcie się!

piątek, 2 stycznia 2015

Pierwszy w 2015 i 101 post :)

Stało się. I nie odstanie się już. Muszę się z tym pogodzić czy mi się podoba czy też nie. Mamy 2015 rok. 
I jak co roku robię drobne podsumowanie. 

Wiele się nauczyłam przez ten rok. Nie tylko w kwestiach zawodowych czy edukacyjnych, ale życiowych. 

Nie były to przyjemne lekcje. 
Znajomości z polski systematycznie się zamykają. Kolej rzeczy. Czasem przeczytam coś dziwnego, np: "może zaczniesz rozmawiać z większą liczbą znajomych, bo nie mam zamiaru już opowiadać co się u ciebie dzieje". No, ale trudno. Widocznie tak miało być. Kiedyś tutaj o tym wspomniałam, że wyszłam z założenia, że nie będę zabiegać o polskie znajomości. Jak ktoś się do mnie odezwie zawsze odpowiem, ale ja już nie będę się upominała o 5 minut poświęcenia mi uwagi. Nie chcesz ze mną rozmawiać? Ok, nie mam za złe. 

Mimo wszystko mam jeszcze kilka osób dla których z przyjemnością bym wróciła. 

Asiu B. - dziękuję, że jesteś i że zawsze znajdujesz czas na napisanie kilku zdań. 
Asiu M. - też mi brakuje wspólnego kinowania. Może niebawem? :)
Piotr i Gosia - tu chyba nie muszę wyjaśniać. Dziękuje! Jesteście niezastąpieni. 
Paweł J. - dziękuje, że nawet w weekend znajdziesz chwilę na skypa :) 

I wielu innych, którzy są zawsze w moim pobliżu. 

Rok temu napisałam podobnego do tego posta i mocno akcentowałam, że z kimś byłam. Od kilku miesięcy nie jesteśmy razem, ale jedno się nie zmieniło. Nadal mogę na nim polegać. Miło!

Między czasie poznałam niesamowitych ludzi. Tych dobrych i tych złych, ale każda z nich coś wniosła do mojego życia. 
- może nie zabrzmi to przyjemnie, ale teraz już wiem, że nie mogę ufać nikomu. To co robię to jest jedynie mój interes. 
- nauczyłam się, że ludzie nie są dobrzy. I choć jest to sprzeczne z ludzką naturą to tak właśnie jest. Nadal mnie to zaskakuje. Zawsze wychodzę z założenia, że nic złego nie może się stać, bo i co. A tu proszę. Ludzka kreatywność nie zna granic. 
- przestałam tyle dawać siebie innym. Ludzie to egoiści. Będą brali bez opamiętania, a jak już wezmą to na czym im zależy odejdą. Zawsze odchodzą. To lekcję odrobiłam wieele lat temu w Polsce, ale jakoś o niej zapomniałam. 
- wszystko ma datę ważności. Znajomości również. Zlikwidowało to również potrzebę zapuszczania korzeni.

Nie jest to przyjemne co napisałam. Zdaję sobie z tego sprawę. W trakcie tego roku mój system wartości i zasad przeszedł olbrzymią rewolucję. Czy na lepsze? Nie wiem, ale jestem pewna, że na bardziej bezpieczne. 

Generalnie to był WIELKI ROK
- Za dwa tygodnie zmieniam swoją wizę.
- Pracuję w swoim zawodzie.
- Kupiłam samochód, co chyba mogę uznać za jakiś dowód na stabilizację.
Jeszcze chcę doprowadzić do ładu jedną kwestię, ale jest mój nowy cel. 

Nie mam powodów, by być niezadowoloną z siebie. To był rok przemian! :) Oby kolejny był taki sam. Wiem jedno, tempa nie zwolnię. Nie ma takiej opcji! A wręcz przeciwnie. Ustaliłam sobie swoje nowe cele i są nieco zbyt ambitne. Mam do czego dążyć :)

Trzymajcie kciuki, proszę 

czwartek, 25 grudnia 2014

Święta

Święta, święta i po świętach.

Co do współlokatora, cichy i pełen chytrości głosik miał rację. Prezenty dla niego położyłam tuż przed jego drzwiami i pojechałam wczesnym rankiem do pracy. Dwie i pół godziny później. Prezenty zniknęły, ale słowa "dziękuje" nie usłyszałam. Oczywiście, że Boże Narodzenie to dni dawania, a nie brania, ale jakoś nieswojo mi się zrobiło jak nawet durnej czekolady od niego nie dostałam.

Święta w Australii wyglądają nieco inaczej niż te polskie. I przyznam,że dopiero będąc tutaj poczułam pełnię magii polskich świąt. Tutaj nie czuje się Narodzin Jezuska. Czasem się zdarza, że ludzie święta obchodzą 6 miesięcy później, wtedy kiedy jest zima.

W Wigilię byłam w pracy i skończyłam ją o 23:00. Nie mogłam narzekać. Była to przyjemna zmiana. Ludzie cieszyli się, że są święta. Jeden z moich rezydentów miał łzy w oczach, bo w czwartek miał pojechać do rodziny. Według niego my tj. pielęgniarki jesteśmy jego prawdziwą rodziną i nie chciał nas opuścić w tak ważnym dniu jak Pierwszy Dzień Świąt. Czy mogłoby być piękniej? :)

Inny rezydent w oba policzki mnie pocałował (mówiąc liczebniki po polsku) i stwierdził, że ma dla mnie drobiazg, ale da mi go przy najbliższej mojej zmianie,bo śpieszno mu było do rodziny.

Żona innego rezydenta dała nam czekoladki, bo codziennie opiekujemy się jej mężem, a przecież są Święta.

Tak, to była bardzo przyjemna zmiana!

Kolejny dzień jest teoretycznie istotniejszy. Tutaj to jest dzień grupowego pójścia na plażę bądź wspólnego BBQ. Trochę do dupy. Nie ma niczego magicznego.Czym się różni zwykłe pójście na plażę z tym w pierwszym dniu świąt. Według mnie niczym. Dla mnie to był dzień 100% relaksu. Nie mam za wiele dni, gdzie nigdzie nie pracuje. Zawsze coś robię. Postanowiłam, że nie chce nikogo widzieć. Chce nacieszyć się błogim spokojem. Średnio mi był on dany. Plaże były przeludnione, a ja po posmarowaniu się +50faktorem spaliłam się i mam malinowy brzuch. No, ale spanie na plaży mogę uznać za hobby i wpisać je w CV. Nastawiam budzik, by nie spiec się za mocno i mknę w świat Morfeusza. Coś cudownego :)
A po plaży miałam dłuuuuugą rozmowę z Mamą i strasznie się z tego powodu cieszę.

Następny dzień to Boxing Day, czyli celebrowanie centrów handlowych. Może być gorzej? Pracę w jednym ze sklepów skończyłam o 9:00 od 7:00 ludzie ustawiali się przed drzwiami i czekali na otwarcie. Ja sama miałam w planach kupić rękawice do boksu, noski do pływania, jeansy i jakąś sukienkę, bo w Boxing Day wszystko ma zaniżone ceny. Jasne!!! Jeansy były w tej samej cenie, przecenione sukienki były zwykłymi przecenami, a nie świątecznymi, a rękawice były droższe niż w normalne dni. Znalazłam dwie czarne bluzeczki za które zapłaciłam niecałe 6$. Dla porównania bochenek chleba kosztuje minimum 3$ (nie liczę tostowego marki coles, bo tego chlebem nie da się nazwać).Zrobiłam dobry zakup.

Zdaje sobie sprawę, że mieszkam w innym kraju w innej kulturze. Tylko... gdzie jest magia świąt?

wtorek, 23 grudnia 2014

23 grudnia

Będę złośliwą, chamską, bezczelną i w najgorszym wydaniu okropną suką. Na domiar złego dzień przed Wigilią. A co się będę. Ludzie zaczną być mili jutro, a nie dzisiaj.

W niedzielę byłam w centrum handlowym po prezenty dla współlokatorów. Pierwsza wizja była taka żeby kupić jeszcze czterem osobom drobiazgi i pod domem zostawić, zapukać i uciec :D By była to prawdziwa niespodzianka, a nie niezręczna sytuacja w stylu: "bo wiesz... miło mi, że przyniosłaś prezent, ale ja się nie spodziewałem... no... ja nie mam nic dla Ciebie" A przecież w Gwiazdce nie o to chodzi, by brać a dawać. Chciałam pobawić się w prawdziwego świętego Mikołaja (wersja AU) bądź w Gwiazdora (bliższa sercu wersja). No, ale jakoś zgubiłam się we własnej czasoprzestrzeni i nie zrealizowałam tego planu. No, dobra, szlag mnie trafił jak zobaczyłam tłum ludzi w markecie i to tuż po otwarciu. Nie jestem zwolennikiem centrów handlowych. Gdybym mogła wszystko kupowałabym online. A tu jeszcze tyle ludzi wokół mnie z tym samym zniechęceniem i obłędem w oczach co ja.

Zrealizowałam ciut skromniejszą opcję - kupiłam prezenty współlokatorom. Dla Kia i Andrew miałam drobny problem. Dokładniej finansowy problem. To co mi się podobało było za drogie. Znalazłam małe świeczuszki w kształcie pingwinków i misiów polarnych. Super się ułożyło, bo było ich 6 i tyle mamy miejsc w nowym świeczniku (nie wiem, czy słowo świecznik jest odpowiednie, jest to deska z 6 otworami na wkłady. Muszę przyznać, że uwielbiam prostote i bardzo mi to coś przypadło do gustu i pięknie się komponuje do stołu w jadalni). I dokupiłam butelkę wina (oboje lubią posączyć) znalazłam fajną materiałową torbę z wyszytym Mikołajem krzyczącym Ho Ho i wszystko super się ułożyło.

No i oczywiście blacha muffin :) Również nimi poczęstowałam Simona (ten starszy ex) odwiedzając go dzisiaj, ale o tym za chwilę.

Z drugim współlokatorem był kłopot. Nie dlatego, że nie miałam pomysłu. Tylko dlatego, że od zawsze wydawał mi się niegroźnym dziwakiem. A ostatnio to zaczął mi ewidentnie przeszkadzać. Odezwała się we mnie chytrość (nie wiedziałam, że mam tą cechę). Cichy głos podpowiadał: "to nie kup mu nic. On zapewne oleje sprawę". Z drugiej strony, skoro kupiłam Kia i Andrew to i dla niego musiałam coś znaleźć. Tylko co?

Jestem w sklepie ze świeczkami i różnymi zapachowymi bzdetami do domu.
+ "hej, co słychać?"
- "eeee... w porządku. A u Ciebie?"
+ "super. Pomóc Tobie w czymś?"
-  "eee... w sumie to tak. Szukam prezentu dla współlokatora. Jest to chłopak. Eee... strasznie śmierdzi u niego w pokoju. Wiesz jaki to jest standard jak łzawią Tobie oczy, bo on otworzył drzwi do pokoju, a Ty niefortunnie znalazłaś się w przedpokoju. To ja chciałabym coś z tym zrobić"
(a nawet gorzej, raz mając kaca szłam do pracy i on otworzył drzwi do siebie. Nie kłamiąc, nie naginając miałam odruch wymiotny). Pani dokładnie zrozumiała o co mi chodzi. Było to tak intensywne, że pomimo słabego wrodzonego węchu i wszelkich zapachów wokoło czułam intensywny, męski, ładny zapach.Cena była nieodpowiednia. Za wysoka porównując me uczucia jakimi pałam do niego.
Kupiłam mu bryloczek (strasznie mi się podoba, jest to taka laleczka woodoo przypominająca supermana, ale bez S na klacie z opisem, że zawsze będzie chroniła przed stresem dnia codziennego etc.) i czekoladę.

Powód dla którego mnie wkurza jest banalny. Zaczął mi wchodzić buciorami w moje życie i mówić mi co mam robić, a jeśli mam odmienne zdanie to coś usłyszę. Nie mam nic przeciwko słuchaniu rad od mądrzejszych, bardziej doświadczonych, odnoszących sukces czy po prostu chcących pomóc. Tylko to w jaki sposób on żyje nie przypomina nic z powyższego opisu. Chłopak pracuje na półetatu w tym samym zawodzie co ja. Jest tu bodajże 3 lata i nie ma żadnego pomysłu co ze sobą zrobić. Od roku słyszę, że idzie na studia. No, ale jakoś mu coś... no... raz usłyszałam, że wypełnił dokumenty aplikacyjne i zmęczył się tym. Całymi dniami siedzi zamknięty w pokoju i gra we wszelkie gry: playstation, xbox etc. I dlatego tak śmierdzi u niego w pokoju, bo z niego nie wychodzi. Nie ma ani jednego znajomego. Jakoś znalazł dziewczynę, ale ta oczekiwała zapłaty za czas wspólnie spędzony (dla mnie to prostytucja). Kupował jej drogie ciuszki, biżuterie bądź zapraszał na kolacje. Z pół etatowej wypłaty nie można sobie na coś takiego pozwolić. Rozstała się z nim. Nieco zmieniłam o nim zdanie, bo zgadzał się na takie warunki bycia z nią. Z drugiej strony jak bardzo musi się czuć samotnie skoro dawał temu przyzwolenie. Poznał jej współlokatorów i ich zamęczał ciągłymi telefonami i propozycjami lunchu, dinnera i innych opcji wyjścia. Nikt nie lubi czuć się osaczony więc kontakt urwali i to też jest powód dla którego nie za bardzo chce mu zaproponować jakieś wyjście. Nie mam miliona znajomych, ale zamknięta w pokoju nie siedzę. I nie chce zbytnio stworzyć sobie sytuacji, że będzie się komuś naprzykrzał. Tak na dobrą sprawę to Gold Coast nie jest trudnym miastem do poznania kogoś. Nie są to trwałe bądź prawdziwe znajomości, ale na piwo zawsze można z kimś wyjść. Skoro ja mogę to i on również.
Przy tym wszystkim on mi mówi jak mam żyć: "Ewelina, nie pij alkoholu! Ja nie piję, Ty też możesz nie pić" Cisnął mi się komentarz. Jeszcze żebym faktycznie nadużywała, ale raz w tygodniu bądź dwa chyba mogę wyjść, prawda?
"Ewelina musisz porozmawiać ze swoimi szefami na temat wysokości twojej wypłaty!" A kim ty do kur.. nędzy jesteś żeby mi to mówić?!

Dzisiaj zaskoczyłam, że chyba nie tylko ja go po prostu toleruje bez  większych uczuć.
6 grudnia w polskie Mikolajki upiekłam muffiny współlokatorom. Coś skromnego, coś słodkiego.Nie oczekiwałam zupełnie niczego, bo to moja tradycja, a nie ich.Chciałam zrobić drobną przyjemność. Po powrocie z łyżew dostałam koszulkę,która robi furorę :) Nie wydaje mi się, żeby i on coś dostał, bo to nie była jego tradycja. A może jestem w błędzie. Kia i Andrew pojechali do rodziny i tuż przed wyjściem dałam im mój prezent, a od nich otrzymałam czekoladki i kartkę. Usłyszałam, że dla Niego jest na stole. Nawet nie złożyli mu życzeń, ani nie dali mu go face to face.

Strasznie smutne jest życie mojego współlokatora. Tylko wszystko jest na własne życzenie. Jeśli on nie wstanie i nie wyjdzie do ludzi nikt tego za niego nie zrobi.


sobota, 20 grudnia 2014

Kartki świąteczne

Dziękuje!!! Zrobiliście mi niesamowitą niespodziankę!!!

Nie wiem co mam napisać. Nie spodziewałam się!!!

Dziękuje!!!

wtorek, 16 grudnia 2014

3 dni, 3 porażki

Piątek

Potrzebowałam drobnej pomocy przy samochodzie. Takiej drobnej. Wystarczyło wymienić wszelkie płyny w samochodzie, bo niestety poprzedni właściciel nic z nim nie robił. Maluch został na maxa zaniedbany. Wysłałam smsa do swojego ex (tego starszego ode mnie o x lat). Natychmiast odpisał z info, że z przyjemnością mi pomoże. Ucieszyłam się! W try miga ubrałam się i pojechałam do niego. Samochód naprawiony! Super! A ja usłyszałam, że nadal jestem kimś szczególnym w jego życiu i nadal intensywnie o mnie myśli. Przeprosił za wszystko co było złe. Wyjaśnił, że to był bardzo zły moment na to byśmy mogli być razem. Ładnie się uśmiechnęłam i po raz kolejny mu wyjaśniłam, że dla mnie jest jedynie przyjacielem i zawsze nim zostanie. Nie liczył na taką odpowiedź.
Swego czasu napisałam krótką notkę na temat tego, że ma kogoś. I cała sytuacja z nową kobietą w jego życiu bardzo mnie rozbawiła. Okazało się, że od dłuższego czasu nie są razem. Dziewczyna została bez dachu nad głową więc oczywiście ją przygarnął. Ów niewiasta nie ma ani jednego znajomego, bo jest niesamowicie mocno toksyczna. Pozwolę sobie nie skomentować jego dobroczynności.
Ucieszyłam się, że kontakt mi się z nim odnowił i zmartwiłam zarazem,bo jestem nadal zbyt istotną dla niego osobą. Jeszcze nie możemy być przyjaciółmi. Jeszcze to będzie bolesne.

Sobota

Coś mnie ruszyło. Nie wiem czemu. Wydawało mi się, że wszystko jest w porządku. Wysłałam smsa do przystojnego surfera, że czasem nie wiem co się dzieje i czuję się zmieszana. Czy my zaczynamy randkować, czy to jest jedynie wygodny układ? Jeśli układ, nie mogę w nim uczestniczyć, bo zbyt mocno mi na nim zależy.
Jego odpowiedź nie ucieszyła mnie. Napiszę więcej. Bardzo zasmuciła. Umówiliśmy się, że porozmawiamy.

Sobota wieczór

Dostaje smsa od chłopaka, który okazał się największym dupkiem jakiego w życiu poznałam. Uslyszałam od niego najgorsze w życiu słowa świadczące o zerowym szacunku. Nie wiem czy pamiętacie chłopaka, który pracował poza miastem, a na Gold Coascie był jedynie przez 9 dni w miesiącu. Zmienił pracę i w momencie kiedy to się stało jego zachowanie również się zmieniło. Zaczął być zazdrosny o wszystkich wokół mnie. Czasem było to na tyle głupie, że aż nie mogłam uwierzyć w to co się dzieje. Był zazdrosny nawet o obce dziewczyny! Po usłyszeniu, że prawdop. jestem bardzo lekkich obyczajów (użył nieco innych słów) powiedziałam grzecznie, ze spokojem w głosie, że nie chce mieć z nim nic wspólnego. Chyba jego męskie ego zbyt mocno ucierpiało, bo udał, że mnie nie rozumie i stwierdził, żę to on nie chce mnie więcej widzieć, bo nasze relacje są zbyt skomplikowane.
No, ale jest sobota wieczór. Dostaje bzdurnego smsa. Odpisuje: "tak właściwie to po co do mnie piszesz?" odpowiedź: "wyślę maila z wyjaśnieniem" Napisał mi, że chciałby zacząć być ze mną. Chciałby zbudować normalny związek. Milczał,bo byłam zła i czekał aż ochłonę. Bardzo dojrzale...
Starałam się mu uzymysłowić z podaniem przykładów, że ja nie chce mieć z nim nic wspólnego. Nastała cisza.
Zapytałam się: "tak właściwie to przeczytałeś maila?"
Odpowiedź: "ja niczego takiego nie powiedziałem. Musiały nastać problemy w komunikowaniu się" No żesz kurw... mać. Mój angielski nie jest najlepszy, ale idiotki ze mnie nikt robić nie będzie. Napisałam mu uprzejmie, że może się spotkamy i porozmawiamy face to face.
"Świetny pomysł i możemy się zobaczyć u mnie w domu późnym piątkowym wieczorem." Zaśmiałam się jak to zobaczyłam!
"Wygodny się zrobiłeś. Możemy się zobaczyć w pubie xyz"
"Czy uważasz, że publiczne miejsce jest odpowiednie?"
"W pobliżu jest plaża. Możemy pójść na spacer"
 Przestała mu odpowiadać wieczorowa pora. Zmienił godzinę na tuż po swojej pracy. I nagle się mnie zapytał, czy zrobiłam sobie profesjonalną sesję zdjęciową (przyszłościowy plan), bo chciałby je zobaczyć. Krew mnie zalała! I nadal jestem zła jak to piszę.

Niedziela

Umówiłam się z Przystojnym Jegomościem na kawę. Strasznie się z tego powodu ucieszyłam, bo zawsze potrafił mi humor poprawić, a miałam nieziemskiego doła. Straciłam tego w którym się zakochałam. Ten, który okazał się totalną stratą czasu okazał się maksymalnym idiotą. A z idiotami to najgorzej, bo nie zdają sobie sprawy z tego na jakim poziomie intelektualnym i umysłowym się znajdują. No, i ten starszy się ponownie pojawił ze słowami nie świadczącymi o zwykłej znajomości.

Poniedziałek

Kawa z Tym, który zawsze mnie pociesza. Zaczął pracować jako life coach. Nadaje się do tego idealnie! Super, że się na to zdecydował! Tylko, że ja nie potrzebowałam przemowy. Ja chciałam spędzić czas z kimś komu ufam i z kim czuje się bezpiecznie. No, niestety, ale po 30 minutach motywacyjnej pogawędki poszedł w swoją stronę. Dostałam pracę domową. Odrobiłam. Wysłałam bardzo szczerego maila. Odpowiedzi nie otrzymałam. Jak to stwierdził, wszystko ma termin ważności i chyba ta znajomość również. A szkoda. Choć patrząc na to co się w jej trakcie działo to i tak super, że się spotkaliśmy.

Środa

Miałam się spotkać na zwykłej kawie z tym starszym. Ucieszyłam się, że się spotkamy tak bez żadnych problemów w tle, bez próśb, bez interesów. Tak, po prostu na kawę.
Miałam być koło 2 w miejscu x.
1:30 sms: utknąłem w pracy zadzwonię za godz.
2:30 ja wysyłam smsa: "no i?"
Telefon: "mam jeszcze jedno spotkanie, Nie wiem kiedy będę wolny. Zadzwonię ponownie za chwilę."
 Zadzwonił. Być może będzie koło 6:00 w domu. Taaaaa.... nic się nie zmieniło. Przypomniałm sobie jak to było... No, ale pojadę. Niestety z interesem. Potrzebuje zdjęcia do paszportu, a on ma fajny sprzęt.

Po tych kilku dniach zdurniałam.