Niebawem będę mogła zacząć pisać kolejnego bloga: "ja i mój skuter"
Swoją Czarną Panterę mam od 10 dni i przygód co nie miara.
Z racji tego, że nigdy nie jeździłam żadnym jednośladem z napędem silnikowym z przerażeniem w oczach starałam się ogarnąć o co chodzi tej diabelnej maszynie osiągającej max 60 km/h (z górki raz udało się i zobaczyłam magiczne 70 km/h)
To co się wydarzyło:
- zatrzymałam się na piaszczystym, dzikim parkingu i... i przewróciłam się. Po prostu. Zatrzymałam się i bach. Ooops. Ja leżę. A raczej się opieram o samochód. Ojoj. Staram się podnieść skuter. Ooops. Kolejna rysa. Ojjj czemu ona jest tak długa? Ojoj! Zostawiłam swoje dane kontaktowe i pojechałam w swoją stronę. Nie minęła godzina zadzwonił właściciel :/ liczyłam na łut szczęścia. Nie tym razem.
Wysłał mi rachunek na ponad 1000$. A ja grzecznie Pana poinformował, że chyba nie mam ubezpieczenia. Ja niczego jeszcze nie załatwiłam, bo nie miałam kiedy, a poprzedni właściciel o niczym nie wspominał więc może dojdziemy do jakiegoś porozumienia. Swoją drogą mogłam uciec i by został z niczym. Uzgodniliśmy, że zapłacę 400$ i sprawa zostanie zamknięta. Miał mi wysłać dane do przelewu. Czekam od kilku dni. Cisza.
- parkuje przed garażem. Garaż został zamieniony na studio fotograficzne więc samochody stoją tuż przy ulicy bądź na podjeździe. Mieszkam w nudnej i nic nie oferującej dzielnicy. Tu nie ma nic. Jest jezioro i Aldi. Nuda jak diabli. Kocham to miejsce. Jest co prawda daleko od centrum, ale jest bezpiecznie, cicho i spokojnie. Nie było mnie całą noc w domu. Wróciłam rano. Otworzyłam drzwi. I tak dziwnie mi się zrobiło. Jakoś za dużo wolnej przestrzeni było wokół mnie. O co chodzi? Nie ma Czarnej Pantery. Obudziłam współlokatorów. Może go przestawili, bo mógł w czymś przeszkadzać. Nie. No to jadę na policję, bo ktoś mi ukradł skuter. Andrew wstąpił do sąsiada. Może ten coś słyszał. Sąsiad jest policjantem. Poinfo, że widział jakiś motorbike w pobliskim parku. Tak! To był mój jednoślad! Idioci nie potrafili go uruchomić więc ładnie go zaparkowali 20 metrów od mojego domu. Co prawda zniszczyli kilka rzeczy, bo chcieli go otworzyć (tak, to jest najlepsze słowo) i od wewnątrz go uruchomić. Nie udało im się więc go zaparkowali. Ładniej niż ja to robię. Policjant poinformował, że powinniśmy całą sprawę zgłosić i czekać na kogoś do ściągnięcia odcisków palców. Czekałam 6 godzin. Nikt nie przyjechał. Po 6 godzinach porozmawiałam z sąsiadem. Zadzwonił w moim imieniu i pytał co się dzieje. 10 minut później policja była na miejscu. A mój skuter został na noc w garażu sąsiada. Miałam go odebrać rano. No, ale nie chciałam nikogo budzić. To, że ja wstaję o nieludzkich godzinach to nie znaczy, że wszyscy mają tak samo przesrane jak ja. Chciałam wstąpić o 11:00 (matko i córko, jest niedziela. Dam człowiekowi poleżeć w łóżku). 10:20 sąsiad puka do drzwi. Naprawił mi skuter i chciał się zapytać kiedy będę mogła go wziąć. Coś niesamowitego. Zaniemówiłam. Jedyne co mówiłam to: "thank you so much! Thank you!"
- dostałam list z banku. Nie mojego banku. O co może chodzić? Zostałam grzecznie poinstruowana, że wraz ze zmianą właściciela jednoślada na ubezpieczeniu będzie widniała inna osoba. Wow! Chce się upewnić w poniedziałek czy wszystko dobrze zrozumiałam. To ubezpieczenie nie jest obowiązkowe! Wow! Nie stracę 400$ Wow!
To takie ostatnie 3 dni z mojego życia :P
sobota, 20 września 2014
czwartek, 18 września 2014
Bez tytułu
Skuter mam od 9 dni. Przejechałam około 500 km. I nadal boję się zawracać. Koszt takiej przejażdżki to ok. 15$ Coś pięknego!
Tylko żegnajcie piwka po pracy i pisanie bloga będąc lekko podchmieloną ha ha :) Na to nie mogę sobie już pozwolić. A szkoda, bo szczerze mi tego brakuje.
Wspomniałam, że praca nie okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie jestem w niej szczęśliwa. Nie dlatego, że jestem nowa i nie mam doświadczenia ani wyrobionej rutyny. Tylko, że gdybym była staruszkiem to nie chciałabym być w tym miejscu. A to nie jest dobre. Moje obowiązki ograniczają się do kontroli pieluchy i przechadzek do toalety.
W pierwszy dzień pierwszy raz w życiu widziałam martwego człowieka i to tak bardzo z bliska. W trzeci dzień jeden z rezydentów miał poważne problemy z żołądkiem i po 8 godzinach męczarni pielęgniarki zdecydowały się, by zadzwonić po pogotowie. Biedny człowiek i biedni my, którzy ciągle się nim opiekowaliśmy.
Nie mam doświadczenia w tym zawodzie. Wiem jedno, że w placówce w której byłam na studenckiej praktyce czułam się jak ryba w wodzie. Było widać, że rezydenci są w niej szczęśliwi i o to chodzi. Przecież to jest ich drugi dom.
W tej ostatnio usłyszałam, że jeden rezydent zmienił placówkę, bo nie był zadowolony. I ja go szczerze rozumiem. Będę dalej resume roznosić. Mam nadzieję, że w nie każdej tak jest. A może moja praktykowa była perełką? A większość wygląda tak jak ta w której jestem zatrudniona? Mam nadzieję, że nie.
Hmm... zmienię nieco temat, by nie smęcić.
Dzisiaj miałam pierwszą lekcję z nowym nauczycielem. Po dwóch miesiącach poszukiwań znalazłam tego jednego, jedynego nauczyciela, który przygotuje mnie do IELTSa :) Yeah!
I zadał mi pytanie, bym napisała krótką pracę na temat: "dlaczego jesteś szczęśliwa?" Odpowiedź: "tylko, że teraz nie jestem szczęśliwa. Byłam. Nie jestem. Będę" I zaczęliśmy rozmawiać. Mój przystojny, 29 letni nauczyciel jest szczęśliwie żonaty, a jego żonka jest wyczekującą przyszłą mamą. Oboje są wyciągnięci jak z obrazka.
Z racji tego, że moja odpowiedź była szczera to i on się otworzył. Usłyszałam, że jest z USA. W AU mieszka od 4 lat i nawet nie myśli o tym by wrócić do kraju. Teraz jest bezrobotny, ale jakoś się tym nie martwi. Wybrał miejsce na drugim końcu miasta, bo: "tu tak ładnie jest. A i moja żona po wizycie u lekarza może pójść na plażę zrelaksować się". Rozmawialiśmy o początkach, o znajomych i o tym wszystkim co się dzieje wokół nas. Stwierdził, że jestem mądra i silna i to czego tutaj doświadczyłam nieodwracalnie mnie zmieniło. A na końcu dodał, że jako zapłatę na następne zajęcia mam przynieść coś do przekąszenia.
Pocieszył mnie w jednym. Przygotował się do zajęć i poszperał w necie info na temat prac pisemnych z IELTS. Znalazł pracę innych, którzy zdawali na poziomie 5pkt. Ja potrzebuje 6, czyli są to te okolice. Usłyszałam: "ja nie rozumiałem o czym oni właściwie pisali. Ciebie rozumiem, jak mówisz i jak piszesz więc nie martw się o ten egzamin" Druga osoba mi to powiedziała. Może wreszcie uwierzę w swój ang :)
Tylko żegnajcie piwka po pracy i pisanie bloga będąc lekko podchmieloną ha ha :) Na to nie mogę sobie już pozwolić. A szkoda, bo szczerze mi tego brakuje.
Wspomniałam, że praca nie okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie jestem w niej szczęśliwa. Nie dlatego, że jestem nowa i nie mam doświadczenia ani wyrobionej rutyny. Tylko, że gdybym była staruszkiem to nie chciałabym być w tym miejscu. A to nie jest dobre. Moje obowiązki ograniczają się do kontroli pieluchy i przechadzek do toalety.
W pierwszy dzień pierwszy raz w życiu widziałam martwego człowieka i to tak bardzo z bliska. W trzeci dzień jeden z rezydentów miał poważne problemy z żołądkiem i po 8 godzinach męczarni pielęgniarki zdecydowały się, by zadzwonić po pogotowie. Biedny człowiek i biedni my, którzy ciągle się nim opiekowaliśmy.
Nie mam doświadczenia w tym zawodzie. Wiem jedno, że w placówce w której byłam na studenckiej praktyce czułam się jak ryba w wodzie. Było widać, że rezydenci są w niej szczęśliwi i o to chodzi. Przecież to jest ich drugi dom.
W tej ostatnio usłyszałam, że jeden rezydent zmienił placówkę, bo nie był zadowolony. I ja go szczerze rozumiem. Będę dalej resume roznosić. Mam nadzieję, że w nie każdej tak jest. A może moja praktykowa była perełką? A większość wygląda tak jak ta w której jestem zatrudniona? Mam nadzieję, że nie.
Hmm... zmienię nieco temat, by nie smęcić.
Dzisiaj miałam pierwszą lekcję z nowym nauczycielem. Po dwóch miesiącach poszukiwań znalazłam tego jednego, jedynego nauczyciela, który przygotuje mnie do IELTSa :) Yeah!
I zadał mi pytanie, bym napisała krótką pracę na temat: "dlaczego jesteś szczęśliwa?" Odpowiedź: "tylko, że teraz nie jestem szczęśliwa. Byłam. Nie jestem. Będę" I zaczęliśmy rozmawiać. Mój przystojny, 29 letni nauczyciel jest szczęśliwie żonaty, a jego żonka jest wyczekującą przyszłą mamą. Oboje są wyciągnięci jak z obrazka.
Z racji tego, że moja odpowiedź była szczera to i on się otworzył. Usłyszałam, że jest z USA. W AU mieszka od 4 lat i nawet nie myśli o tym by wrócić do kraju. Teraz jest bezrobotny, ale jakoś się tym nie martwi. Wybrał miejsce na drugim końcu miasta, bo: "tu tak ładnie jest. A i moja żona po wizycie u lekarza może pójść na plażę zrelaksować się". Rozmawialiśmy o początkach, o znajomych i o tym wszystkim co się dzieje wokół nas. Stwierdził, że jestem mądra i silna i to czego tutaj doświadczyłam nieodwracalnie mnie zmieniło. A na końcu dodał, że jako zapłatę na następne zajęcia mam przynieść coś do przekąszenia.
Pocieszył mnie w jednym. Przygotował się do zajęć i poszperał w necie info na temat prac pisemnych z IELTS. Znalazł pracę innych, którzy zdawali na poziomie 5pkt. Ja potrzebuje 6, czyli są to te okolice. Usłyszałam: "ja nie rozumiałem o czym oni właściwie pisali. Ciebie rozumiem, jak mówisz i jak piszesz więc nie martw się o ten egzamin" Druga osoba mi to powiedziała. Może wreszcie uwierzę w swój ang :)
Kop w tyłek
Długo się zabierałam za napisanie tego postu.
Wiele rzeczy się zmieniło.
- powróciłam do rozmów z adwokatem na temat spraw wizowych. Nadal jestem w bardzo przyjemnej sytuacji, ale myślałam, że cała zabawa będzie tańsza.
- miałam stłuczkę skuterem, a że nie jestem ubezpieczona to sprawa fajnie nie wygląda.
- nowa praca nie okazała się strzałem w dziesiątkę. Potrzebuje doświadczenia więc kilka mcy muszę posiedzieć.
- przez 2 miesiące szukałam nauczyciela angielskiego i mam nadzieję, że wreszcie go znalazłam.
- mój romans dobiegł końca. Absztyfikant nauczył mnie wiele swoją osobą. Niestety, ale nie byłam zbytnio ważna w jego życiu. Ot! kolejna znajoma. On był dla mnie kimś szczególnym. Mój błąd.
Nie nudziłam się przez ten czas. I dobrze. Nie zmarnowałam tych dwóch tygodni.
Nie wiem dlaczego, ale ten miesiąc jest dla mnie szczególny. Zrobiłam olbrzymi krok do przodu w kwestiach zawodowych i osiedlania się . Jak również zrobiłam bardziej prywatne porządki.
Wielu rzeczy nie publikuje na blogu, bo są zbyt prywatne bądź nie dotyczą wyjazdu, a spraw bardziej życiowych i ludzkich. I o tych rozpisuje się w mailach. Niestety nie odpisuje na bieżąco. Przepraszam.
Ostatnio dostałam lekcje od rodziny, znajomych i absztyfikanta. I przyznam, że niektóre mnie zbyt mocno zniszczyły. Zamknęłam się na kilka dni w pokoju i starałam się dojść do siebie. Nie pomogło więc poprosiłam o pomoc tych, którzy byli dla mnie ważni. I ją dostałam.
1. zawsze starałam się pielęgnować znajomości. Przypominać o sobie kiedy zauważyłam, że zbyt długa jest cisza. Zmieniłam to. Jeśli przez x miesięcy osoba, która istniała w moim życiu (jako znajoma, przyjaciel, ktokolwiek) nie odezwała się do mnie to chyba jest znak, że ja nie byłam istotna w jej życiu. Nie jestem w stanie siedzieć całymi dniami i zagajać do każdego znajomego: "co słychać?" Muszę starać się też o tych znajomych tutaj więc siłą rzeczy relacje z wieeeeloma osobami się zmienią, przekształcą bądź urwą.
Nastała tutaj niesamowita niespodzianka. Mailuje z osobami z którymi przez x czasu kontaktu nie miałam, bo po prostu nasze drogi się rozeszły. Za to teraz jest bardzo przyjemnie. Nie mowa tu jedynie o regularnych wiadomościach, ale i o wysłanych raz na jakiś czas pytaniach kontrolnych: "żyjesz? Nic cię jeszcze nie zjadło?" Miło! Dziękuje!
2. nie ciągnij czegoś co trwa długo tylko dlatego, że trwa długo. To bezsensu!
3. nigdy nie zapomnij kim jesteś.
4. naucz się wyłączać emocje. Zwłaszcza w kontaktach z ludźmi, którzy teoretycznie są tobie bliscy.
5. ufaj jedynie sobie.
Wiem, że Ameryki nie odkryłam. Mogłam się tego nauczyć nie ruszając czterech liter. Większość nabyłam wiele lat temu. Tylko , że o niektórych lekcjach zapomniałam. W przeciągu ostatniego roku w pewnym momencie się zgubiłam. Miałam i nadal mam gównianą pracę, ale zaczynałam wyglądać i czuć się jak ma praca. Zapomniałam o mych krótkich spódniczkach, sukienkach, o uśmiechu na twarzy i o tym kim właściwie jestem. Przestałam się sama lubić. Pogrążyłam się w szarzyźnie i melancholii. Trzeba było to zmienić.
Nie będę opisywała każdego z tych punktów, bo to nie jest konieczne. Wiem, że są to istotne lekcje o których częściowo zapomniałam, bo gdzieś się sama w sobie zgubiłam.
Wiele rzeczy się zmieniło.
- powróciłam do rozmów z adwokatem na temat spraw wizowych. Nadal jestem w bardzo przyjemnej sytuacji, ale myślałam, że cała zabawa będzie tańsza.
- miałam stłuczkę skuterem, a że nie jestem ubezpieczona to sprawa fajnie nie wygląda.
- nowa praca nie okazała się strzałem w dziesiątkę. Potrzebuje doświadczenia więc kilka mcy muszę posiedzieć.
- przez 2 miesiące szukałam nauczyciela angielskiego i mam nadzieję, że wreszcie go znalazłam.
- mój romans dobiegł końca. Absztyfikant nauczył mnie wiele swoją osobą. Niestety, ale nie byłam zbytnio ważna w jego życiu. Ot! kolejna znajoma. On był dla mnie kimś szczególnym. Mój błąd.
Nie nudziłam się przez ten czas. I dobrze. Nie zmarnowałam tych dwóch tygodni.
Nie wiem dlaczego, ale ten miesiąc jest dla mnie szczególny. Zrobiłam olbrzymi krok do przodu w kwestiach zawodowych i osiedlania się . Jak również zrobiłam bardziej prywatne porządki.
Wielu rzeczy nie publikuje na blogu, bo są zbyt prywatne bądź nie dotyczą wyjazdu, a spraw bardziej życiowych i ludzkich. I o tych rozpisuje się w mailach. Niestety nie odpisuje na bieżąco. Przepraszam.
Ostatnio dostałam lekcje od rodziny, znajomych i absztyfikanta. I przyznam, że niektóre mnie zbyt mocno zniszczyły. Zamknęłam się na kilka dni w pokoju i starałam się dojść do siebie. Nie pomogło więc poprosiłam o pomoc tych, którzy byli dla mnie ważni. I ją dostałam.
1. zawsze starałam się pielęgnować znajomości. Przypominać o sobie kiedy zauważyłam, że zbyt długa jest cisza. Zmieniłam to. Jeśli przez x miesięcy osoba, która istniała w moim życiu (jako znajoma, przyjaciel, ktokolwiek) nie odezwała się do mnie to chyba jest znak, że ja nie byłam istotna w jej życiu. Nie jestem w stanie siedzieć całymi dniami i zagajać do każdego znajomego: "co słychać?" Muszę starać się też o tych znajomych tutaj więc siłą rzeczy relacje z wieeeeloma osobami się zmienią, przekształcą bądź urwą.
Nastała tutaj niesamowita niespodzianka. Mailuje z osobami z którymi przez x czasu kontaktu nie miałam, bo po prostu nasze drogi się rozeszły. Za to teraz jest bardzo przyjemnie. Nie mowa tu jedynie o regularnych wiadomościach, ale i o wysłanych raz na jakiś czas pytaniach kontrolnych: "żyjesz? Nic cię jeszcze nie zjadło?" Miło! Dziękuje!
2. nie ciągnij czegoś co trwa długo tylko dlatego, że trwa długo. To bezsensu!
3. nigdy nie zapomnij kim jesteś.
4. naucz się wyłączać emocje. Zwłaszcza w kontaktach z ludźmi, którzy teoretycznie są tobie bliscy.
5. ufaj jedynie sobie.
Wiem, że Ameryki nie odkryłam. Mogłam się tego nauczyć nie ruszając czterech liter. Większość nabyłam wiele lat temu. Tylko , że o niektórych lekcjach zapomniałam. W przeciągu ostatniego roku w pewnym momencie się zgubiłam. Miałam i nadal mam gównianą pracę, ale zaczynałam wyglądać i czuć się jak ma praca. Zapomniałam o mych krótkich spódniczkach, sukienkach, o uśmiechu na twarzy i o tym kim właściwie jestem. Przestałam się sama lubić. Pogrążyłam się w szarzyźnie i melancholii. Trzeba było to zmienić.
Nie będę opisywała każdego z tych punktów, bo to nie jest konieczne. Wiem, że są to istotne lekcje o których częściowo zapomniałam, bo gdzieś się sama w sobie zgubiłam.
sobota, 6 września 2014
4 dni
To jest Tybetański Bóg Fortuny.
Ostatnimi czasy chyba mnie pokochał. Choć może to są konsekwencje wcześniej podjętych decyzji? Sama nie wiem. Wiem, że ostatnie 4 dni bardzo mocno zmieniły moje życie.
W środę byłam na rozmowie rekrutacyjnej. Dostałam pracę. Jestem asystentką pielęgniarki. Otworzyło mi to drzwi do zmiany rodzaju wizy i tym samym do stałego pobytu. Jak również lubię ten rodzaj pracy. Pieniądze są marne, ale satysfakcja jest olbrzymia.
Pojawił się jeden minus. Nie mam jak dojechać na pierwszą zmianę. Nie mam tak wczesnych autobusów.
Pierwsza myśl: muszę mieć samochód. Sprawdzam stan konta. Taaa.... chyba jak go sobie narysuję.
Druga myśl: no to się przeprowadzam. Przez ostatnich kilka tygodni nie byłam szczęśliwa w swoim domu. Żyliśmy bardzo oddzielnie. Praktycznie każde po powrocie wchodziło do swojego pokoju i nie rozmawiało z nikim. Zaczęło mnie to męczyć i od pewnego czasu szukałam czegoś. Tylko, że nie znalazłam niczego co by mnie z nóg powaliło. Nie ma sensu zmieniać pokoju za większe pieniądze i gorsze warunki. Jak zaczęłam narzekać coś się stało. Pojechaliśmy na spontana na wycieczkę. Nie rozumiałam 60% tego co mówili, ale atmosfera była bardzo przyjemna. I od tamtej pory powróciliśmy do rozmów. Tylko, że ja nie miałam wyjścia. Albo praca, albo pokój. Oznajmiłam, że się wyprowadzam. Widziałam smutek na twarzy. Po kolejnym szukaniu lokum powiedziałam Kia, żeby przy kolejnej osobie dała większą stawkę. Usłyszałam, że płacę 90$ mniej, niż powinnam. Wiedzieli, że więcej nie byłam w stanie.
Nie spałam całą noc. Myślałam. Rano wysłałam smsa, "ejjj mogę zostać? Znalazłam rozwiązanie! Kupię skuter!" Dzień później kupiłam skuter od policjanta. Nigdy nie jeździłam żadnym jednośladem z napędem silnikowym. Pan wyjaśniał mi wszystko. Pierwsza przejażdżka? Tragiczna! Nie wyczułam niczego. Druga? Już lepsza. Pan zaproponował, że podwiezie mnie do domu, a później wsiądzie w pociąg. Po drodze pojechaliśmy do urzędu zmienić właściciela. Pomógł mi we wszystkim. Dzień później, czyli dzisiaj, kupiłam kask i rękawice. Jutro jadę się uczyć jeździć, a w poniedziałek do pracy. Wszystko na wariackich papierach.
Nie wiedziałam o tym, że płacę znacznie mniej niż powinnam. Fakt, 8 miesięcy temu nie byłam w stanie zapłacić więcej. Od dłuższego czasu mam stabilizację. Wysłałam smsa, że mogę robić większe przelewy. Przeczytałam bardzo miłą odpowiedź: najważniejsze żebym czuła się komfortowo. W czwartek wysłałam 50$ więcej.
Z czerwonym, typowym do motoru kaskiem w rękach weszłam do domu. Drzwi do mojego pokoju były otworzone. Widziałam, że Andrew jest w środku. O co chodzi? Weszłam i zaniemówiłam. Mam nowiutki czerwony dywanik, czarny stolik z czerwoną lampką i kwiatkiem w czerwonej doniczce, biurko i obicie łóżka zmieniło kolor na czerwony. Niesamowitą niespodziankę mi zrobili.
Podjęłam dobrą decyzję. Stałam się bardziej niezależna i mam 20 metrowy pokój za i tak małe pieniądze.
Ostatnimi czasy chyba mnie pokochał. Choć może to są konsekwencje wcześniej podjętych decyzji? Sama nie wiem. Wiem, że ostatnie 4 dni bardzo mocno zmieniły moje życie.
W środę byłam na rozmowie rekrutacyjnej. Dostałam pracę. Jestem asystentką pielęgniarki. Otworzyło mi to drzwi do zmiany rodzaju wizy i tym samym do stałego pobytu. Jak również lubię ten rodzaj pracy. Pieniądze są marne, ale satysfakcja jest olbrzymia.
Pojawił się jeden minus. Nie mam jak dojechać na pierwszą zmianę. Nie mam tak wczesnych autobusów.
Pierwsza myśl: muszę mieć samochód. Sprawdzam stan konta. Taaa.... chyba jak go sobie narysuję.
Druga myśl: no to się przeprowadzam. Przez ostatnich kilka tygodni nie byłam szczęśliwa w swoim domu. Żyliśmy bardzo oddzielnie. Praktycznie każde po powrocie wchodziło do swojego pokoju i nie rozmawiało z nikim. Zaczęło mnie to męczyć i od pewnego czasu szukałam czegoś. Tylko, że nie znalazłam niczego co by mnie z nóg powaliło. Nie ma sensu zmieniać pokoju za większe pieniądze i gorsze warunki. Jak zaczęłam narzekać coś się stało. Pojechaliśmy na spontana na wycieczkę. Nie rozumiałam 60% tego co mówili, ale atmosfera była bardzo przyjemna. I od tamtej pory powróciliśmy do rozmów. Tylko, że ja nie miałam wyjścia. Albo praca, albo pokój. Oznajmiłam, że się wyprowadzam. Widziałam smutek na twarzy. Po kolejnym szukaniu lokum powiedziałam Kia, żeby przy kolejnej osobie dała większą stawkę. Usłyszałam, że płacę 90$ mniej, niż powinnam. Wiedzieli, że więcej nie byłam w stanie.
Nie spałam całą noc. Myślałam. Rano wysłałam smsa, "ejjj mogę zostać? Znalazłam rozwiązanie! Kupię skuter!" Dzień później kupiłam skuter od policjanta. Nigdy nie jeździłam żadnym jednośladem z napędem silnikowym. Pan wyjaśniał mi wszystko. Pierwsza przejażdżka? Tragiczna! Nie wyczułam niczego. Druga? Już lepsza. Pan zaproponował, że podwiezie mnie do domu, a później wsiądzie w pociąg. Po drodze pojechaliśmy do urzędu zmienić właściciela. Pomógł mi we wszystkim. Dzień później, czyli dzisiaj, kupiłam kask i rękawice. Jutro jadę się uczyć jeździć, a w poniedziałek do pracy. Wszystko na wariackich papierach.
Nie wiedziałam o tym, że płacę znacznie mniej niż powinnam. Fakt, 8 miesięcy temu nie byłam w stanie zapłacić więcej. Od dłuższego czasu mam stabilizację. Wysłałam smsa, że mogę robić większe przelewy. Przeczytałam bardzo miłą odpowiedź: najważniejsze żebym czuła się komfortowo. W czwartek wysłałam 50$ więcej.Z czerwonym, typowym do motoru kaskiem w rękach weszłam do domu. Drzwi do mojego pokoju były otworzone. Widziałam, że Andrew jest w środku. O co chodzi? Weszłam i zaniemówiłam. Mam nowiutki czerwony dywanik, czarny stolik z czerwoną lampką i kwiatkiem w czerwonej doniczce, biurko i obicie łóżka zmieniło kolor na czerwony. Niesamowitą niespodziankę mi zrobili.
Podjęłam dobrą decyzję. Stałam się bardziej niezależna i mam 20 metrowy pokój za i tak małe pieniądze.
367 dni.
367 dni temu mieszkałam wraz z rodziną Australijską. Z asystentką pielęgniarki i drobnym dorobkiewiczem. Pokój nie powalał z nóg, szafa nie miała półek więc wszystko trzymałam w walizce. Było zagwarantowane jedzenie, ale Sylwia była tak nędzną kucharką i porcje były na tyle małe, że trzeba było się dokarmiać, ale i tak schudłam kilka kilo.
Z przerażeniem w oczach chłonęłam jak gąbka wszystko to co się wokół mnie działo. Wiedziałam, że o starej rutynie musiałam zapomnieć, ale jeszcze nie wiedziałam czym ją zastąpić. Uczyłam się języka, kultury i kraju.
Dzisiaj znalazłam notatki z pierwszej mojej pracy. Dotyczą zarobków: 100 - 150$ tygodniowo. Wow! I wielkie plany na co wydać te kokosy. Czy dam radę uzbierać na szkołę? Czy też nie? Nadal momentami dziwię się jakim cudem dawałam radę.
Z racji tego, że wyjechałam w pojedynkę to starałam się szybko znaleźć kogoś komu mogłabym zaufać. Nie mówię tu o związku. Zależało mi na przyjaźni. Bardzo się przejeżdżałam na ludziach. Do tego stopnia, że czasem przechodziłam na drugą stronę ulicy, by z kimś nie rozmawiać. Wychodziły na wierzch najpaskudniejsze cechy charakteru jak zawiść, zazdrość i mściwość. Słyszałam za swoimi plecami podłości, bo znalazłam pracę i się z kimś związałam.
Raz siedząc przy piwie: "o emigracji dużo się słyszy i teoretycznie wie się wiele. Tylko to trzeba odczuć na własnej skórze jak czasami jest ciężko." Racja. Były momenty kiedy chciałam wracać do kraju. Kiedy płakałam wieczorem. Kiedy czułam się bezsilna.
Były i mam nadzieję, że nie wrócą.
Teraz to i ja jestem asystentką pielęgniarki. I mieszkam w lepszym standardzie niż wyżej opisany dom. Zarobki znaaaaaacznie się zwiększyły. A i przestałam się przejeżdżać na ludziach. Teraz jestem już spokojna o wszystko. O wizę, o szkołę i o karnet na siłownie, by zawsze znaleźć choć odrobinę czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Od jakiegoś czasu słyszę, że wypiękniałam. Miłe to bardzo! Tylko, że ja się nie zmieniłam. Jedynie włosy mi urosły. Ot co! Jedna rzecz się zmieniła. Jestem szczęśliwa! Po prostu.
"Teraz tutaj szukam szczęścia i swojego miejsca. Może je znajdę :)" - napisałam to rok temu. Znalazłam je :)
czwartek, 4 września 2014
365 dni w Oz :D
Yeah!!!
I to na dzisiaj byłoby na tyle. Jutro w pociągu opiszę znacznie więcej, bo wieeeele się wydarzyło. Tylko nie miałam kiedy usiąść i na spokojnie podziubać :)
See you!!!
I to na dzisiaj byłoby na tyle. Jutro w pociągu opiszę znacznie więcej, bo wieeeele się wydarzyło. Tylko nie miałam kiedy usiąść i na spokojnie podziubać :)
See you!!!
środa, 20 sierpnia 2014
Wrócić czy nie
4 września otrzymam dokument potwierdzający moje umiejętności opiekowania się crazy old people :)
I dla mnie to też nieco magiczna data, bo równo rok wcześniej siedziałam w samolocie i z przerażeniem w oczach liczyłam godziny do postawienia nóg na trwałym lądzie.
Jak zwykle nie cierpiałam na nudę, ale to bardziej z powodów prywatnych niż rozwojowych.
Pracowo nic się nie ruszyło, a wręcz przeciwnie. W Hiltonie nastąpiła pełna eksploatacja pracownika, a co za tym idzie codziennie widziałam kogoś z łzami w oczach. Stwierdzono, że jeśli pracują 3 osoby w teamie to pokój do totalnego sprzątnięcia powinien być skończony w przeciągu 15 minut. A to, że 3 osoba to świeżak dla którego jest to 2 dzień pracy jest to mało istotne. Tak więc ludzie pracowali po 3-5 godzin dłużej za darmo. Nie sposób sprzątnąć 5 check-otów, 7 serwisów po arabskich klientach w przeciągu 3 godzin. Fizycznie awykonalne. Tylko czemu ja jako jedyna się postawiłam i stwierdziłam, że albo płacą mi za normalny czas pracy albo odchodzę? Inni płakali po kątach. Ja się stawiłam i mam! Normalną stawkę.
Na gwałt szukam pracy w zawodzie. Niestety placówki nie są blisko siebie położone więc w ciągu jednego dnia jestem w stanie rozwieść 3-4 resume. Nie jest to dużo, ale zawsze to coś. Nie siedzę i nic nie robię.
A życie prywatne jak zwykle mi się komplikuje. W jednym dniu jest super i wyśmienicie, a w kolejnym mam ochotę wybić połowę ludzkości więc nie patrząc na przeciwności losu rogal na twarzy, słuchawki w uszach i do przodu. Skutkuje! Słyszałam od osoby, która zna mnie od prawie samego początku mego pobytu, że wyglądam na szczęśliwą. A czy jestem? Gdyby udało mi się rozwiązać jedną sprawę byłabym, ale na odległość nie potrafię. A inna zmierza ku dobremu, ale małymi i powolnymi kroczkami.
A czy chce wrócić do kraju na święta?
Nie i nie wrócę na święta. Jeśli bym wróciła to po świętach, bo bilety lotnicze będą tańsze.
Sprawy dla których chce wrócić:
- IELTS wcześniej wspomniany, który najprawdop. nie będzie zorganizowany we Wrocławiu, czyli musiałabym się przemieszczać
- dentysta, 1800$ piechotą nie chodzi
- chciałabym spędzić Sylwestra ze znajomymi
- zamknąć konta bankowe, online tego nie zrobię. Niestety, ale przestały być bezpłatne.
Sprawy dla których nie chce wrócić:
- 27 godzin lotu w jedną stronę (jest to najkrótszy lot)
- 2000$ przed chwilą sprawdzałam koszta biletu
- i nie wiem czy jest sens przylotu. Znajomi znajomymi, ale będę zmęczona i ciągle w biegu. Nie wiem czy chce.
I dla mnie to też nieco magiczna data, bo równo rok wcześniej siedziałam w samolocie i z przerażeniem w oczach liczyłam godziny do postawienia nóg na trwałym lądzie.
Jak zwykle nie cierpiałam na nudę, ale to bardziej z powodów prywatnych niż rozwojowych.
Pracowo nic się nie ruszyło, a wręcz przeciwnie. W Hiltonie nastąpiła pełna eksploatacja pracownika, a co za tym idzie codziennie widziałam kogoś z łzami w oczach. Stwierdzono, że jeśli pracują 3 osoby w teamie to pokój do totalnego sprzątnięcia powinien być skończony w przeciągu 15 minut. A to, że 3 osoba to świeżak dla którego jest to 2 dzień pracy jest to mało istotne. Tak więc ludzie pracowali po 3-5 godzin dłużej za darmo. Nie sposób sprzątnąć 5 check-otów, 7 serwisów po arabskich klientach w przeciągu 3 godzin. Fizycznie awykonalne. Tylko czemu ja jako jedyna się postawiłam i stwierdziłam, że albo płacą mi za normalny czas pracy albo odchodzę? Inni płakali po kątach. Ja się stawiłam i mam! Normalną stawkę.
Na gwałt szukam pracy w zawodzie. Niestety placówki nie są blisko siebie położone więc w ciągu jednego dnia jestem w stanie rozwieść 3-4 resume. Nie jest to dużo, ale zawsze to coś. Nie siedzę i nic nie robię.
A życie prywatne jak zwykle mi się komplikuje. W jednym dniu jest super i wyśmienicie, a w kolejnym mam ochotę wybić połowę ludzkości więc nie patrząc na przeciwności losu rogal na twarzy, słuchawki w uszach i do przodu. Skutkuje! Słyszałam od osoby, która zna mnie od prawie samego początku mego pobytu, że wyglądam na szczęśliwą. A czy jestem? Gdyby udało mi się rozwiązać jedną sprawę byłabym, ale na odległość nie potrafię. A inna zmierza ku dobremu, ale małymi i powolnymi kroczkami.
A czy chce wrócić do kraju na święta?
Nie i nie wrócę na święta. Jeśli bym wróciła to po świętach, bo bilety lotnicze będą tańsze.
Sprawy dla których chce wrócić:
- IELTS wcześniej wspomniany, który najprawdop. nie będzie zorganizowany we Wrocławiu, czyli musiałabym się przemieszczać
- dentysta, 1800$ piechotą nie chodzi
- chciałabym spędzić Sylwestra ze znajomymi
- zamknąć konta bankowe, online tego nie zrobię. Niestety, ale przestały być bezpłatne.
Sprawy dla których nie chce wrócić:
- 27 godzin lotu w jedną stronę (jest to najkrótszy lot)
- 2000$ przed chwilą sprawdzałam koszta biletu
- i nie wiem czy jest sens przylotu. Znajomi znajomymi, ale będę zmęczona i ciągle w biegu. Nie wiem czy chce.
czwartek, 7 sierpnia 2014
Yeah! Kolejny krok do przodu!
Skończyłam!!! Skończyłam kurs!!! Definitywnie!!! Przepracowałam za darmo 80 godzin. Nauczyłam się wiele (i tu nie żartuje). Oddałam wszelkie assessmenty i teraz czekam na magiczny moment wręczenia mi certyfikatu. Niestety poczekam kilka tygodni. Nie mam bladego pojęcia dlaczego tak długo. Nikomu w mej szkole się nie spieszy.
Kolejny plan:
- 2015 własna działalność
- 2016 rezydent
- 2016 przylot do Polski celem wymeldowania się
- 2016/2017 powrót na uniwersytet i zrobienie doktoratu
Tak, to jest dobry plan :)
Odetchnęłam z ulgą. Ostatnie półtora miesiąca były dla mnie bardzo mocno pracowite. Teraz mogę odetchnąć i nadrobić wszelkie zaległości towarzyskie i te poprawiające nastrój :)
Teraz zostało mi jedynie poprawienie swojego CV i wysyłanie wszem i wobec info, że chętnie pomogę przy opiece nad crazy old people :D ha ha :D cieszę się jak dziecko na gwiazdkę. Nigdy nie sądziłam, że tego typu praca będzie mi się podobała. Jest to mocna dla mnie zmiana. Z pracownika Gazety Wyborczej oraz po 6 letnim doświadczeniu w finansach stałam się opiekunem schorowanych staruszków kalibru najstraszniejszego :D I like it! :) Bez problemu uzyskałam referencje od managera oraz od care-workera. Mam nadzieję, że to mi pomoże w znalezieniu nowego pracodawcy.
Relacje damsko-męskie chyba też ogarnęłam. I jesteśmy na etapie bliższego poznawania się jako przyjaciele. Są dwa rozwiązania albo przyjaźń zmieni się w coś ciekawszego albo będziemy bardzo dobrymi znajomymi. Obie sytuacje bardzo mnie cieszą. Choć jak go wczoraj zobaczyłam w zamszowej marynarce to przyznam, że zaniemówiłam. Tak, jestem prostą konstrukcją kobiety ha ha
I to by było na tyle z cyklu: "tandetny romans part2" :D
Kolejny plan:
- 2015 własna działalność
- 2016 rezydent
- 2016 przylot do Polski celem wymeldowania się
- 2016/2017 powrót na uniwersytet i zrobienie doktoratu
Tak, to jest dobry plan :)
czwartek, 31 lipca 2014
Wyrwane z kontekstu :)
"Hej,
trafiłem na Twojego bloga już parę miesięcy temu, ale odkładałem ciągle go na później. Dopiero dziś znalazłem czas by przeczytać wszystko od początku.
Bardzo fajnie się to czytało. Gratuluję wytrwałości, fajnie że walczysz i nie chcesz wracać :) Trzymam kciuki za udane zakończenie historii z wizą studencką i za znalezienie pracy bardziej związaną z zawodem/wykształceniem!
Zyskałaś stałego czytelnika :)
Pozdrawiam!
P.S. Też miałem wiele lat temu emigracyjne historie (UK i Irlandia) i wiem jak dużo uczą różne własne błędy, czy niepowodzenia, i ile satysfakcji daje gdy wreszcie wszystko układa się po naszej myśli.
Ale w końcu wróciłem do PL, w którym nie jest moim zdaniem wcale tak strasznie jak to wszyscy mówią. Po odwiedzeniu i poznaniu ludzi z przeróżnych zakątków świata mam wrażenie, że wszędzie jest mniej więcej tak samo... W każdym kraju są fajni i beznadziejni ludzie, w każdym kraju możesz być milionerem i biedakiem, i w każdym kraju znajdziesz wszystkie odcienie szarości pomiędzy bielą a czernią w praktycznie każdej dziedzinie ;)
Jedynie klimat i pogoda, no i kulturowe różnice, są spore (ale i to nie zawsze w dobie totalnej globalizacji). I to przez nie czasem myślę o Australii. Nie cierpiałem pogody w UK/Irlandii, ta polska też mi niezbyt odpowiada. Brak śniegu by mi pasował :) We wszystkich badaniach wychodzi, że najszczęśliwsi ludzie są w krajach najbardziej słonecznych, a nie najbogatszych :) Ehhh, może jeszcze kiedyś zawitam do AU."
trafiłem na Twojego bloga już parę miesięcy temu, ale odkładałem ciągle go na później. Dopiero dziś znalazłem czas by przeczytać wszystko od początku.
Bardzo fajnie się to czytało. Gratuluję wytrwałości, fajnie że walczysz i nie chcesz wracać :) Trzymam kciuki za udane zakończenie historii z wizą studencką i za znalezienie pracy bardziej związaną z zawodem/wykształceniem!
Zyskałaś stałego czytelnika :)
Pozdrawiam!
P.S. Też miałem wiele lat temu emigracyjne historie (UK i Irlandia) i wiem jak dużo uczą różne własne błędy, czy niepowodzenia, i ile satysfakcji daje gdy wreszcie wszystko układa się po naszej myśli.
Ale w końcu wróciłem do PL, w którym nie jest moim zdaniem wcale tak strasznie jak to wszyscy mówią. Po odwiedzeniu i poznaniu ludzi z przeróżnych zakątków świata mam wrażenie, że wszędzie jest mniej więcej tak samo... W każdym kraju są fajni i beznadziejni ludzie, w każdym kraju możesz być milionerem i biedakiem, i w każdym kraju znajdziesz wszystkie odcienie szarości pomiędzy bielą a czernią w praktycznie każdej dziedzinie ;)
Jedynie klimat i pogoda, no i kulturowe różnice, są spore (ale i to nie zawsze w dobie totalnej globalizacji). I to przez nie czasem myślę o Australii. Nie cierpiałem pogody w UK/Irlandii, ta polska też mi niezbyt odpowiada. Brak śniegu by mi pasował :) We wszystkich badaniach wychodzi, że najszczęśliwsi ludzie są w krajach najbardziej słonecznych, a nie najbogatszych :) Ehhh, może jeszcze kiedyś zawitam do AU."
Dziękuje za ten komentarz.
Zwłaszcza za:
"PL, w którym nie jest moim zdaniem wcale tak strasznie jak to wszyscy mówią. Po odwiedzeniu i poznaniu ludzi z przeróżnych zakątków świata mam wrażenie, że wszędzie jest mniej więcej tak samo... W każdym kraju są fajni i beznadziejni ludzie, w każdym kraju możesz być milionerem i biedakiem, i w każdym kraju znajdziesz wszystkie odcienie szarości pomiędzy bielą a czernią w praktycznie każdej dziedzinie ;)"
Nigdy nie uważałam, że Polska jest złym krajem. Miałam tam dobre życie. I trochę nie rozumiem malkontentów siedzących na 4 literach i zrzędzących na wszystko wokoło. Jak jest tak źle to rusz się i zmień coś. Tylko to wymaga wysiłku i odwagi, bo zawsze jest związane z podjęciem ryzyka i możliwą porażką oraz stratą czasu :)
Trzymam kciuki za wszystkich!!!
wtorek, 29 lipca 2014
Babskie pierdy...
Powieje babskimi pierdołami, ale po prostu mam potrzebę wyrzucenia z siebie wszelkich niedokończonych w mej głowie historii damsko-męskich.
Byłam w związku ze znacznie starszym od siebie panem przy którym to ja byłam tą bardziej dojrzalszą i bardziej przewidującą. Momentami zupełnie nie rozumiałam jego irracjonalnego i dziecinnego spojrzenia na świat. No, ale jeśli przetrwał te swoje 49 lat to jakoś mu się wszystko układało. Do czasu aż do drzwi zapukał bank. Jakiś czas temu chciałam się z nim spotkać, by porozmawiać na jeden jego dotyczący temat. Usłyszałam absurdalną wymówkę i falę narzekań na zły i okrutny świat. Jednym słowem dramat w dramacie przeplatany dramatem. Ucieszyłam się, że w tym wszystkim nie uczestniczę, że to mnie nie dotyczy. Nie jesteśmy nawet znajomymi. Nie jest to możliwe.
W podobnym do tego dnia, czyli siedząc w ulubionej knajpie i pijąc kawę bądź piwo oraz dziubając to i owo na kompie dosiadł się do mnie przystojny jegomość. Tekst na który mnie wyrwał był najgłupszym tekstem jaki kiedykolwiek słyszałam. No, ale zaczęliśmy rozmawiać i się polubiliśmy. Tylko gubię się w tych relacjach. Nie wiem co jest jego grą, a co nie. Jest to typ człowieka, który ciągle się bawi dziewczynami. Spędziliśmy kilka wspólnych wieczorów, gdzie zaczął budować zaufanie, by po chwili je zburzyć. Po czym w momencie kiedy zobaczył mnie z innym zaczął się zbyt mocno interesować moim kompanem zadając mu coraz to mniej kulturalne pytania dotyczące sfer zarobków, rodziny oraz warunków bytowych. Dosłownie tuż po: "hi, I'm X" nastąpiła salwa pytań. Na końcu wysłał mi wiadomość, że jest to świetny facet i żebym nie pozwoliła mu odejść. A kiedy dowiedział się, że jest koniec z ów 'świetnym gościem' jegomość dopytywał co poszło nie tak i czego chce, by na końcu prawie, że szepcząc stwierdzić, że powinnam znaleźć sobie kogoś dobrego, by nie grać w takie gry w jakie on gra. Zapytałam się czemu nie skończy z nimi, usłyszałam wymijającą odpowiedź.
A świetny gość? Facet codziennie rano wysyłał mi wiadomość, że tęskni za mną. Raz szybko nie zareagowałam to dostałam odpowiedź: "ojjj... nie odpowiedziałaś, nie tęsknisz za mną?" Po tkliwych tanich tekstach były smsy treści: "co robisz?" "zajęta jesteś?" I tak kilka razy w ciągu dnia. Wyjaśniłam mu, że potrzebuje swobody i przestrzeni. Stwierdził, że to rozumie i dalej robił swoje. Najlepsze było to jak usłyszałam, że chce mnie widzieć codziennie i planuje polecieć w grudniu ze mną do Polski, by poznać moich rodziców oraz, że jestem ważną osobą w jego życiu. Wszystko byłoby świetne, ale znaliśmy się dwa tygodnie. Powtórzę dwa tygodnie. Zgadzał się na wszystko co powiedziałam. Nawet wtedy kiedy się z nim rozstawałam, a niestety wybrałam najgorszy z możliwych momentów, usłyszałam: "jeśli będziesz szczęśliwa to i ja będę". Wkurzona zapytałam się: "co jest z Tobą nie tak?". Odpowiedź: "chce by byś była szczęśliwa" Po czym zobaczyłam łzy w oczach. Zawsze jak druga strona stwierdza: 'fajnie było, dziękuje i do widzenia" nigdy przez gardło, by mi nie przeszło: "chce byś był szczęśliwy".
Przyznam, że straciłam rozeznanie. I łudzę się, że jak wypluje z siebie to co mi na wątrobie leży to dojdę do jakiegoś ładu.
Byłam w związku ze znacznie starszym od siebie panem przy którym to ja byłam tą bardziej dojrzalszą i bardziej przewidującą. Momentami zupełnie nie rozumiałam jego irracjonalnego i dziecinnego spojrzenia na świat. No, ale jeśli przetrwał te swoje 49 lat to jakoś mu się wszystko układało. Do czasu aż do drzwi zapukał bank. Jakiś czas temu chciałam się z nim spotkać, by porozmawiać na jeden jego dotyczący temat. Usłyszałam absurdalną wymówkę i falę narzekań na zły i okrutny świat. Jednym słowem dramat w dramacie przeplatany dramatem. Ucieszyłam się, że w tym wszystkim nie uczestniczę, że to mnie nie dotyczy. Nie jesteśmy nawet znajomymi. Nie jest to możliwe.
W podobnym do tego dnia, czyli siedząc w ulubionej knajpie i pijąc kawę bądź piwo oraz dziubając to i owo na kompie dosiadł się do mnie przystojny jegomość. Tekst na który mnie wyrwał był najgłupszym tekstem jaki kiedykolwiek słyszałam. No, ale zaczęliśmy rozmawiać i się polubiliśmy. Tylko gubię się w tych relacjach. Nie wiem co jest jego grą, a co nie. Jest to typ człowieka, który ciągle się bawi dziewczynami. Spędziliśmy kilka wspólnych wieczorów, gdzie zaczął budować zaufanie, by po chwili je zburzyć. Po czym w momencie kiedy zobaczył mnie z innym zaczął się zbyt mocno interesować moim kompanem zadając mu coraz to mniej kulturalne pytania dotyczące sfer zarobków, rodziny oraz warunków bytowych. Dosłownie tuż po: "hi, I'm X" nastąpiła salwa pytań. Na końcu wysłał mi wiadomość, że jest to świetny facet i żebym nie pozwoliła mu odejść. A kiedy dowiedział się, że jest koniec z ów 'świetnym gościem' jegomość dopytywał co poszło nie tak i czego chce, by na końcu prawie, że szepcząc stwierdzić, że powinnam znaleźć sobie kogoś dobrego, by nie grać w takie gry w jakie on gra. Zapytałam się czemu nie skończy z nimi, usłyszałam wymijającą odpowiedź.
A świetny gość? Facet codziennie rano wysyłał mi wiadomość, że tęskni za mną. Raz szybko nie zareagowałam to dostałam odpowiedź: "ojjj... nie odpowiedziałaś, nie tęsknisz za mną?" Po tkliwych tanich tekstach były smsy treści: "co robisz?" "zajęta jesteś?" I tak kilka razy w ciągu dnia. Wyjaśniłam mu, że potrzebuje swobody i przestrzeni. Stwierdził, że to rozumie i dalej robił swoje. Najlepsze było to jak usłyszałam, że chce mnie widzieć codziennie i planuje polecieć w grudniu ze mną do Polski, by poznać moich rodziców oraz, że jestem ważną osobą w jego życiu. Wszystko byłoby świetne, ale znaliśmy się dwa tygodnie. Powtórzę dwa tygodnie. Zgadzał się na wszystko co powiedziałam. Nawet wtedy kiedy się z nim rozstawałam, a niestety wybrałam najgorszy z możliwych momentów, usłyszałam: "jeśli będziesz szczęśliwa to i ja będę". Wkurzona zapytałam się: "co jest z Tobą nie tak?". Odpowiedź: "chce by byś była szczęśliwa" Po czym zobaczyłam łzy w oczach. Zawsze jak druga strona stwierdza: 'fajnie było, dziękuje i do widzenia" nigdy przez gardło, by mi nie przeszło: "chce byś był szczęśliwy".
Przyznam, że straciłam rozeznanie. I łudzę się, że jak wypluje z siebie to co mi na wątrobie leży to dojdę do jakiegoś ładu.
poniedziałek, 28 lipca 2014
Rozmawiając
Jakiś czas temu zadzwonił do mnie młody, przystojny i szalony Ktoś. Rozmawialiśmy dość długo na temat życia w AU, czyli o pracy, warunkach bytowych, szkołach oraz znajomych.
To co zauważyłam pod sam koniec rozmowy to, że nie przedstawiałam pięknego obrazu. Nie opisywałam cudowności tego kraju, wspaniałości mieszkających ludzi i wszelkich niesamowitości. Momentami nie jest różowo i to nie dlatego, że angielski nie jest na satysfakcjonującym poziomie bądź że jestem niezaradna.
Ten kraj jest inny niż UE. Trzeba się go nauczyć i:
#1 po rozmowie z 30letnim Turkiem. Przyjechał tu mając 25 lat z zerową znajomością angielskiego. Teraz jest właścicielem dwóch kawiarni w Brisbane. I jutro go odwiedzę :) Stwierdził, że długo będzie pamiętał pierwsze miesiące jak wszystko było dla niego inne. Inny akcent, inne zwyczaje, inne życie. Było to bolesne. Nawet bardzo. Zwłaszcza wtedy kiedy miał 4 prace po to, by opłacić szkołę. Opłaciło się. Nauczył się wiele. Przede wszystkim dążenia do celu.
#2 Chorwat. Przyleciał tu 20lat temu. Krótko skwitował: "do końca życia będę pamiętał pierwsze 9 miesięcy" Facet ma Alzheimera i nadal je pamięta. Dały mu w kość.
# Irańczyk. Lat około 30. Prawnik. Długo rozmawialiśmy o: "wiem na jakim etapie jesteś. Masz dobre wykształcenie i miałaś dobre życie. Tu jesteś nikim. Jak ja przyleciałem to pracowałem w restauracji i jako sprzątacz, by szkołę opłacić. Teraz wiem po co to robiłem. Musisz to przetrwać."
#4 jego brat. Mega przystojny i zabawny informatyk. Miał nieco lżej, bo nie był tu w pojedynkę. Jak usłyszał, że jestem tu niecały rok natychmiast zadeklarował się, że pomoże. I stał mi się bliską osobą. Pomimo, że miałam ochotę go zabić.
Takich historii mogę przytoczyć więcej.
Jest tu inaczej niż w UK czy w innych krajach europejskich. Co nie znaczy, że jest źle.
Jest to kolejna drobna przestroga.
Australia ma niesamowicie mocno rozbudowane kampanie marketingowe i kojarzy się jako raj na ziemi. Nie do końca tak jest. Jest lżej niż w Polsce, ale rajem tego nie nazwę. Jeszcze nie. I widzicie na powyższych, że początki nie należą do najprzyjemniejszych.
To co zauważyłam pod sam koniec rozmowy to, że nie przedstawiałam pięknego obrazu. Nie opisywałam cudowności tego kraju, wspaniałości mieszkających ludzi i wszelkich niesamowitości. Momentami nie jest różowo i to nie dlatego, że angielski nie jest na satysfakcjonującym poziomie bądź że jestem niezaradna.
Ten kraj jest inny niż UE. Trzeba się go nauczyć i:
#1 po rozmowie z 30letnim Turkiem. Przyjechał tu mając 25 lat z zerową znajomością angielskiego. Teraz jest właścicielem dwóch kawiarni w Brisbane. I jutro go odwiedzę :) Stwierdził, że długo będzie pamiętał pierwsze miesiące jak wszystko było dla niego inne. Inny akcent, inne zwyczaje, inne życie. Było to bolesne. Nawet bardzo. Zwłaszcza wtedy kiedy miał 4 prace po to, by opłacić szkołę. Opłaciło się. Nauczył się wiele. Przede wszystkim dążenia do celu.
#2 Chorwat. Przyleciał tu 20lat temu. Krótko skwitował: "do końca życia będę pamiętał pierwsze 9 miesięcy" Facet ma Alzheimera i nadal je pamięta. Dały mu w kość.
# Irańczyk. Lat około 30. Prawnik. Długo rozmawialiśmy o: "wiem na jakim etapie jesteś. Masz dobre wykształcenie i miałaś dobre życie. Tu jesteś nikim. Jak ja przyleciałem to pracowałem w restauracji i jako sprzątacz, by szkołę opłacić. Teraz wiem po co to robiłem. Musisz to przetrwać."
#4 jego brat. Mega przystojny i zabawny informatyk. Miał nieco lżej, bo nie był tu w pojedynkę. Jak usłyszał, że jestem tu niecały rok natychmiast zadeklarował się, że pomoże. I stał mi się bliską osobą. Pomimo, że miałam ochotę go zabić.
Takich historii mogę przytoczyć więcej.
Jest tu inaczej niż w UK czy w innych krajach europejskich. Co nie znaczy, że jest źle.
Jest to kolejna drobna przestroga.
Australia ma niesamowicie mocno rozbudowane kampanie marketingowe i kojarzy się jako raj na ziemi. Nie do końca tak jest. Jest lżej niż w Polsce, ale rajem tego nie nazwę. Jeszcze nie. I widzicie na powyższych, że początki nie należą do najprzyjemniejszych.
czwartek, 17 lipca 2014
To w czym jesteśmy lepsi!
Żeby nie było, że jedynie smęcę. To co my mamy, a oni nie mają:
- przyjazną pasażerowi komunikację miejską. Ok, kierowcy są najczęściej mili, ale autobusy jeżdżą jak im się podoba. Średnio jeden na półgodziny.
Miał być tramwaj. Wielka i potwornie droga inwestycja. Jeden przystanek końcowy jest na wygwizdowiu, a z drugiego trzeba się przejść min 5 minut do autobusu, czyli totalny bezsens. Najlepsze jest to, że pusty tramwaj po mieście kursuje od dobrych 2 mcy, bo mają w durny sposób skonstruowane prawo. Przez bodajże 2 tygodnie tramwaj bez najmniejszej awarii bądź zgrzytu ma non stop jeździć. Jest to nierealne. No i najważniejsze: komunikacja publiczna jest droga.
- duuuuży wybór asortymentu w sklepach. Tęskno mi za 50 rodzajami kawy w markecie. Tu z rozpuszczalnych mam do wyboru: słabą australijską, Nescafe i jeszcze coś.
Nie ma konkurencyjności: sklepy spożywcze to: 2 kolosy (Coles i Woolworth) i 3 mniejsze (Aldi, 711, Iga). Aldi jest najtańszy, ale nie ma takiego wyboru jak duopoliści, którzy robią co chcą.
- Internet - już się przyzwyczaiłam, ale ich najszybsze łącze dla nas jest standardem :) Podobnie sprawa wygląda z zasięgiem sieci komórkowych.
- wyższy poziom edukacji. Jestem w collegu i jest to dobry test mojego angielskiego, ale poza tym to ja się nie uczę niczego nowego. Zadania domowe jakie dostajemy są skonstruowane jak dla idiotów. Podobnie sprawa wygląda z innym kierunkiem. Przykład pytania: "jakie dokumenty musisz mieć na rozmowie rekrutacyjnej? Wyjaśnij dlaczego.", "co musisz wiedzieć, by kupić drukarkę? I gdzie zdobędziesz niezbędne informacje?"
- przyjazną pasażerowi komunikację miejską. Ok, kierowcy są najczęściej mili, ale autobusy jeżdżą jak im się podoba. Średnio jeden na półgodziny.
Miał być tramwaj. Wielka i potwornie droga inwestycja. Jeden przystanek końcowy jest na wygwizdowiu, a z drugiego trzeba się przejść min 5 minut do autobusu, czyli totalny bezsens. Najlepsze jest to, że pusty tramwaj po mieście kursuje od dobrych 2 mcy, bo mają w durny sposób skonstruowane prawo. Przez bodajże 2 tygodnie tramwaj bez najmniejszej awarii bądź zgrzytu ma non stop jeździć. Jest to nierealne. No i najważniejsze: komunikacja publiczna jest droga.
- duuuuży wybór asortymentu w sklepach. Tęskno mi za 50 rodzajami kawy w markecie. Tu z rozpuszczalnych mam do wyboru: słabą australijską, Nescafe i jeszcze coś.
Nie ma konkurencyjności: sklepy spożywcze to: 2 kolosy (Coles i Woolworth) i 3 mniejsze (Aldi, 711, Iga). Aldi jest najtańszy, ale nie ma takiego wyboru jak duopoliści, którzy robią co chcą.
- Internet - już się przyzwyczaiłam, ale ich najszybsze łącze dla nas jest standardem :) Podobnie sprawa wygląda z zasięgiem sieci komórkowych.
- wyższy poziom edukacji. Jestem w collegu i jest to dobry test mojego angielskiego, ale poza tym to ja się nie uczę niczego nowego. Zadania domowe jakie dostajemy są skonstruowane jak dla idiotów. Podobnie sprawa wygląda z innym kierunkiem. Przykład pytania: "jakie dokumenty musisz mieć na rozmowie rekrutacyjnej? Wyjaśnij dlaczego.", "co musisz wiedzieć, by kupić drukarkę? I gdzie zdobędziesz niezbędne informacje?"
poniedziałek, 14 lipca 2014
Bo zupa była za słona :)
Dobra, ja też zrobiłam sobie sweet focie w lustrze. Do wyboru miałam 6 zdjęć (3 w okularach i 3 bez) i z tych wybrałam po jednym.
Na dowód, że już nie wyglądam jak pobita.
A jak oko?
Męczy się bardziej niż drugie. I jest inaczej. Przejdę się ponownie do okulisty. Tuż po wypadku szef powiedział żebym zbierała wszelkie paragony, bo mi w 100% zwrócą wszystkie pokryte przeze mnie koszta. Zmienili zdanie. Jutro będę miała z nim kolejną rozmowę, bo temat zaczyna mnie irytować. Za wizyty u lekarzy muszą mi zwrócić. Za leczenie (kupienie lekarstw) powinni, ale tu nie jestem pewna.
A propos kosztów opieki zdrowotnej. Inny specjalista. Stomatolog. Leczenie jednego kanała koszt - 1800$ :D Zapłaciłam 300$ za wyczyszczenie, zapłacę jeszcze 70$ za opatrunek i lecę do Polski :) Tylko jeszcze biletu nie mam ha ha
Na dowód, że już nie wyglądam jak pobita.
A jak oko?
Męczy się bardziej niż drugie. I jest inaczej. Przejdę się ponownie do okulisty. Tuż po wypadku szef powiedział żebym zbierała wszelkie paragony, bo mi w 100% zwrócą wszystkie pokryte przeze mnie koszta. Zmienili zdanie. Jutro będę miała z nim kolejną rozmowę, bo temat zaczyna mnie irytować. Za wizyty u lekarzy muszą mi zwrócić. Za leczenie (kupienie lekarstw) powinni, ale tu nie jestem pewna.
A propos kosztów opieki zdrowotnej. Inny specjalista. Stomatolog. Leczenie jednego kanała koszt - 1800$ :D Zapłaciłam 300$ za wyczyszczenie, zapłacę jeszcze 70$ za opatrunek i lecę do Polski :) Tylko jeszcze biletu nie mam ha ha
Samoterapia cz.1
Nigdy w życiu nie byłam fanem prowadzenia dzienników bądź wszelkiej maści pamiętników. Nie potrafię ich systematycznie uzupełniać, a moje 'głębokie myśli' sprowadzają się do: "co za durna..." Ten blog jest wyjątkiem. Prawda jest taka, że zaczęłam go pisać w momencie kiedy wielu znajomych pytało o to samo. Tylko tu nastał cud nad Odrą. No, teraz to może nad oceanem. Wkręciłam się. Swobodnie przelewam to co myślę na temat AU, życia i ludzi mnie otaczających. Byłam w 100% pewna, że będą tu zaglądać nieliczne jednostki dla których jeszcze cokolwiek znaczę. A tu piękna niespodzianka! Ponad 17 000 wejść. Dziękuje!
No, ale nie o tym chciałam. Z racji tego, że tutaj opisuje nowo odkrywany świat to daje upust moim emocjom i umieszczane posty działają na mnie terapeutycznie. A co za tym idzie, przeleję to co mi leży na przysłowiowej wątrobie.
Od jakiś 2 miesięcy mam ochotę wybić połowę ludzkości. Na początku myślałam, że może to kwestia zmęczenia bądź przeciążenia. Nie jest tak. Otóż, w pierwszym miesiącu wkurzenia się wszyscy wokoło mówili mi co mam robić. Nagle wszyscy wiedzieli lepiej co jest dla mnie najlepsze. Problem polegał na tym, że ja nie prosiłam o rady. I nawet jeśli moje decyzje okazywały się błędne to będą moje porażki i to ja z nich wyciągnę wnioski. Nikomu nic do tego.
W drugim miesiącu większość znajomych (tych dalszych) znalazła się w innej galaktyce bardzo oddalonej ode mnie. Na tyle oddalonej, że ich świat mnie irytuje, śmieszy czasem zadziwia. Przykłady:
#1 Nigdy nie byłam zagorzałym fanem portali społecznościowych. Mam tam konto, czasem wrzucę jakiś komentarz, czasem zdjęcie. Moja obecność jest sporadyczna. Zaczęło mnie już irytować lecenie na ilość publikowanych postów i zapraszanych znajomych na wszystko co jest możliwe, np ponad 100 osób zostało odznaczonych i zaproszonych na przejażdżkę do pobliskiego lotniska, by się z kimś pożegnać. Dzień wcześniej była impreza pożegnalna na której powinna pojawić się podobna liczba 'znajomych'. Znalazłam się w grupie szczęśliwców. Dziewczynę widziałam dwa razy w życiu na oczy: Pierwszy raz na zajęciach przy "cześć mam na imię..." i następny raz w autobusie: "co słychać? O to super". Grzeczność grzecznością, ale to jest już przesada. Częściej rozmawiam z kierowcami autobusów niż z co poniektórymi, którzy mnie zapraszają na imprezy. Po co? By udowodnić po przylocie do domu ilu to znajomych się miało? Jaką olbrzymią popularnością się cieszyło? Według mnie to głupota.
#2 Inny przypadek to publikowanie dokładnych relacji z dnia: 'kupiłem buty <fota on i buty>" "gram w grę komputerową <screen z gry komp>" Rozumiem, coś zszokowało, zaskoczyło bądź zdziwiło. No, ale ja i moje buty? Bądź same buty?
#3 Najbardziej bawią mnie 'mądrości ludowe' rodem z książek Paula Coelho: "wiele kultur, ale jedno wspólne mamy serce" etc. Mam ochotę zwymiotować.
#4 Chwalenie się na ilu to imprezach się nie było i w ilu knajpach. Niestety, ale znajomość knajp bardzo łatwo można zweryfikować. "nooo, dzisiaj odpadam, jadę do x <miejsce ok. 10 min oddalone od pracy, która jest w centrum miasta. Nie podałam nazwy knajpy, a rejon>" "A gdzie to jest?" Po co się chwalić? Tym, że się jest w 3 knajpach, które mieszczą się na jednej ulicy i są od siebie oddalone max 2 m? Jasne, ma się swoje ulubione miejsca. No, ale przez kilka mcy chodzić do tego samego lokalu? Z czystej ciekawości ruszy się tyłek gdzieś dalej.
Takich przykładów mogłabym podać więcej. Robienie 400 samojebek w publicznej toalecie i rozpaczliwa próba wyboru 'tego jednego, najlepszego zdjęcia'. W tym wypadku liczba nie jest przesadzona. Dziewczyna przez ponad 30 minut starała się wybrać odpowiednią fotę i nie wybrała żadnej. Czy robienie zdjęć ze zwykłego wyjścia na kawę bądź piwo. Ja rozumiem wszystko, dobra zabawa, miła atmosfera to i uwiecznić chce się. No, ale wszystkiego są pewne granice.
No, ale nie ma tego złego. Ostatnio wybrałam się z takim jednym na piwo. No dobra, na kilka piw. Przez 3 godziny obgadywaliśmy otaczających nas ludzi bądź pseudo znajomych. Dawno tak dobrze się nie bawiłam. Jest to w miarę świeża znajomość, ale nie mogę się doczekać kolejnego spotkania.
No, ale nie o tym chciałam. Z racji tego, że tutaj opisuje nowo odkrywany świat to daje upust moim emocjom i umieszczane posty działają na mnie terapeutycznie. A co za tym idzie, przeleję to co mi leży na przysłowiowej wątrobie.
Od jakiś 2 miesięcy mam ochotę wybić połowę ludzkości. Na początku myślałam, że może to kwestia zmęczenia bądź przeciążenia. Nie jest tak. Otóż, w pierwszym miesiącu wkurzenia się wszyscy wokoło mówili mi co mam robić. Nagle wszyscy wiedzieli lepiej co jest dla mnie najlepsze. Problem polegał na tym, że ja nie prosiłam o rady. I nawet jeśli moje decyzje okazywały się błędne to będą moje porażki i to ja z nich wyciągnę wnioski. Nikomu nic do tego.
W drugim miesiącu większość znajomych (tych dalszych) znalazła się w innej galaktyce bardzo oddalonej ode mnie. Na tyle oddalonej, że ich świat mnie irytuje, śmieszy czasem zadziwia. Przykłady:
#1 Nigdy nie byłam zagorzałym fanem portali społecznościowych. Mam tam konto, czasem wrzucę jakiś komentarz, czasem zdjęcie. Moja obecność jest sporadyczna. Zaczęło mnie już irytować lecenie na ilość publikowanych postów i zapraszanych znajomych na wszystko co jest możliwe, np ponad 100 osób zostało odznaczonych i zaproszonych na przejażdżkę do pobliskiego lotniska, by się z kimś pożegnać. Dzień wcześniej była impreza pożegnalna na której powinna pojawić się podobna liczba 'znajomych'. Znalazłam się w grupie szczęśliwców. Dziewczynę widziałam dwa razy w życiu na oczy: Pierwszy raz na zajęciach przy "cześć mam na imię..." i następny raz w autobusie: "co słychać? O to super". Grzeczność grzecznością, ale to jest już przesada. Częściej rozmawiam z kierowcami autobusów niż z co poniektórymi, którzy mnie zapraszają na imprezy. Po co? By udowodnić po przylocie do domu ilu to znajomych się miało? Jaką olbrzymią popularnością się cieszyło? Według mnie to głupota.
#2 Inny przypadek to publikowanie dokładnych relacji z dnia: 'kupiłem buty <fota on i buty>" "gram w grę komputerową <screen z gry komp>" Rozumiem, coś zszokowało, zaskoczyło bądź zdziwiło. No, ale ja i moje buty? Bądź same buty?
#3 Najbardziej bawią mnie 'mądrości ludowe' rodem z książek Paula Coelho: "wiele kultur, ale jedno wspólne mamy serce" etc. Mam ochotę zwymiotować.
#4 Chwalenie się na ilu to imprezach się nie było i w ilu knajpach. Niestety, ale znajomość knajp bardzo łatwo można zweryfikować. "nooo, dzisiaj odpadam, jadę do x <miejsce ok. 10 min oddalone od pracy, która jest w centrum miasta. Nie podałam nazwy knajpy, a rejon>" "A gdzie to jest?" Po co się chwalić? Tym, że się jest w 3 knajpach, które mieszczą się na jednej ulicy i są od siebie oddalone max 2 m? Jasne, ma się swoje ulubione miejsca. No, ale przez kilka mcy chodzić do tego samego lokalu? Z czystej ciekawości ruszy się tyłek gdzieś dalej.
Takich przykładów mogłabym podać więcej. Robienie 400 samojebek w publicznej toalecie i rozpaczliwa próba wyboru 'tego jednego, najlepszego zdjęcia'. W tym wypadku liczba nie jest przesadzona. Dziewczyna przez ponad 30 minut starała się wybrać odpowiednią fotę i nie wybrała żadnej. Czy robienie zdjęć ze zwykłego wyjścia na kawę bądź piwo. Ja rozumiem wszystko, dobra zabawa, miła atmosfera to i uwiecznić chce się. No, ale wszystkiego są pewne granice.
No, ale nie ma tego złego. Ostatnio wybrałam się z takim jednym na piwo. No dobra, na kilka piw. Przez 3 godziny obgadywaliśmy otaczających nas ludzi bądź pseudo znajomych. Dawno tak dobrze się nie bawiłam. Jest to w miarę świeża znajomość, ale nie mogę się doczekać kolejnego spotkania.
wtorek, 24 czerwca 2014
Ja widzę! No, ale co z biurokracją.
Uległam wypadkowi. I to jeszcze w czasie pracy.
To co się działo.
Trzymając się oka pobiegłam w poszukiwanie szefa. Oczywiście, nie znalazłam go. Ktoś po niego poszedł. Potem była szybka reanimacja oka w pracowniczej kuchni i zawiezienie mnie do pobliskiego szpitala z pogotowiem.
Jako emigrantka muszę mieć wykupione ubezpieczenie. Prawda jest taka, że poza stratą finansową nie mam nic. W momencie kiedy wybiorę się do lekarza pierwszego kontaktu zapłacę 75$ i zostanie mi zwrócone około 30$. Za leki ubezpieczyciel nie zwraca.
W przypadku hospitalizacji ubezpieczyciel zwraca 100% poniesionych wydatków. Nie wiem jak sytuacja wygląda w przypadku wykupu niezbędnych leków. Ubezpieczyciel ZWRACA, a nie PŁACI. Musiałabym mieć gotówkę na koncie. 3 wizyty u specjalisty, wykup lekarstw mogłoby kosztować zbyt dużo jak na moją kieszeń.
Zasady te obowiązują wszystkie ubezpieczenia dla emigrantów przebywających na wizie studenckiej. My nie mamy jakiegokolwiek wsparcia ze strony państwa. My mamy się nauczyć i wrócić do swoich krajów.
No, a co jeśli ja nie dzwoniłam po pogotowie, a sama do niego pojechałam? Co jeśli uległam wypadkowi?
Chuchając na zimne stwierdziłam, że wolę się swoim ubezpieczeniem zbytnio nie chwalić. Będąc w lekkim szoku (straciłam wzrok na jedno oko) informowałam szefa, że mam problem. To co usłyszałam zdziwiło mnie na maxa: "Ewelina, nie przejmuj się. Jak będziesz musiała pokryć koszta i nie będziesz w stanie zapłacę za Ciebie". Coś niesamowitego. Przyszła jedna pani z biura. Koszta pokryje pracodawca. Przyszła kolejna: "Ewelina gdzie jest Twoje ubezpieczenie? Ty musisz to pokryć ze swojego". Pojechałam do innego specjalisty na drugi koniec miasta. Nikt nawet nie pytał o ubezpieczenie.
A jak było w drugiej placówce?
Hmm... tak jak na naszych pogotowiach tylko w ładniejszych budynkach. Wszyscy siedzieliśmy w jednej sali i czekaliśmy na zbawienie. Przyszła, a raczej przyniesiono dziewczynę ze skręconą kostką. Niewiasta biegając uszkodziła się. Odstawiła taką histerię, że w operach mydlanych byłaby gwiazdą. Znajomy popatrzył się na mnie, ja na znajomego. Poszedł zaparkować auto w innym miejscu. Ja wiedząc, że nikt znajomy na mnie nie patrzy wpadłam w ryk. Szlochając poszłam po raz 3 do okienka i mówię przeplatając polski z angielskim, że mnie boli, że byłam umówiona i że mnie boli. 2 minuty później zaprowadzono mnie do zabiegowego. Kolejne 5 minut później znalazłam się w gabinecie lekarza.
Dzień później.
Zawożenie ręcznie napisanych zwolnień lekarskich. Kolejny dzień ponowna wizyta u lekarza i telefon ze szpitala z zapytaniem jaką formę ubezpieczenia wybieram: tą od pracodawcy i czy mam odpowiedni do tego dokument czy swoje emigranckie. Pani wyjaśniła mi całą procedurę. Słowa nie zrozumiałam. Zaśmiała się jak jej o tym powiedziałam i skwitowałam, że mam to co powinnam mieć, a resztą zajmie się mój szef. Później tel ze sklepu, czy wszystko jest dla mnie zrozumiałe. Ponownie odpowiedź: "nie, ale ja tego wiedzieć nie muszę. Ja muszę zakraplać oczy i zawieść dokument x do szefa".
Co będzie później.
Zebranie szefów wszystkich szefów i opracowanie kolejnej bezsensownej procedury minimalizującej ryzyko powstania podobnego wypadku.
I to co jest dla mnie najprzyjemniejsze, zostaną mi zwrócone wszelkie poniesione koszta. Włącznie z zapłaconymi biletami autobusowymi.
Na dobrą sprawę nie wiele to się różni od procedur jakie obowiązują u nas.
Praktyka i takie tam
Skoro zaczęłam już jakoś widzieć to mogę nadrobić lekkie zaległości.
Rozpoczęłam praktykę.
Najpierw byłam 2 dni w dużym domu starców, gdzie na około 20 podopiecznych było 2 pracowników. Praca przypominała tą jaką wykonuje się będąc zatrudnionym na produkcji. Obowiązywała zasada: biegnij jak usłyszysz dzwonek. Dzwonek nie przestawał dzwonić więc 8 godzin praktyki zamieniło się w katorgę. Atmosfera panująca przypominała również tą na produkcji: "oni nie mówią dobrze po angielsku, nie przejmuj się nimi." Przyznam, że sztuką nie jest nauczenie się dosłownie 3 wyrazów: zdrastwujtie (dzień dobry) oraz kak diela? (co słychać?) A Państwo ucieszyło by się, bo byłby to miły dla nich gest. No, ale ja tam nie pracowałam, ja jedynie rozpoczynałam praktykę. Na szczęście zwolniło się miejsce i mogłam się przenieść do miejsca, gdzie od momentu otworzenia drzwi wejściowych poczułam się swobodnie. I tak też jest nadal. Na 2 pracowników przysługuje około 7-8 staruszków więc jest możliwość poświęcenia im czasu. Mogę z nimi porozmawiać, a raczej starać się skomunikować. Mam typowo rosyjski akcent i osoby ze słabym słuchem nie rozumieją mnie. Przyznam, że i ja nie rozumiem ich bełkotu więc momentami jest po prostu zabawnie. I przyznam, że odkryłam swoje powołanie. Lubię tam przebywać. Staruszkowie są szaleni, bo demencja niszczy ich mózgi i tym samym pamięć, orientację w czasie i wiele innych, ale są wdzięczni za jakiekolwiek okazane wsparcie. Sami też starają się pomóc i walczyć o resztki swojej niezależności. Jest super! Już porozmawiałam z dyrektorką ośrodka i mogę zostać tak długo jak ustawa mi zezwoli, czyli 2krotnie dłużej niż moje kursy wymagają. Nie powiem żeby praca za darmo była tym co chce w życiu robić, ale zdobywam doświadczenie, a i te 250 godzin jest w stanie pomóc mi w kolejnej wizie.
Ogólnie jestem już ustawiona!
Rozpoczęłam praktykę.
Najpierw byłam 2 dni w dużym domu starców, gdzie na około 20 podopiecznych było 2 pracowników. Praca przypominała tą jaką wykonuje się będąc zatrudnionym na produkcji. Obowiązywała zasada: biegnij jak usłyszysz dzwonek. Dzwonek nie przestawał dzwonić więc 8 godzin praktyki zamieniło się w katorgę. Atmosfera panująca przypominała również tą na produkcji: "oni nie mówią dobrze po angielsku, nie przejmuj się nimi." Przyznam, że sztuką nie jest nauczenie się dosłownie 3 wyrazów: zdrastwujtie (dzień dobry) oraz kak diela? (co słychać?) A Państwo ucieszyło by się, bo byłby to miły dla nich gest. No, ale ja tam nie pracowałam, ja jedynie rozpoczynałam praktykę. Na szczęście zwolniło się miejsce i mogłam się przenieść do miejsca, gdzie od momentu otworzenia drzwi wejściowych poczułam się swobodnie. I tak też jest nadal. Na 2 pracowników przysługuje około 7-8 staruszków więc jest możliwość poświęcenia im czasu. Mogę z nimi porozmawiać, a raczej starać się skomunikować. Mam typowo rosyjski akcent i osoby ze słabym słuchem nie rozumieją mnie. Przyznam, że i ja nie rozumiem ich bełkotu więc momentami jest po prostu zabawnie. I przyznam, że odkryłam swoje powołanie. Lubię tam przebywać. Staruszkowie są szaleni, bo demencja niszczy ich mózgi i tym samym pamięć, orientację w czasie i wiele innych, ale są wdzięczni za jakiekolwiek okazane wsparcie. Sami też starają się pomóc i walczyć o resztki swojej niezależności. Jest super! Już porozmawiałam z dyrektorką ośrodka i mogę zostać tak długo jak ustawa mi zezwoli, czyli 2krotnie dłużej niż moje kursy wymagają. Nie powiem żeby praca za darmo była tym co chce w życiu robić, ale zdobywam doświadczenie, a i te 250 godzin jest w stanie pomóc mi w kolejnej wizie.
Ogólnie jestem już ustawiona!
sobota, 21 czerwca 2014
Krótka przerwa w pisaniu
W pracy uległam wypadkowi i przez kilka godzin straciłam wzrok na jedno oko. Teraz jest już lepiej, ale jeszcze nie jest tak jak być powinno. Na wszelkie maile i wyjaśnienia odpiszę dopiero pod koniec przyszłego tygodnia.
Rzadko wyglądam jakbym wpierd... dostała. Sweet focia musiała być.
Rzadko wyglądam jakbym wpierd... dostała. Sweet focia musiała być.
środa, 18 czerwca 2014
Rezydent
Po wizycie u adwokata w 2017 bądź najpóźniej w 2018 rezydent zawita :)
I więcej w tym temacie nie chce powiedzieć, by nie zapeszyć. Przyznam, że ulżyło mi. I wcale to takie skomplikowane i trudne nie będzie :) Ufff!!!
I więcej w tym temacie nie chce powiedzieć, by nie zapeszyć. Przyznam, że ulżyło mi. I wcale to takie skomplikowane i trudne nie będzie :) Ufff!!!
czwartek, 12 czerwca 2014
Co o nas myślą
Nic nie myślą, bo nas nie znają. Co to jest 200 tysi ludzi. Mało! Jeśli już cokolwiek o nas usłyszą to mają bardzo dobre o nas zdanie. I to jest super!
Sytuacja numer 1
Siedzę na przystanku. Rozmawiam z Polką przez telefon. Skończyłam. Telefon schowałam do torby. Odzywa się Australijka:
- Czy to był polski?
+ Tak
- (tu pada cytat) Jak się masz?
+ AAaaaa!!! :D :D :D
Sytuacja numer 2
Siedząc na przystanku rozmawiam z Mamą przez skypa. Skończyłam. Pani siedząca obok:
- "a co to był za język?"
+ "polski. Pochodzę z Polski, a mój język to polski"
- "ooo jaaa!! jesteś pierwszą Polką jaką poznałam"
Miło!
Sytuacja numer 3
- "jesteś z Rosji?"
+ "Nie. Blisko, bo z Polski"
- "Cracow is awesome but Warsaw..
+ "I know... terible"
Gdzieś coś o nas słyszeli. Najczęściej okazuje się, że:
- "I have friend Kasia"
albo:
- "because my friend Maciek..."
Istniejemy.
A jak się kojarzymy.
Tekst z zeszłej soboty:
- "I knew Andżelika and she is crazy! And you are crazy! I love your country!"
Przyznaje oboje wypiliśmy po kilka piw.
Inna sytuacja:
" Polskie kobiety są piękne!" I ten tekst słyszałam już KILKANAŚCIE razy!
Podsumowując.
Istniejemy. Ukrywamy się. Jesteśmy rewelacyjni! I to jest super!!! A jak nas nie znają to są ciekawi.
Sytuacja numer 1
Siedzę na przystanku. Rozmawiam z Polką przez telefon. Skończyłam. Telefon schowałam do torby. Odzywa się Australijka:
- Czy to był polski?
+ Tak
- (tu pada cytat) Jak się masz?
+ AAaaaa!!! :D :D :D
Sytuacja numer 2
Siedząc na przystanku rozmawiam z Mamą przez skypa. Skończyłam. Pani siedząca obok:
- "a co to był za język?"
+ "polski. Pochodzę z Polski, a mój język to polski"
- "ooo jaaa!! jesteś pierwszą Polką jaką poznałam"
Miło!
Sytuacja numer 3
- "jesteś z Rosji?"
+ "Nie. Blisko, bo z Polski"
- "Cracow is awesome but Warsaw..
+ "I know... terible"
Gdzieś coś o nas słyszeli. Najczęściej okazuje się, że:
- "I have friend Kasia"
albo:
- "because my friend Maciek..."
Istniejemy.
A jak się kojarzymy.
Tekst z zeszłej soboty:
- "I knew Andżelika and she is crazy! And you are crazy! I love your country!"
Przyznaje oboje wypiliśmy po kilka piw.
Inna sytuacja:
" Polskie kobiety są piękne!" I ten tekst słyszałam już KILKANAŚCIE razy!
Podsumowując.
Istniejemy. Ukrywamy się. Jesteśmy rewelacyjni! I to jest super!!! A jak nas nie znają to są ciekawi.
piątek, 6 czerwca 2014
Przemyślenia
Siedzę w ulubionej knajpie i przy piwach przeglądam net. To co mnie naszło.
Może ciągle walczę z czymś. Ciągle mam z czymś duży problem. Ciągle coś mnie ciągnie, ale mimo to prę do przodu i się nie poddaje. Ciągle mam plan, który realizuje.
I wiecie co? Może czasem mam doła i zamykam się w pokoju myśląc: "po jaką cholerę ja się w to pakowałam? Przecież ja miałam dobre życie!" Pomimo tego, że jak widzę polskie widoki to zawsze łezka w oczach się zakręci i to nie tylko mi. Ostatnio z Witkiem poszłam na kilka piw i widziałam jak na samo hasło łzy wycierał. Pomimo tego wszystkiego... NIE WRACAM!
Mając gównianą pracę nauczyłam się pokory i cierpliwości - coś nowego dla mnie.
Mając nieliczną grupę znajomych - bezinteresowności
Przyjeżdżając tu utwierdziłam się, że mam otwarty umysł i nie jestem uprzedzona, a wręcz przeciwnie ciekawa. Nadal się cieszę jak dziecko na gwiazdkę jak ktoś powie: "I like Cracow!" "jak się masz?" "Poland? I was many years ago in Poland... nice..." albo tak jak dzisiaj: "Are you German?" "nooo, I'm Polish" "aaaa... huge country..." "eeee??? he he" "So, are you busy today?" "nooo. Finaly, I have time to relaxing. Beer, please :)".
I utwierdziłam się, że jestem twarda i silna! I tego nie zamierzam zmieniać :)
A reszta jakoś przyjdzie.
Czasem brakuje mi chwil na nudzenie się. Na stwierdzenie, że nie mam co ze sobą zrobić. Może kiedyś to nastąpi. Może... W sumie to lubię jak dużo się dzieje wokół mnie. Tylko, że wszystkiego są jakieś granice, a ja swoje zaczynam przekraczać.
Tak więc do znalezienia kolejnej wolnej chwili :)
Pozdrawiam cieplusio z zimowej Australii.
Może ciągle walczę z czymś. Ciągle mam z czymś duży problem. Ciągle coś mnie ciągnie, ale mimo to prę do przodu i się nie poddaje. Ciągle mam plan, który realizuje.
I wiecie co? Może czasem mam doła i zamykam się w pokoju myśląc: "po jaką cholerę ja się w to pakowałam? Przecież ja miałam dobre życie!" Pomimo tego, że jak widzę polskie widoki to zawsze łezka w oczach się zakręci i to nie tylko mi. Ostatnio z Witkiem poszłam na kilka piw i widziałam jak na samo hasło łzy wycierał. Pomimo tego wszystkiego... NIE WRACAM!
Mając gównianą pracę nauczyłam się pokory i cierpliwości - coś nowego dla mnie.
Mając nieliczną grupę znajomych - bezinteresowności
Przyjeżdżając tu utwierdziłam się, że mam otwarty umysł i nie jestem uprzedzona, a wręcz przeciwnie ciekawa. Nadal się cieszę jak dziecko na gwiazdkę jak ktoś powie: "I like Cracow!" "jak się masz?" "Poland? I was many years ago in Poland... nice..." albo tak jak dzisiaj: "Are you German?" "nooo, I'm Polish" "aaaa... huge country..." "eeee??? he he" "So, are you busy today?" "nooo. Finaly, I have time to relaxing. Beer, please :)".
I utwierdziłam się, że jestem twarda i silna! I tego nie zamierzam zmieniać :)
A reszta jakoś przyjdzie.
Czasem brakuje mi chwil na nudzenie się. Na stwierdzenie, że nie mam co ze sobą zrobić. Może kiedyś to nastąpi. Może... W sumie to lubię jak dużo się dzieje wokół mnie. Tylko, że wszystkiego są jakieś granice, a ja swoje zaczynam przekraczać.
Tak więc do znalezienia kolejnej wolnej chwili :)
Pozdrawiam cieplusio z zimowej Australii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

