środa, 20 sierpnia 2014

Wrócić czy nie

4 września otrzymam dokument potwierdzający moje umiejętności opiekowania się crazy old people :)
I dla mnie to też nieco magiczna data, bo równo rok wcześniej siedziałam w samolocie i z przerażeniem w oczach liczyłam godziny do postawienia nóg na trwałym lądzie.

Jak zwykle nie cierpiałam na nudę, ale to bardziej z powodów prywatnych niż rozwojowych.
Pracowo nic się nie ruszyło, a wręcz przeciwnie. W Hiltonie nastąpiła pełna eksploatacja pracownika, a co za tym idzie codziennie widziałam kogoś z łzami w oczach. Stwierdzono, że jeśli pracują 3 osoby w teamie to pokój do totalnego sprzątnięcia powinien być skończony w przeciągu 15 minut. A to, że 3 osoba to świeżak dla którego jest to 2 dzień pracy jest to mało istotne. Tak więc ludzie pracowali po 3-5 godzin dłużej za darmo. Nie sposób sprzątnąć 5 check-otów, 7 serwisów po arabskich klientach w przeciągu 3 godzin. Fizycznie awykonalne. Tylko czemu ja jako jedyna się postawiłam i stwierdziłam, że albo płacą mi za normalny czas pracy albo odchodzę? Inni płakali po kątach. Ja się stawiłam i mam! Normalną stawkę.
Na gwałt szukam pracy w zawodzie. Niestety placówki nie są blisko siebie położone więc w ciągu jednego dnia jestem w stanie rozwieść 3-4 resume. Nie jest to dużo, ale zawsze to coś. Nie siedzę i nic nie robię.

A życie prywatne jak zwykle mi się komplikuje. W jednym dniu jest super i wyśmienicie, a w kolejnym mam ochotę wybić połowę ludzkości więc nie patrząc na przeciwności losu rogal na twarzy, słuchawki w uszach i do przodu. Skutkuje! Słyszałam od osoby, która zna mnie od prawie samego początku mego pobytu, że wyglądam na szczęśliwą. A czy jestem? Gdyby udało mi się rozwiązać jedną sprawę byłabym, ale na odległość nie potrafię. A inna zmierza ku dobremu, ale małymi i powolnymi kroczkami.

A czy chce wrócić do kraju na święta?
Nie i nie wrócę na święta. Jeśli bym wróciła to po świętach, bo bilety lotnicze będą tańsze.

Sprawy dla których chce wrócić:
- IELTS wcześniej wspomniany, który najprawdop. nie będzie zorganizowany we Wrocławiu, czyli musiałabym się przemieszczać
- dentysta, 1800$ piechotą nie chodzi
- chciałabym spędzić Sylwestra ze znajomymi
- zamknąć konta bankowe, online tego nie zrobię. Niestety, ale przestały być bezpłatne.

Sprawy dla których nie chce wrócić:
- 27 godzin lotu w jedną stronę (jest to najkrótszy lot)
- 2000$ przed chwilą sprawdzałam koszta biletu
- i nie wiem czy jest sens przylotu. Znajomi znajomymi, ale będę zmęczona i ciągle w biegu. Nie wiem czy chce.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Yeah! Kolejny krok do przodu!

Skończyłam!!! Skończyłam kurs!!! Definitywnie!!! Przepracowałam za darmo 80 godzin. Nauczyłam się wiele (i tu nie żartuje). Oddałam wszelkie assessmenty i teraz czekam na magiczny moment wręczenia mi certyfikatu. Niestety poczekam kilka tygodni. Nie mam bladego pojęcia dlaczego tak długo. Nikomu w mej szkole się nie spieszy.

Odetchnęłam z ulgą. Ostatnie półtora miesiąca były dla mnie bardzo mocno pracowite. Teraz mogę odetchnąć i nadrobić wszelkie zaległości towarzyskie i te poprawiające nastrój :) 

Teraz zostało mi jedynie poprawienie swojego CV i wysyłanie wszem i wobec info, że chętnie pomogę przy opiece nad crazy old people :D ha ha :D cieszę się jak dziecko na gwiazdkę. Nigdy nie sądziłam, że tego typu praca będzie mi się podobała. Jest to mocna dla mnie zmiana. Z pracownika Gazety Wyborczej oraz po 6 letnim doświadczeniu w finansach stałam się opiekunem schorowanych staruszków kalibru najstraszniejszego :D I like it! :) Bez problemu uzyskałam referencje od managera oraz od care-workera. Mam nadzieję, że to mi pomoże w znalezieniu nowego pracodawcy. 

Relacje damsko-męskie chyba też ogarnęłam. I jesteśmy na etapie bliższego poznawania się jako przyjaciele. Są dwa rozwiązania albo przyjaźń zmieni się w coś ciekawszego albo będziemy bardzo dobrymi znajomymi. Obie sytuacje bardzo mnie cieszą. Choć jak go wczoraj zobaczyłam w zamszowej marynarce to przyznam, że zaniemówiłam. Tak, jestem prostą konstrukcją kobiety ha ha 
I to by było na tyle z cyklu: "tandetny romans part2" :D

Kolejny plan:
- 2015 własna działalność
- 2016 rezydent
- 2016 przylot do Polski celem wymeldowania się
- 2016/2017 powrót na uniwersytet i zrobienie doktoratu

Tak, to jest dobry plan :)


czwartek, 31 lipca 2014

Wyrwane z kontekstu :)

"Hej,
trafiłem na Twojego bloga już parę miesięcy temu, ale odkładałem ciągle go na później. Dopiero dziś znalazłem czas by przeczytać wszystko od początku.

Bardzo fajnie się to czytało. Gratuluję wytrwałości, fajnie że walczysz i nie chcesz wracać :) Trzymam kciuki za udane zakończenie historii z wizą studencką i za znalezienie pracy bardziej związaną z zawodem/wykształceniem!

Zyskałaś stałego czytelnika :)

Pozdrawiam!

P.S. Też miałem wiele lat temu emigracyjne historie (UK i Irlandia) i wiem jak dużo uczą różne własne błędy, czy niepowodzenia, i ile satysfakcji daje gdy wreszcie wszystko układa się po naszej myśli.

Ale w końcu wróciłem do PL, w którym nie jest moim zdaniem wcale tak strasznie jak to wszyscy mówią. Po odwiedzeniu i poznaniu ludzi z przeróżnych zakątków świata mam wrażenie, że wszędzie jest mniej więcej tak samo... W każdym kraju są fajni i beznadziejni ludzie, w każdym kraju możesz być milionerem i biedakiem, i w każdym kraju znajdziesz wszystkie odcienie szarości pomiędzy bielą a czernią w praktycznie każdej dziedzinie ;)

Jedynie klimat i pogoda, no i kulturowe różnice, są spore (ale i to nie zawsze w dobie totalnej globalizacji). I to przez nie czasem myślę o Australii. Nie cierpiałem pogody w UK/Irlandii, ta polska też mi niezbyt odpowiada. Brak śniegu by mi pasował :) We wszystkich badaniach wychodzi, że najszczęśliwsi ludzie są w krajach najbardziej słonecznych, a nie najbogatszych :) Ehhh, może jeszcze kiedyś zawitam do AU."

Dziękuje za ten komentarz. 

Zwłaszcza za:

"PL, w którym nie jest moim zdaniem wcale tak strasznie jak to wszyscy mówią. Po odwiedzeniu i poznaniu ludzi z przeróżnych zakątków świata mam wrażenie, że wszędzie jest mniej więcej tak samo... W każdym kraju są fajni i beznadziejni ludzie, w każdym kraju możesz być milionerem i biedakiem, i w każdym kraju znajdziesz wszystkie odcienie szarości pomiędzy bielą a czernią w praktycznie każdej dziedzinie ;)"

Nigdy nie uważałam, że Polska jest złym krajem. Miałam tam dobre życie. I trochę nie rozumiem malkontentów siedzących na 4 literach i zrzędzących na wszystko wokoło. Jak jest tak źle to rusz się i zmień coś. Tylko to wymaga wysiłku i odwagi, bo zawsze jest związane z podjęciem ryzyka i możliwą porażką oraz stratą czasu :) 

Trzymam kciuki za wszystkich!!! 



wtorek, 29 lipca 2014

Babskie pierdy...

Powieje babskimi pierdołami, ale po prostu mam potrzebę wyrzucenia z siebie wszelkich niedokończonych w mej głowie historii damsko-męskich.

Byłam w związku ze znacznie starszym od siebie panem przy którym to ja byłam tą bardziej dojrzalszą i bardziej przewidującą. Momentami zupełnie nie rozumiałam jego irracjonalnego i dziecinnego spojrzenia na świat. No, ale jeśli przetrwał te swoje 49 lat to jakoś mu się wszystko układało. Do czasu aż do drzwi zapukał bank. Jakiś czas temu chciałam się z nim spotkać, by porozmawiać na jeden jego dotyczący temat. Usłyszałam absurdalną wymówkę i falę narzekań na zły i okrutny świat. Jednym słowem dramat w dramacie przeplatany dramatem. Ucieszyłam się, że w tym wszystkim nie uczestniczę, że to mnie nie dotyczy. Nie jesteśmy nawet znajomymi. Nie jest to możliwe.

W podobnym do tego dnia, czyli siedząc w ulubionej knajpie i pijąc kawę bądź piwo oraz dziubając to i owo na kompie dosiadł się do mnie przystojny jegomość. Tekst na który mnie wyrwał był najgłupszym tekstem jaki kiedykolwiek słyszałam. No, ale zaczęliśmy rozmawiać i się polubiliśmy. Tylko gubię się w tych relacjach. Nie wiem co jest jego grą, a co nie. Jest to typ człowieka, który ciągle się bawi dziewczynami. Spędziliśmy kilka wspólnych wieczorów, gdzie zaczął budować zaufanie, by po chwili je zburzyć. Po czym w momencie kiedy zobaczył mnie z innym zaczął się zbyt mocno interesować moim kompanem zadając mu coraz to mniej kulturalne pytania dotyczące sfer zarobków, rodziny oraz warunków bytowych. Dosłownie tuż po: "hi, I'm X" nastąpiła salwa pytań. Na końcu wysłał mi wiadomość, że jest to świetny facet i żebym nie pozwoliła mu odejść. A kiedy dowiedział się, że jest koniec z ów 'świetnym gościem' jegomość dopytywał co poszło nie tak i czego chce, by na końcu prawie, że szepcząc stwierdzić, że powinnam znaleźć sobie kogoś dobrego, by nie grać w takie gry w jakie on gra. Zapytałam się czemu nie skończy z nimi, usłyszałam wymijającą odpowiedź.

A świetny gość? Facet codziennie rano wysyłał mi wiadomość, że tęskni za mną. Raz szybko nie zareagowałam to dostałam odpowiedź: "ojjj... nie odpowiedziałaś, nie tęsknisz za mną?" Po tkliwych tanich tekstach były smsy treści: "co robisz?" "zajęta jesteś?" I tak kilka razy w ciągu dnia. Wyjaśniłam mu, że potrzebuje swobody i przestrzeni. Stwierdził, że to rozumie i dalej robił swoje. Najlepsze było to jak usłyszałam, że chce mnie widzieć codziennie i planuje polecieć w grudniu ze mną do Polski, by poznać moich rodziców oraz, że jestem ważną osobą w jego życiu. Wszystko byłoby świetne, ale znaliśmy się dwa tygodnie. Powtórzę dwa tygodnie. Zgadzał się na wszystko co powiedziałam. Nawet wtedy kiedy się z nim rozstawałam, a niestety wybrałam najgorszy z możliwych momentów, usłyszałam: "jeśli będziesz szczęśliwa to i ja będę". Wkurzona zapytałam się: "co jest z Tobą nie tak?". Odpowiedź: "chce by byś była szczęśliwa" Po czym zobaczyłam łzy w oczach. Zawsze jak druga strona stwierdza: 'fajnie było, dziękuje i do widzenia" nigdy przez gardło, by mi nie przeszło: "chce byś był szczęśliwy".

Przyznam, że straciłam rozeznanie. I łudzę się, że jak wypluje z siebie to co mi na wątrobie leży to dojdę do jakiegoś ładu.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Rozmawiając

Jakiś czas temu zadzwonił do mnie młody, przystojny i szalony Ktoś. Rozmawialiśmy dość długo na temat życia w AU, czyli o pracy, warunkach bytowych, szkołach oraz znajomych.

To co zauważyłam pod sam koniec rozmowy to, że nie przedstawiałam pięknego obrazu. Nie opisywałam cudowności tego kraju, wspaniałości mieszkających ludzi i wszelkich niesamowitości. Momentami nie jest różowo i to nie dlatego, że angielski nie jest na satysfakcjonującym poziomie bądź że jestem niezaradna.

Ten kraj jest inny niż UE. Trzeba się go nauczyć i:

#1 po rozmowie z 30letnim Turkiem. Przyjechał tu mając 25 lat z zerową znajomością angielskiego. Teraz jest właścicielem dwóch kawiarni w Brisbane. I jutro go odwiedzę :) Stwierdził, że długo będzie pamiętał pierwsze miesiące jak wszystko było dla niego inne. Inny akcent, inne zwyczaje, inne życie. Było to bolesne. Nawet bardzo. Zwłaszcza wtedy kiedy miał 4 prace po to, by opłacić szkołę. Opłaciło się. Nauczył się wiele. Przede wszystkim dążenia do celu.

#2 Chorwat. Przyleciał tu 20lat temu. Krótko skwitował: "do końca życia będę pamiętał pierwsze 9 miesięcy" Facet ma Alzheimera i nadal je pamięta. Dały mu w kość.

# Irańczyk. Lat około 30. Prawnik. Długo rozmawialiśmy o: "wiem na jakim etapie jesteś. Masz dobre wykształcenie i miałaś dobre życie. Tu jesteś nikim. Jak ja przyleciałem to pracowałem w restauracji i jako sprzątacz, by szkołę opłacić. Teraz wiem po co to robiłem. Musisz to przetrwać."

#4 jego brat. Mega przystojny i zabawny informatyk. Miał nieco lżej, bo nie był tu w pojedynkę. Jak usłyszał, że jestem tu niecały rok natychmiast zadeklarował się, że pomoże. I stał mi się bliską osobą. Pomimo, że miałam ochotę go zabić.

Takich historii mogę przytoczyć więcej.
Jest tu inaczej niż w UK czy w innych krajach europejskich. Co nie znaczy, że jest źle.

Jest to kolejna drobna przestroga.
Australia ma niesamowicie mocno rozbudowane kampanie marketingowe i kojarzy się jako raj na ziemi. Nie do końca tak jest. Jest lżej niż w Polsce, ale rajem tego nie nazwę. Jeszcze nie. I widzicie na powyższych, że początki nie należą do najprzyjemniejszych.


czwartek, 17 lipca 2014

To w czym jesteśmy lepsi!

Żeby nie było, że jedynie smęcę. To co my mamy, a oni nie mają:

- przyjazną pasażerowi komunikację miejską. Ok, kierowcy są najczęściej mili, ale autobusy jeżdżą jak im się podoba. Średnio jeden na półgodziny.
Miał być tramwaj. Wielka i potwornie droga inwestycja. Jeden przystanek końcowy jest na wygwizdowiu, a z drugiego trzeba się przejść min 5 minut do autobusu, czyli totalny bezsens. Najlepsze jest to, że pusty tramwaj po mieście kursuje od dobrych 2 mcy, bo mają w durny sposób skonstruowane prawo. Przez bodajże 2 tygodnie tramwaj bez najmniejszej awarii bądź zgrzytu ma non stop jeździć. Jest to nierealne. No i najważniejsze: komunikacja publiczna jest droga.

- duuuuży wybór asortymentu w sklepach. Tęskno mi za 50 rodzajami kawy w markecie. Tu z rozpuszczalnych mam do wyboru: słabą australijską, Nescafe i jeszcze coś.
Nie ma konkurencyjności: sklepy spożywcze to: 2 kolosy (Coles i Woolworth) i 3 mniejsze (Aldi, 711, Iga). Aldi jest najtańszy, ale nie ma takiego wyboru jak duopoliści, którzy robią co chcą.

- Internet - już się przyzwyczaiłam, ale ich najszybsze łącze dla nas jest standardem :) Podobnie sprawa wygląda z zasięgiem sieci komórkowych.

- wyższy poziom edukacji. Jestem w collegu i jest to dobry test mojego angielskiego, ale poza tym to ja się nie uczę niczego nowego. Zadania domowe jakie dostajemy są skonstruowane jak dla idiotów. Podobnie sprawa wygląda z innym kierunkiem. Przykład pytania: "jakie dokumenty musisz mieć na rozmowie rekrutacyjnej? Wyjaśnij dlaczego.", "co musisz wiedzieć, by kupić drukarkę? I gdzie zdobędziesz niezbędne informacje?"

poniedziałek, 14 lipca 2014

Bo zupa była za słona :)

Dobra, ja też zrobiłam sobie sweet focie w lustrze. Do wyboru miałam 6 zdjęć (3 w okularach i 3 bez) i z tych wybrałam po jednym.

Na dowód, że już nie wyglądam jak pobita.




A jak oko?
Męczy się bardziej niż drugie. I jest inaczej. Przejdę się ponownie do okulisty. Tuż po wypadku szef powiedział żebym zbierała wszelkie paragony, bo mi w 100% zwrócą wszystkie pokryte przeze mnie koszta. Zmienili zdanie. Jutro będę miała z nim kolejną rozmowę, bo temat zaczyna mnie irytować. Za wizyty u lekarzy muszą mi zwrócić. Za leczenie (kupienie lekarstw) powinni, ale tu nie jestem pewna.

A propos kosztów opieki zdrowotnej. Inny specjalista. Stomatolog. Leczenie jednego kanała koszt - 1800$ :D Zapłaciłam 300$ za wyczyszczenie, zapłacę jeszcze 70$ za opatrunek i lecę do Polski :) Tylko jeszcze biletu nie mam ha ha

Samoterapia cz.1

Nigdy w życiu nie byłam fanem prowadzenia dzienników bądź wszelkiej maści pamiętników. Nie potrafię ich systematycznie uzupełniać, a moje 'głębokie myśli' sprowadzają się do: "co za durna..." Ten blog jest wyjątkiem. Prawda jest taka, że zaczęłam go pisać w momencie kiedy wielu znajomych pytało o to samo. Tylko tu nastał cud nad Odrą. No, teraz to może nad oceanem. Wkręciłam się. Swobodnie przelewam to co myślę na temat AU, życia i ludzi mnie otaczających. Byłam w 100% pewna, że będą tu zaglądać nieliczne jednostki dla których jeszcze cokolwiek znaczę. A tu piękna niespodzianka! Ponad 17 000 wejść. Dziękuje!

No, ale nie o tym chciałam. Z racji tego, że tutaj opisuje nowo odkrywany świat to daje upust moim emocjom i umieszczane posty działają na mnie terapeutycznie. A co za tym idzie, przeleję to co mi leży na przysłowiowej wątrobie.

Od jakiś 2 miesięcy mam ochotę wybić połowę ludzkości. Na początku myślałam, że może to kwestia zmęczenia bądź przeciążenia. Nie jest tak. Otóż, w pierwszym miesiącu wkurzenia się wszyscy wokoło mówili mi co mam robić. Nagle wszyscy wiedzieli lepiej co jest dla mnie najlepsze. Problem polegał na tym, że ja nie prosiłam o rady. I nawet jeśli moje decyzje okazywały się błędne to będą moje porażki i to ja z nich wyciągnę wnioski. Nikomu nic do tego.
W drugim miesiącu większość znajomych (tych dalszych) znalazła się w innej galaktyce bardzo oddalonej ode mnie. Na tyle oddalonej, że ich świat mnie irytuje, śmieszy czasem zadziwia. Przykłady:

#1 Nigdy nie byłam zagorzałym fanem portali społecznościowych. Mam tam konto, czasem wrzucę jakiś komentarz, czasem zdjęcie. Moja obecność jest sporadyczna. Zaczęło mnie już irytować lecenie na ilość publikowanych postów i zapraszanych znajomych na wszystko co jest możliwe, np ponad 100 osób zostało odznaczonych i zaproszonych na przejażdżkę do pobliskiego lotniska, by się z kimś pożegnać. Dzień wcześniej była impreza pożegnalna na której powinna pojawić się podobna liczba 'znajomych'. Znalazłam się w grupie szczęśliwców. Dziewczynę widziałam dwa razy w życiu na oczy: Pierwszy raz na zajęciach przy "cześć mam na imię..." i następny raz w autobusie: "co słychać? O to super". Grzeczność grzecznością, ale to jest już przesada. Częściej rozmawiam z kierowcami autobusów niż z co poniektórymi, którzy mnie zapraszają na imprezy. Po co? By udowodnić po przylocie do domu ilu to znajomych się miało? Jaką olbrzymią popularnością się cieszyło? Według mnie to głupota.
#2 Inny przypadek to publikowanie dokładnych relacji z dnia: 'kupiłem buty <fota on i buty>" "gram w grę komputerową <screen z gry komp>" Rozumiem, coś zszokowało, zaskoczyło bądź zdziwiło. No, ale ja i moje buty? Bądź same buty?
#3 Najbardziej bawią mnie 'mądrości ludowe' rodem z książek Paula Coelho: "wiele kultur, ale jedno wspólne mamy serce" etc. Mam ochotę zwymiotować.
#4 Chwalenie się na ilu to imprezach się nie było i w ilu knajpach. Niestety, ale znajomość knajp bardzo łatwo można zweryfikować. "nooo, dzisiaj odpadam, jadę do x <miejsce ok. 10 min oddalone od pracy, która jest w centrum miasta. Nie podałam nazwy knajpy, a rejon>" "A gdzie to jest?" Po co się chwalić? Tym, że się jest w 3 knajpach, które mieszczą się na jednej ulicy i są od siebie oddalone max 2 m? Jasne, ma się swoje ulubione miejsca. No, ale przez kilka mcy chodzić do tego samego lokalu? Z czystej ciekawości ruszy się tyłek gdzieś dalej.

Takich przykładów mogłabym podać więcej. Robienie 400 samojebek w publicznej toalecie i rozpaczliwa próba wyboru 'tego jednego, najlepszego zdjęcia'. W tym wypadku liczba nie jest przesadzona. Dziewczyna przez ponad 30 minut starała się wybrać odpowiednią fotę i nie wybrała żadnej. Czy robienie zdjęć ze zwykłego wyjścia na kawę bądź piwo. Ja rozumiem wszystko, dobra zabawa, miła atmosfera to i uwiecznić chce się. No, ale wszystkiego są pewne granice.

No, ale nie ma tego złego. Ostatnio wybrałam się z takim jednym na piwo. No dobra, na kilka piw. Przez 3 godziny obgadywaliśmy otaczających nas ludzi bądź pseudo znajomych. Dawno tak dobrze się nie bawiłam. Jest to w miarę świeża znajomość, ale nie mogę się doczekać kolejnego spotkania.

wtorek, 24 czerwca 2014

Ja widzę! No, ale co z biurokracją.

Uległam wypadkowi. I to jeszcze w czasie pracy.

To co się działo.

Trzymając się oka pobiegłam w poszukiwanie szefa. Oczywiście, nie znalazłam go. Ktoś po niego poszedł. Potem była szybka reanimacja oka w pracowniczej kuchni i zawiezienie mnie do pobliskiego szpitala z pogotowiem. 

Jako emigrantka muszę mieć wykupione ubezpieczenie. Prawda jest taka, że poza stratą finansową nie mam nic. W momencie kiedy wybiorę się do lekarza pierwszego kontaktu zapłacę 75$ i zostanie mi zwrócone około 30$. Za leki ubezpieczyciel nie zwraca. 
W przypadku hospitalizacji ubezpieczyciel zwraca 100% poniesionych wydatków. Nie wiem jak sytuacja wygląda w przypadku wykupu niezbędnych leków. Ubezpieczyciel ZWRACA, a nie PŁACI. Musiałabym mieć gotówkę na koncie. 3 wizyty u specjalisty, wykup lekarstw mogłoby kosztować zbyt dużo jak na moją kieszeń. 
Zasady te obowiązują wszystkie ubezpieczenia dla emigrantów przebywających na wizie studenckiej. My nie mamy jakiegokolwiek wsparcia ze strony państwa. My mamy się nauczyć i wrócić do swoich krajów. 

No, a co jeśli ja nie dzwoniłam po pogotowie, a sama do niego pojechałam? Co jeśli uległam wypadkowi? 

Chuchając na zimne stwierdziłam, że wolę się swoim ubezpieczeniem zbytnio nie chwalić. Będąc w lekkim szoku (straciłam wzrok na jedno oko) informowałam szefa, że mam problem. To co usłyszałam zdziwiło mnie na maxa: "Ewelina, nie przejmuj się. Jak będziesz musiała pokryć koszta i nie będziesz w stanie zapłacę za Ciebie". Coś niesamowitego. Przyszła jedna pani z biura. Koszta pokryje pracodawca. Przyszła kolejna: "Ewelina gdzie jest Twoje ubezpieczenie? Ty musisz to pokryć ze swojego". Pojechałam do innego specjalisty na drugi koniec miasta. Nikt nawet nie pytał o ubezpieczenie. 

A jak było w drugiej placówce?
Hmm... tak jak na naszych pogotowiach tylko w ładniejszych budynkach. Wszyscy siedzieliśmy w jednej sali i czekaliśmy na zbawienie. Przyszła, a raczej przyniesiono dziewczynę ze skręconą kostką. Niewiasta biegając uszkodziła się. Odstawiła taką histerię, że w operach mydlanych byłaby gwiazdą. Znajomy popatrzył się na mnie, ja na znajomego. Poszedł zaparkować auto w innym miejscu. Ja wiedząc, że nikt znajomy na mnie nie patrzy wpadłam w ryk. Szlochając poszłam po raz 3 do okienka i mówię przeplatając polski z angielskim, że mnie boli, że byłam umówiona i że mnie boli. 2 minuty później zaprowadzono mnie do zabiegowego. Kolejne 5 minut później znalazłam się w gabinecie lekarza. 

Dzień później. 
Zawożenie ręcznie napisanych zwolnień lekarskich. Kolejny dzień ponowna wizyta u lekarza i telefon ze szpitala z zapytaniem jaką formę ubezpieczenia wybieram: tą od pracodawcy i czy mam odpowiedni do tego dokument czy swoje emigranckie. Pani wyjaśniła mi całą procedurę. Słowa nie zrozumiałam. Zaśmiała się jak jej o tym powiedziałam i skwitowałam, że mam to co powinnam mieć, a resztą zajmie się mój szef. Później tel ze sklepu, czy wszystko jest dla mnie zrozumiałe. Ponownie odpowiedź: "nie, ale ja tego wiedzieć nie muszę. Ja muszę zakraplać oczy i zawieść dokument x do szefa". 

Co będzie później. 
Zebranie szefów wszystkich szefów i opracowanie kolejnej bezsensownej procedury minimalizującej ryzyko powstania podobnego wypadku. 
I to co jest dla mnie najprzyjemniejsze, zostaną mi zwrócone wszelkie poniesione koszta. Włącznie z zapłaconymi biletami autobusowymi. 

Na dobrą sprawę nie wiele to się różni od procedur jakie obowiązują u nas.

Praktyka i takie tam

Skoro zaczęłam już jakoś widzieć to mogę nadrobić lekkie zaległości.

Rozpoczęłam praktykę.
Najpierw byłam 2 dni w dużym domu starców, gdzie na około 20 podopiecznych było 2 pracowników. Praca przypominała tą jaką wykonuje się będąc zatrudnionym na produkcji. Obowiązywała zasada: biegnij jak usłyszysz dzwonek. Dzwonek nie przestawał dzwonić więc 8 godzin praktyki zamieniło się w katorgę. Atmosfera panująca przypominała również tą na produkcji: "oni nie mówią dobrze po angielsku, nie przejmuj się nimi." Przyznam, że sztuką nie jest nauczenie się dosłownie 3 wyrazów: zdrastwujtie (dzień dobry) oraz kak diela? (co słychać?) A Państwo ucieszyło by się, bo byłby to miły dla nich gest. No, ale ja tam nie pracowałam, ja jedynie rozpoczynałam praktykę. Na szczęście zwolniło się miejsce i mogłam się przenieść do miejsca, gdzie od momentu otworzenia drzwi wejściowych poczułam się swobodnie. I tak też jest nadal. Na 2 pracowników przysługuje około 7-8 staruszków więc jest możliwość poświęcenia im czasu. Mogę z nimi porozmawiać, a raczej starać się skomunikować. Mam typowo rosyjski akcent i osoby ze słabym słuchem nie rozumieją mnie. Przyznam, że i ja nie rozumiem ich bełkotu więc momentami jest po prostu zabawnie. I przyznam, że odkryłam swoje powołanie. Lubię tam przebywać. Staruszkowie są szaleni, bo demencja niszczy ich mózgi i tym samym pamięć, orientację w czasie i wiele innych, ale są wdzięczni za jakiekolwiek okazane wsparcie. Sami też starają się pomóc i walczyć o resztki swojej niezależności. Jest super! Już porozmawiałam z dyrektorką ośrodka i mogę zostać tak długo jak ustawa mi zezwoli, czyli 2krotnie dłużej niż moje kursy wymagają. Nie powiem żeby praca za darmo była tym co chce w życiu robić, ale zdobywam doświadczenie, a i te 250 godzin jest w stanie pomóc mi w kolejnej wizie.

Ogólnie jestem już ustawiona!




sobota, 21 czerwca 2014

Krótka przerwa w pisaniu

W pracy uległam wypadkowi i przez kilka godzin straciłam wzrok na jedno oko. Teraz jest już lepiej, ale jeszcze nie jest tak jak być powinno. Na wszelkie maile i wyjaśnienia odpiszę dopiero pod koniec przyszłego tygodnia.

Rzadko wyglądam jakbym wpierd... dostała. Sweet focia musiała być.

środa, 18 czerwca 2014

Rezydent

Po wizycie u adwokata w 2017 bądź najpóźniej w 2018 rezydent zawita :)

I więcej w tym temacie nie chce powiedzieć, by nie zapeszyć. Przyznam, że ulżyło mi. I wcale to takie skomplikowane i trudne nie będzie :) Ufff!!!

czwartek, 12 czerwca 2014

Co o nas myślą

Nic nie myślą, bo nas nie znają. Co to jest 200 tysi ludzi. Mało! Jeśli już cokolwiek o nas usłyszą to mają bardzo dobre o nas zdanie. I to jest super!

Sytuacja numer 1
Siedzę na przystanku. Rozmawiam z Polką przez telefon. Skończyłam. Telefon schowałam do torby. Odzywa się Australijka:
- Czy to był polski?
+ Tak
- (tu pada cytat) Jak się masz?
+ AAaaaa!!! :D :D :D

Sytuacja numer 2
Siedząc na przystanku rozmawiam z Mamą przez skypa. Skończyłam. Pani siedząca obok:
- "a co to był za język?"
+ "polski. Pochodzę z Polski, a mój język to polski"
- "ooo jaaa!! jesteś pierwszą Polką jaką poznałam"

Miło!

Sytuacja numer 3
- "jesteś z Rosji?"
+ "Nie. Blisko, bo z Polski"
- "Cracow is awesome but Warsaw..
+ "I know... terible"

Gdzieś coś o nas słyszeli. Najczęściej okazuje się, że:

- "I have friend Kasia"
albo:
- "because my friend Maciek..."

Istniejemy.

A jak się kojarzymy.
Tekst z zeszłej soboty:
- "I knew Andżelika and she is crazy! And you are crazy! I love your country!"

Przyznaje oboje wypiliśmy po kilka piw.

Inna sytuacja:
" Polskie kobiety są piękne!" I ten tekst słyszałam już KILKANAŚCIE razy!

Podsumowując.
Istniejemy. Ukrywamy się. Jesteśmy rewelacyjni! I to jest super!!! A jak nas nie znają to są ciekawi.

piątek, 6 czerwca 2014

Przemyślenia

Siedzę w ulubionej knajpie i przy piwach przeglądam net. To co mnie naszło.

Może ciągle walczę z czymś. Ciągle mam z czymś duży problem. Ciągle coś mnie ciągnie, ale mimo to prę do przodu i się nie poddaje. Ciągle mam plan, który realizuje.

I wiecie co? Może czasem mam doła i zamykam się w pokoju myśląc: "po jaką cholerę ja się w to pakowałam? Przecież ja miałam dobre życie!" Pomimo tego, że jak widzę polskie widoki to zawsze łezka w oczach się zakręci i to nie tylko mi. Ostatnio z Witkiem poszłam na kilka piw i widziałam jak na samo hasło łzy wycierał. Pomimo tego wszystkiego... NIE WRACAM!

Mając gównianą pracę nauczyłam się pokory i cierpliwości - coś nowego dla mnie.
Mając nieliczną grupę znajomych - bezinteresowności
Przyjeżdżając tu utwierdziłam się, że mam otwarty umysł i nie jestem uprzedzona, a wręcz przeciwnie ciekawa. Nadal się cieszę jak dziecko na gwiazdkę jak ktoś powie: "I like Cracow!" "jak się masz?" "Poland? I was many years ago in Poland... nice..." albo tak jak dzisiaj: "Are you German?" "nooo, I'm Polish" "aaaa... huge country..." "eeee??? he he" "So, are you busy today?" "nooo. Finaly, I have time to relaxing. Beer, please :)".
I utwierdziłam się, że jestem twarda i silna! I tego nie zamierzam zmieniać :)

A reszta jakoś przyjdzie.
Czasem brakuje mi chwil na nudzenie się. Na stwierdzenie, że nie mam co ze sobą zrobić. Może kiedyś to nastąpi. Może... W sumie to lubię jak dużo się dzieje wokół mnie. Tylko, że wszystkiego są jakieś granice, a ja swoje zaczynam przekraczać.

Tak więc do znalezienia kolejnej wolnej chwili :)

Pozdrawiam cieplusio z zimowej Australii.

Światełko w tunelu

Się pokomplikowało.

Mój kierunek ma obowiązkową praktykę. Szkoła teoretycznie pomaga w znalezieniu placówki wysyłając studentów do jednej zaprzyjaźnionej. Tylko dla mnie jest to strasznie daleko, a publiczna komunikacja w Gold Coast jest opłakana. Znalazłam inne miejsce. Podobna odległość, ale znacznie lepsze połączenia pociągowo-autobusowe. Byłam osobiście. Z paniami porozmawiałam. Miałam zanieść wszelkie dokumenty i umówić się na konkretny dzień rozpoczęcia treningu. Okazało się, że w dzień zaniesienia papierów miałam mieć pierwszy dzień. Nie byłam na to przygotowana, a raczej mój pracodawca o tym nie wiedział. Odmówiłam i umówiłam się za 1,5 tygodnia. W ten sam dzień dostałam maila od nauczycielki, że następnego poranka rozpoczynam praktykę w jej zaprzyjaźnionej placówce. Starałam się wszystko wyjaśnić. Pani nieco nie słuchając mnie i nie czekając na moje detale mailem wysłane zadzwoniła i sama chciała z przemiłymi paniami porozmawiać. Okazało się, że nie wiadomo kiedy zacznę mój placement (???). Pojechałam więc do polecanego domu starców. Zrobiłam wszelkie assessmenty z BHP, oglądnęłam nudne filmy, skończyłam trening przeciwpożarowy. Papierologię zdałam. Następny dzień miał być od 12:00 do 20:00. Byłam wykończona. Do domu dotarłam po 22:00, bo mam tak cudowny dojazd.
Wczoraj dostałam smsa od nauczycielki, że odwiedziła wybraną przeze mnie placówkę i zaczynam ponownie od wtorku. Cieszę, że tam gdzie chciałam, bo wydaje mi się, że mają lekkie problemy z personelem. Tylko, że kosztowało mnie to tydzień biegania po różnych facilities. Kilku telefonach z wyjaśnieniami do mojej nauczycielki. Kolejny tydzień ciągłego zmieniania zdania. Ogólnie stresówka.

We wtorek zaczynam swoją szansę na zmianę pracy! Będzie to trwało, ale jest realne światełko w tunelu i nie jest to nadjeżdżający pociąg :)

sobota, 31 maja 2014

Urywek życia

Zawsze staram się tak zorganizować czas, bym wieczorem padła na pysia stwierdzając, że to był dobry dzień. Tylko, że teraz to ja sama się sobie dziwię, że jeszcze wiem co się dzieje wokół mnie.

Mam dwie i pół pracy:
- Hotel,
- Praca o wczesnych, dla mnie nieludzkich godzinach
- pomagam w skończeniu kursu znajomemu (odpłatnie)

Ponadto sama potrzebuje wsparcia więc regularnie chodzę na prywatne lekcje z nauczycielem i oczywiście muszę czas poświęcić szkole.

Powinnam od dwóch tygodni być na praktykach. Niestety placówka, która miała być pewnikiem okazała się niewypałem. A pani manager była na tyle uprzejma, że nie odpisała mojej nauczycielce na 2 maile i nikt z jej personelu nie był w stanie udzielić mi konkretnych informacji. Wyruszyłam w teren, by samemu ją sobie załatwić. Spotkałam się ze zdziwieniem: "To taka szkoła istnieje?", "Przepraszam, jaka szkoła?", "Przykro mi, ale nie współpracujemy z... jak się ona nazywała? Mam tu listę i nie widzę czegoś takiego". Jest ciężko ze znalezieniem miejsca dla darmowego pracownika. W poniedziałek mam jakąś szansę wreszcie ją rozpocząć, a raczej zaklepać sobie miejsce.

W dodatku moje perypetie prywatne nie pomagają mi w skupieniu się.

Jest trochę za dużo wszystkiego. Trochę bardzo. No, ale jakoś do przodu!

Przypadkowo znalazłam coś ciekawego:
- Since the end of World War II in 1945, more than six million migrants have made Australia their home.
- Around 45% of Australians were born overseas or have at least one parent who was born overseas.
- People from more than 200 countries make up the Australian community.
- The top ten countries of origin for migrants to Australia are United Kingdom, New Zealand, China, Italy, Vietnam, India, Phillipines, Greece, Germany and South Africa.
- Australians identify with more than 250 ancestries.
- Australians practice more than 100 religions including Christianity, Buddhism, Hinduism, Islam and Judaism.
- More than 300 languages are spoken in Australian homes.
- More than 60 indigenous languages are are spoken today.
- Apart from English the most common languages spoken in Australia are Italian, Greek, Cantonese, Arabic, Mandarin, Vietnamese and Spanish.


Niezła statystyka.

niedziela, 18 maja 2014

Odpowiadając na pytania chciałam rzec... :)

Siedząc w mojej ulubionej knajpie przy dobrym piwie (ku memu zdziwieniu można takie tu znaleźć. Hmm... z Czech sprowadzane więc może dlatego mi nadwyraz smakuje) postaram się rzeczowo odpowiedzieć na szereg pytań jednej osoby, która jak mi napisała w mailu wcale mnie nie prześladuje. Jedynie dostałam wiadomości na mailu, facebooku i powstały liczne komentarze ha ha :D Gdybym mogła zaznaczyłabym 'lubię to!'

Cóż za kierunek wybrałaś, jaką szkołę, że masz szansę od razu podjąć zatrudnienie? 
Wybrałam kierunek dla nich deficytowy. Mają mało pracowników socjalnych. W Polsce skończyłam resocjalizację. Tutaj będę walczyła o zaakceptowanie mojej uczelni, bo póki co jej nie lubią. Teraz jestem na Certificate III Aged Care, czyli praca w domach spokojnej starości. Jest ich od grona więc problemów z zatrudnieniem nie będę miała. Jest sprawdzona teoria, by przeciągać obowiązkową praktykę do momentu aż się przekonają i zatrudnią. Tak więc :) wszystko się okaże w poniedziałek, bo coś mój start się przeciąga. 

Polacy są wszędzie i prezentują typowo emigracyjny poziom?

Tzn? Co rozumiesz przez 'emigracyjny poziom'? Nie wiem o co chodzi. Nie mam za dużo tu znajomych Polaków czy 'niepolaków', bo miasto nie sprzyja trwałym znajomościom - niestety. A tego, któremu bardzo ufałam nieodwracalnie straciłam... ale podczas telefonicznej rozmowy z Polką na pytanie: "ilu poznałaś tu Polaków i jakie wrażenia?" odpowiedziałam: "jak tak dalej pójdzie to głowę zacznę odwracać" jej odpowiedź: "ha ha no tak. nie zdziwiło mnie to."

Kolorowo z naszymi rodakami nie jest.

Ekh.. Ekh... <chrząknięcia> ja Ci dam, kolorowo nie jest! Ja sobie radzę. I to szybciej niż chciałam, bo mój plan był nieco wolniejszy. No, ale wiem co masz na myśli. Poznałam tutaj dwójkę bardzo przyjemnych Polaków. Z czego jedna osoba to backpakers więc jej już tu nie ma, ale nadal mnie reanimuje w sytuacjach kryzysowych. A druga boryka się z podobnymi do moich problemami. A pozostali to hmm... 

Do Australii- jednak jakiś poziom prezentować trzeba... 

Poziom portfela owszem. I tylko tyle. Serio. 

Zwłaszcza dla ludzi inteligentnych, którym do życia potrzebna jest ambicja i rozwój a nie Żywiec i Pierogi
Może się mylę i bardzo bym chciała, ale mam wrażenie, że masz nieco inne wyobrażenia o tym kraju niż jest w rzeczywistości. 
Australia ma potężnie rozwiniętą kampanię promującą jak również nie posiadamy dużej ilości informacji. Dla nas to są palmy, kangury i niebezpieczne zwierzaki. Zapomniałam o przyzwoitym socjalu. Palmy i kangury są. Niebezpieczne zwierzaki też, ale nie w tym stanie w którym mieszkam. Socjal - nie jest dostępny dla emigranta na wizie studenckiej. Jest przyjemna sytuacja ekonomiczna, bo zarabiając najniższą krajową byłam w stanie kupić sobie nowy komputer - miło. Wspomniane ambicje - przez pierwsze miesiące będzie lepiej jak je wraz z ego schowasz do kieszeni, bo chyba zawodowo nie będziesz się realizował pracując jako sprzątacz, pokojówka czy kelner (ostatnie najmniej płatne). Jestem tu 8 miesięcy i sprzątam więc gdzie tu ambicje? I gdzie możliwość pokazania "allo! Inteligent przyleciał?" Na pewno nie w pierwszym roku.

A mimo to, jest nas za dużo?

Nie w moim mieście. Tu prawie polskiego nie słyszę i tęskno mi za naszym szcz rz ch :D 

Polecam kluby Toastmasters (...) organizacje typu Polish Professionals

Dziękuje! o tym nie wiedziałam! 

Każda emigracja, zwłaszcza w samotności jest trudna.

Nie tylko ja tu w pojedynkę przyleciałam. Fakt czasem jest słabo. Czasem się zastanawiam 'po co to wszystko'. I wtedy pojawia się tylko jedna myśl: 'nie strać tego wysiłku który w to wszystko włożyłaś" więc staram się dalej. Choć z powodów prywatnych teraz jest słabo, ale głowa do góry i na przód!  

A jak wygląda kwestia "dawania szansy" ludziom. 

Znalezienie pierwszej pracy polega na kłamaniu. Australia jest krajem nacjonalistycznym. Lubią tutejsze doświadczenie i tutejsze szkoły. Na wstępie, kiedy tu się przyjedzie nie masz ani doświadczenia, ani ich papierów więc kłamiesz. Na moje szczęście w Gold Coast nie ma rzeszy Polaków więc do perfekcji opanowałam tekst: "bo w Polsce to mamy inne standardy. Ja mam duuuuże doświadczenie, ale tu jest inaczej". Oczywiście następuje dzień testowy w którym bardziej jest sprawdzane, czy masz potencjał niż czy Twoje cv mówi prawdę. W tym momencie opisałam rekrutacje na stanowiska gówniane typu: pomoc kucharza, wszelkiej maści sprzątacz. 

Jestem barmanem z zamiłowania, dodatkowo zrobiłem sobie kurs w Polsce, ale brak mi doświadczenia. Ale bardzo chciałbym pracować jako barman, jak pisałem- to moja pasja. Czy mentalność Australijczyków będzie mi przychylna? Wystarczy chcieć, czy jeszcze coś więcej? 

Nigdy nie startowałam na takie stanowisko, ale wydaje mi się. Podkreślę, wydaje mi się, jeśli właścicielowi się spodobasz to zaproponują dzień testowy albo dadzą Tobie listę ich drinków do nauczenia się i potem Ciebie sprawdzą. 

Jak poradziłaś sobie w kwestii przetransportowania swojego "dobytku" do Australii? Zabrałaś tylko bagaż 30kg i reszta na miejscu, albo bagaż kurierem? A może lepiej zabrać same najbardziej potrzebne rzeczy, a resztę kupić na miejscu?

Walizka w kolorze różowym i torba podręczna. Nic więcej nie wzięłam. Z rzeczy prywatnych aż 2,5:
- komputer - to jest 0,5, bo dla wielu nie jest on uznany jako rzecz prywatna 
- poduszkę w kształcie łosia na której teraz się opieram 
- kubek termiczny - niestety pracownicy mi go rozwalili. 

Nie zapominajmy, że AU nie jest bezludną wyspą i zawsze można coś tu kupić. W sumie to też nie wiedziałam co mogłabym więcej ze sobą zabrać. Minimalistą jestem. 
Jeśli myślisz o meblach, rowerach, wózkach... daruj sobie. A jeśli stwierdzisz, że bez komody po pradziadku się nie ruszysz to pomyśl jak ją będziesz przetransportowywał w trakcie przeprowadzek? Mieszkam tutaj 8 miesięcy i chyba 5 razy się przenosiłam. 

Wspomniałaś że chcesz się pobawić e-bayem. Czy lokalny rynek nie jest zasypany Chińszczyzną?
Przyznam, że przestałam. Najpierw muszę ogarnąć to czym się teraz zajmuje. Co za dużo to nie zdrowo. Przytłoczę się obowiązkami. Hmm... dowiadywałam się z 2 źródeł jak wygląda sprawa cła. I uzyskałam dwie skrajne informacje. 

Skoro w komentarzach poruszasz kwestie finansową to zapytam o koszta wyjazdu do Australii ile na koncie trzeba mieć, by wszystko od podstaw załatwić. Pomijam sprawdzanie konta pzez urzedy itd, tylko ile potrzbeujesz by tam wyjechac i poradzić sobie na początku, z moich wyliczen wychodzi 25 tysięcy złotych:
- bilet 2500zł - ok 
- Wiza studencka 1500zł  - ok 
- badania + tlumaczenia dokumentów 500-1000zł  - same badania kosztują 500zł. Ja przekroczyłam kwotę 1000zł
- Szkoła na 6 miesięcy (2 miesiące gratis) 14000zł - o co chodzi z 2 mcami gratis? Jeśli mowa o 2 miesiącach nauki gratis to w Gold Coast nigdy nie słyszałam o takiej ofercie. Ceny szkół są różne więc nie powiem czy to dużo, czy mało... 

- Na miesiąc mieszkania i życia 6000zł - jak tu przyleciałam miałam kasę jedynie na mc życia. Był telefon do Polski, bo obawiałam się, że zabraknie. Dolicz do tego kaucję za pokój. Jeśli skorzystasz z agencji może ona wynieść nawet 600 - 900$.

Nie zapomnij o międzynarodowym prawie jeździe. Jest to piękna, szara książeczka.
O dodatkowych badaniach jeśli na coś przewlekłego chorujesz. Dobrze by było gdybyś poprosił lekarzy o pisemne rozpoznanie z wyszczególnionymi lekami po angielsku - nie robią z tym najmniejszych problemów.

Pierdółki na które najwięcej kasy się wydaje: 
- dobre sandały, bo przez większą część czasu będziesz w nich chodził
- okulary przeciwsłoneczne kat.3 
- krem do opalania 50. W grudniu kiziając się 50tką spaliłam się. 
- buty do biegania i ogół ubrań sportowych - tu są droższe
- galowe ubrania.  

Jak się ma sprawa licencjatu i z doświadczeniem jednak nieudokumentowanym wykształceniem w tym kierunku? Akceptują polskie wykształcenie? 
Polskie wykształcenie - lubią wrocławską polibudę, a jeśli skończyłeś coś innego to nostryfikacja. W tym temacie więcej nie powiem, bo to jest przede mną. 
Nieudokumentowane doświadczenie - jak nie ma papieru to nie istnieje. Przepraszam, ale to wszędzie będzie obowiązywało.

Jak się przedstawiają "rasy" na ulicy? Dużo Azjatów, czarnoskórych? Co tu dużo mówić, przeszkadzają mi wyznawcy Islamu, ktorzy propagują swoją kulturę w innych krajach- jak z nimi? Większość osób próbuje zostać czy raczej rodzice opłacają im szkoły językowe i wracają do kraju? 
Wspomniałeś gdzieś o Sydney - nie byłam, ale słyszałam, że jest bardzo dużo Azjatów. QLD - wszystkiego po trochu z naciskiem na Azjatów. 
99% przylatujących jest sponsorowana przez rodziców. Kończą kursy i najczęściej wracają do krajów. I to jest bardzo słabe, bo ludzie są na chwilę. Polubisz, przyzwyczaisz się i żegnasz. A i też inaczej funkcjonują niż osoba chcąca zostać. Ty musisz myśleć o pieniądzach na szkołę, na wizę. Oni na imprezę. Jest różnica. 

wtorek, 13 maja 2014

Chinatown i szkoła

Później były odwiedziny szkoły znajdującej się w Chinatown.

Główna brama zrobiła fajne wrażenie. Nadal ubolewam, że miałam zbyt słaby aparat w komórce. Poniższe zdjęcie znalazłam gdzieś w necie.
Wrażenia wizualne super. Szkoda, że komuś sajgonki się spaliły. Na całym chodniku było je czuć.

Szkoły niestety nie jestem w stanie zmienić. Kursy rozpoczynają co 3 miesiące i na me nieszczęście pierwszy jest za szybko. Nie zdążę przebrnąć przez biurokrację. A kolejny za późno. Musiałabym poświęcić całe swoje wakacje. Trochę za dużo mnie to poświęcenia będzie kosztowało. Tak więc czy mi się podoba, czy nie muszę pozostać w szkole w której jestem i los prosić, by niczego więcej nie spieprzyli. A jeśli tak się stanie, to by nie było nic poważnego.

Dobrze, że mam bardzo przyjemną nauczycielkę. Dzięki niej jestem jeszcze w stanie przetrwać. Teraz muszę ogarnąć temat praktyk, których szybko nie skończę. Dają mi bardzo duże szanse na zatrudnienie. I tym samym na mocne zbliżenie się do wizy stałego pobytu oraz normalnej pracy. Bardzo miło zaskoczyła mnie nauczycielka, która zmieniła mi miejsce praktyk na placówkę znajdującą się w moich okolicach, a nie jak pierwotny jej plan przewidywał, oddaloną o ponad 20 km. Wysłała maila do managera z informacją, że byłabym zainteresowana podjęciem zatrudnienia. Bardzo mnie ta wzmianka ucieszyła. Co prawda manager nie odpisała jeszcze, ale i tak miło z jej strony. A ja ze swojej powinnam w poniedziałek do niej pojechać i osobiście porozmawiać.

Trzymajcie kciuki :)

poniedziałek, 12 maja 2014

Polonia

Pojawiłam się. Powróciłam. Po ponad miesięcznej przerwie. Jestem.

Wiele się wydarzyło. Jak zawsze. Czasem chciałabym się ponudzić i stwierdzić, 'tak pora tą moją szczupłą pupę ruszyć'. W zamian za to ciągle mi czasu brakuje. A jak mam chwilę spokoju to po prostu zwijam się w kołdrze i udaje, że zniknęłam. Bardzo lubię ten stan. Niestety miauczący Rufus za drzwiami najczęściej mi go przerywa.

Zwiedziłam polski klub. Musiałam być w Brisbane, by sprawdzić szkołę, która mi przypadła do gustu i przy okazji zjadłam pierogi.

Przyznam, że bardzo mocno się zawiodłam. Nie wiem jak wyglądają inne polskie kluby. Po odwiedzinach tego nie jestem już nawet ciekawa.
Oczekiwałam, że zobaczę kalendarz eventów, spotkań, czegokolowiek. Kalendarz jest, ale prawie pusty (prawie, bo usłyszałam o tańcach <chyba Zumba> i targach żywności) Byłam pewna, że usłyszę: "co 3 czwartek miesiąca są organizowane wypady do pobliskiego kina, a później idziemy do kawiarni na kawę i ciastko" bądź "raz w miesiącu, najczęściej w ostatnią niedzielę jedziemy na mini wycieczkę. Ostatnio byliśmy w xyz i tu są zdjęcia. Było super" Zorganizowanie takich 'imprez' jest czymś prostym do zrobienia. Tylko trzeba chcieć. W zamian za to usłyszałam:

'Gdybyś przyjechała w piątek późnym popołudniem to miałabyś możliwość spotkania większej ilości Polaków. Po pracy przychodzą napić się piwa".

Przepraszam, ale nie za bardzo chce mi się jechać łącznie 3 godziny pociągiem po to, by dosiąść się do czyjegoś stolika i napić się Żywca, który od kilku lat zbytnio dobrym piwem nie jest.

A jakie pierwsze wrażenie?

Takie, że wyszłam. A później stwierdziłam, że skoro ich znalazłam to przynajmniej jakiś obiad zjem (czekał mnie cały dzień w Brisbane).
Dostałam rozgotowane pierogi (sztuk 5) z sałatką z Colesa z 3 plasterkami ogórka i 2 plasterkami pomidora, które zostały oblane wodą z octem, przepraszam zostały podane z sosem vinegrette.

To co może być ciekawe to targi żywności. Są co 2 tygodnie.

Nieco inaczej sobie wszystko wyobraziłam.








środa, 9 kwietnia 2014

7 miesięcy i 3 dni

To co mnie zaskakiwało to Polacy - tutaj i w Polsce.

Tutaj
Rzeszy Polaków nie spotkałam, ale tych z którymi udało mi się zamienić kilka zdań to długo będę pamiętać. Czasem jesteśmy:
-> dzicy:
+ "ale się napierdzieliłam wczoraj. Dzisiaj ciężki poranek... wypiłam 2 red bulle, kawę i chyba nadal jestem pijana"
- <zaciekawiona> "wow! To niezła impreza musiała być :)"
+ "eee...nie impreza. Nie chciało mi się siedzieć w domu więc poszłam do knajpy"
- "no, ale skoro jeszcze czujesz się nie na siłach to musiało być grubo" powiedziałam ze szczęściem w głosie, bo dziewczyna musiała mieć niezły wieczór.
+ "Grubo? Wypiłam dwa piwa... czekaj, trzy. Jedno w domu"
- "To szkoda, że zmęczona jeszcze jesteś." <coś musiałam powiedzieć>
Po co? Na co zmyślać?

-> nieudolni
Swego czasu wspomniałam o młodym małżeństwie.

Nie mogę zapomnieć o: "ja to ich powalę z nóg. Tych wszystkich Australijczyków". Przepraszam, czym? Łamanym angielskim? Bądź syndrom: "Ja tutaj osiągnąłem taaaaaaaaki sukces". Mieszkam tu niecały rok i mam zbliżony pułap tego sukcesu.

Nie rozumiem. Po co udawać osoby, którymi nie jesteśmy? To szybko wychodzi na jaw.

Dobrze, że są też i:
-> wariaci - w sumie to wariatka, która ma siłę bawić się w bycie globtroterem.

-> bardziej stateczni wariaci co to rzucili wszystko z dnia na dzień i stwierdzili, że jadą spróbować postawić dom gdzie indziej. Powoli, powoli prą do przodu. I o to chodzi!

-> szaleni wariaci, co to np. za wszystkie oszczędności kupili łódkę i co weekend płyną siną w dal połowić ryby.

Polska

Po raz kolejny życie zweryfikowało znajomości.
Przed wyjazdem czasami spotykałam się z odrażającym zachowaniem, prawdopodobnie zazdrość się odzywała. Słyszałam teksty w stylu: "Skoro stać Ciebie na ten wyjazd to rozumiem, że stawiasz!". Nie było przyjemnie. Na szczęście nie były to też bliskie mi osoby.

Teraz mam wrażenie, że dla paru jestem urozmaiceniem ich monotonnego życia, dostarczycielem rozrywki. Porozmawiają ze mną tylko wtedy kiedy przysłowiowo rzygnę tęczą na której stoi kucyk pony. Jeśli napomnę coś o swoich troskach i obawach słyszę... ciszę. Nie jest to miłe, ale chyba musiało tak być.

Na szczęście nie otoczyłam się jedynie takimi osobami.
Piotrze, dziękuje za kopa w tyłek jakiego mi ostatnio dałeś. Bardzo tego potrzebowałam.
Gosiu - za wszelkie maile i rozmowy, te bardziej i mniej przyjemne.
Rafale - za 24/7 możliwości wypłakania się na internetowym ramieniu.
Moniko - trzymam kciuki za Mikołaja. I dziękuje za dodawanie otuchy.
Dziękuje cichym głosom - Asi B. i Ani H. Niesamowicie mi miło, że czasem tu spojrzycie i wyślecie maila.
Olu - to chyba oczywiste :)

I wielu innym, którzy czytali me wypociny i komentowali na bieżąco. Tutaj, czy poprzez maila bądź facebooka.

Teraz jest jasne.
Przez ostatnie 3 dni starałam się wszystko podsumować i tym samym zawiesić publikowanie nowych postów na jakiś czas.

W chwili kiedy znalazłam się na basenie zdałam sobie sprawę, że mam już zbliżony standard życia do tego, który zostawiłam.

Czasem pojawiają się problemy finansowe. Tylko kiedy ich nie było? Czasem mam ochotę tupnąć nogą i się rozpłakać jak mała dziewczynka. I przyznam, że później czuję ulgę. Czasem mam ochotę spakować swoje zabawki i uciec. A ile razy Wy mieliście ochotę to zrobić? No, właśnie! Czasem jest mi tu za ciężko, bo mam inne niż do tej pory problemy, ale dzięki wyżej wymienionym prę do przodu i się nie poddaje.

Krótko reasumując:
Ile potrzebuje normalnie stąpająca po ziemi Polka na stworzenie swojego gniazdka na obczyźnie? 7 miesięcy i 3 dni.

Zacznę publikować nowe posty w momencie kiedy nastąpi jakiś przełom. Teraz jest czas na monotonie życia codziennego i oddanie się treningom. Na kilka bądź nawet kilkanaście miesięcy mój triathlonowy plan musi pójść w odstawkę. Znalazłam coś innego. Maraton pływacki będzie w sam raz, ale wystartuje może za jakieś pół roku. Dużo pracy przede mną.

Mam nadzieję, że niektórym przydały się zawarte informacje o tym czego można się spodziewać zaczynając od nowa życie na antypodach.

Pozdrawiam,
Ewelina