środa, 3 marca 2021

Jeden dokument.

Wróciłam do domu z podkulonym ogonem z nadzieją, że szybko go opuszczę. Nie podobała mi się wizja zasiedzenia. Nie chciałam być niczyim ciężarem. Nawet nie zastanawiałam się nad szukaniem stałej pracy, bo bym wylądowała w korporacji, a tego bym nie zdzierżyła. Zatrudniłam się jako live-in carer w Anglii, ale o tym innym razem. Nastawiałam się na przyjemne wakacje połączone z kolekcjonowaniem dokumentów i dorobieniem sobie tak, bym mogła powrócić do swojego życia w nienaruszonym stanie. Taki był mój plan. Taaa... czemu nigdy nie może być tak jak sobie założymy? Podobno życie nie może być zbyt łatwe, by móc docenić smak sukcesów. Podobno. 

Zderzenie z Polskimi realiami nie było tak przyjemne jak się tego spodziewałam. Ceny za podstawowe produkty zawyżone - obładowane podatkami. Ludzie jakoś bardziej czepliwi i markotni. A nasza gościnność okazała się dyktowaniem co mam robić ze swoim życiem. Usłyszałam jedne z najbardziej dotkliwych słów od osób, które były mi bliższe od rodziny. Większość moich wspomnień wyobraźnia zmieniła, a rzeczywistość sprawiła, że pękły niczym bańki mydlane. Zaczęło być szaro i buro wokół mnie i tak jest nadal pomimo, że życie budzi się ponownie za sprawą nadchodzącej wiosny. 

COVID mocno utrudnił normalne funkcjonowanie. Wielu ludzi straciło prace bądź ich wynagrodzenia zostały zmniejszone. Kilkoro z moich znajomych ucierpiało. 2020 był chyba dla nas wszystkich rokiem ciężkim, który chwała Bogu już się skończył. Psychologiczna bariera końca roku została złamana i zła passa powinna się odmienić. Dla mnie zmiana jeszcze nie nadeszła. Mentalnie nie radzę sobie i z miesiąca na miesiąc czuje się coraz gorzej - samotniej, puściej i z mniejszymi chęciami do życia. Brakuje mi jednego dokumentu, który ze względu na problem z radzeniem sobie z emocjami, ciężko mi zdobyć. Już jestem blisko. Już słyszę tupot karaluchów i głośny wrzask kakadu o 4:00 rano. Już prawie tam jestem. Tylko ten jeden ostatni wysiłek. Stworzyłam sobie w głowie presje wielkości Mont Everestu (dzisiaj to usłyszałam i spodobało mi się) i nie mogę jej ruszyć. Jeszcze nie. Jestem w dobrych rękach, w których czuje się bezpiecznie więc jest to jedynie kwestia czasu. Nie mogę się doczekać kiedy pojadę do Anglii - nie przepadam za nią, ale potrzebuje jej. Bardzo chce zmienić otoczenie, choćby na chwilę, a i przy okazji zarobię. 

Cieszę się, że mam swojego Sierściucha. Właśnie leży koło mnie i głośno pochrapuje. Daje mi on niesamowite ilości pozytywnej energii, której tak bardzo teraz potrzebuje. Nie sądziłam, że posiadanie psa może tak bardzo odmienić moje życie. Muszę znaleźć więcej tego co mnie podnosi na duchu. 

poniedziałek, 1 marca 2021

Tęskno.

W Polsce wylądowałam 25 stycznia 2020, czyli ponad rok temu. Australia nie jest rajem na Ziemii, a moje życie nigdy nie było, nie jest i nie będzie usłane różami. Byłam tam szczęśliwa - chyba pierwszy raz w życiu. Niby nic, ale cholernie mi tęskno za tym uczuciem. Uwielbiałam swoją monotonną rutynę. Poranna duża kawa, a tuż po niej długie spacery po plaży i zabawy z psiakiem, któremu tak niewiele potrzeba do szczęścia. Grzeczna rozmowa z ratownikami i psiarzami składająca się głównie z uśmiechów i poklepywania po ramionach, ale jakże miła w szumie fal i jeszcze nie zbytnio prażących promieniach słońca. Powrót do domu ze śpiącym Szczęściem w samochodzie. Prysznic, lunch i drzemka przed pracą, bo i czemu nie. Nadal z uśmiechem na twarzy jechałam do pracy i starałam się sprawić, by ci którym jest on najbardziej potrzebny, zarazili się nim. Nie musiał to być banan od ucha do ucha. Wystarczył mały - półgębkiem, bym wiedziała, że zrobiłam kawał dobrej roboty i spełniona mogła wrócić do domu. Ot, moja nudna monotonia życia codziennego. 

Zniszczył mi ją na kilka miesięcy Ten co to miał sprawić, bym poczuła się w pełni spełniona. Początki były iście niebiańskie. Czułam się jakbym poznała bratnią duszę z którą mogłam bujać w obłokach i snuć coraz bardziej szalone plany, łącznie z założeniem rodziny i przeprowadzką do mniejszego miasteczka. Gdybyśmy mieli chłopca byłby to Christopher James (CJ dla kumpli), nad dziewczynką jeszcze się zastanawialiśmy. Ja nalegałam nad Zoe, ale w połączeniu z jego nazwiskiem brzmiałoby za krótko więc myśleliśmy nad drugim imieniem. Z każdym kolejnym dniem przestawałam się łudzić w ziszczenie tych pięknych opowieści. Jego stare demony przejęły kontrole nad jego jestestwem i z cudownego człowieka zmienił się w manipulatora robiącego wszystko, by karmić swoje skrzywione ego. Najprawdopodniej to On złamał łapy mojemu psu. Wszystko na to wskazuje, ale nie rozumiem po co. 

No, ale wkroczył on do mojego życia na tylko 10 miesięcy z czego nie każdy był okropny. Później mogłam powrócić do swojej kochanej rutyny codziennych spacerów i zabaw z Sierściuchem. Po styczności z Tym co miał mnie uszczęśliwić zdałam sobie sprawę, że bardziej cenię towarzystwo zwierząt niż ludzi. Ci od których w hierarchii jesteśmy wyżej nie kłamią, nie kombinują, nie są źli bez powodu. Oni bezwarunkowo kochają, zawsze się cieszą z naszego przybycia do domu, są powiernikami dziwnych sekretów i potrafią sprawić, że jest dużo śmiechu wokół nich. Nie mówię, że uciekam od ludzi, ale zaczęłam bardziej doceniać, te chwile w których nie słyszę człowieczego głosu. 

Tęsknie. Za słonym i ciężkim powietrzem. Za wieczorną bryzą. Za piaskiem sypiącym się między palcami i za obrzucaniem nim Łobuza. Za chłodną wodą w oceanie z za dużymi jak dla mnie falami. Za widokiem surferów i niespełnioną obietnicą „kiedyś się na to odważę”. Za uganianiem się z butem w rękach za wszystkim co weszło mi do domu. Za wieczorami spędzonymi w ogrodzie przy zapalonych lampkach i zimnym piwie. Za cichym przyglądaniem się swoim podopiecznym jak błogo i niewinnie śpią. Za długimi rozmowami w których pojawiały się różnice kulturowe, a które każdorazowo kończyły się otwieraniem na nowe. Za uczuciem „tak, to jest moje miejsce. To jest mój skrawek ziemii”. Tęsknie.

Powrót do Polski.

Posta piszę z Polski, a dokładniej z rodzinnego mieszkania. Siedzę na podłodze wraz ze swoim czworonożnym uparciuchem w pokoju w którym spędziłam całe swoje dzieciństwo i czekam z wytęsknieniem na wyjście robotników zmieniających rury w kuchni. Własnych myśli nie słyszę. 

No, ale nie wytłumaczyłam jak się tutaj znalazłam. O sprawach wizowych ludzie milczą. Jedynie odpowiadają półszeptem „było ciężko”. Nikt nie wdaje się w szczegóły. Nikt nie chce powracać myślami do tygodni, miesięcy a czasem i lat kiedy obawiali się odbierać połączenia z zastrzeżonego numeru telefonu, a listy z logiem urzędowym podwyższały ciśnienie jeszcze przed ich otwarciem. W Australii jak coś się z wizą sypnie to raz, a dobrze. Stało się. Będąc tymczasowym rezydentem i wiodąc sielskie życie dostałam mejla. Uprzejmie poproszono mnie o wyjaśnienia dlaczego nie umieszczam prywatnych zdjęć/ informacji na swoim profilu facebookowym i doszły do nich słuchy na temat pewnych nieprawidłowości. Czytając pierwszy punkt głośno parsknęłam śmiechem, bo konieczność tłumaczenia dlaczego nie uprawiam publicznego ekshibicjonizmu wydawała mi się odrealniona. Co do drugiego punktu serce złowrogo zakołatało w klatce piersiowej. Telefon do już byłego wizowego-partnera - cisza. Telefon do jego krewnej, a mojej dobrej znajomej - zatkało mnie słysząc co się wydarzyło, a działo się wiele. Swego czasu poprzez Messengera zostałam zaproszona na ślub, ale stwierdziłam, że to jakiś żarcik, którego nie rozumiem - nie pierwszy i nie ostatni, czyli sprawę olałam. Ów uroczystość odbyła się i jednym z głównych aktorów był nie kto inny jak już mój były wizowy-partner, a żeby do niego mogło dojść to musiał niektóre sprawy sprostować i tym samym, nie informując mnie o tym, doniósł na mnie. O ich związku rozpisywać się nie będę, bo „wszystko co powiesz może być użyte przeciwko tobie”, czyli z czystej ostrożności temat przemilczę. Skonsultowałam się z prawnikami, których nie łatwo było znaleźć. Większość nawet nie chciała się ze mną spotkać słysząc zarys sprawy. Wycofałam wszystkie swoje papiery uzasadniając, że mój związek przestał istnieć. Spakowałam się do jednej walizki, wysłałam psa ze złamaną łapą i zamontowanymi śrubami i opuściłam kraj. Na decyzję miałam 28 dni i taką samą liczbę dni na wylot z Australii - z mojego drugiego domu. 
Jakikolwiek związek z wizowym-partnerem przestał istnieć x czasu temu, ale nie sądziłam, że on na mnie doniesie. Wiedział czym będzie to skutkowało. Zamknęłam swoje dotychczasowe życie i będąc na silnych środkach uspokajających wsiadłam do samolotu. Prawie 30 godzin lotu do Warszawy, przejażdżka do Cargo, by odebrać psa, który przyleciał o jeden dzień za wcześnie. Odbiór trwał ok. 4 godzin, bo jak się okazało nie miałam kompletu polskich dokumentów, które to Polska strona miała mi je mejlem wysłać. Oczywiście ich niedopatrzenie było moją winą. A sam czworonóg? Ręce mi opadły - nikt mu nie dał jedzenia i szczekał w niebogłosy domagając się jakiejkolwiek uwagi. Słyszałam uwagi o jego skandalicznym zachowaniu. 2 godziny stania na dworcu, ponad 4 w pociągu i już prawie, prawie w domu. Na moje nieszczęście będąc w czymś co się przemieszcza nie mogę zasnąć. Po uściskaniu Mamy poszłam spać i obudziłam się dwa dni później.   

A czemu ludzie milczą o wizach? Otóż... brat agentki nieruchomości u której wynajmowałam dom miał dokładnie taki sam problem jak ja - wrócił do Australii. Znajoma z pracy (Słowacja) z całą rodziną musiała opuścić kraj i z zewnątrz aplikować o wizę oraz oczekiwać decyzji. Pieniędzy im zabrakło i nie skończyła swojej opowieści, bo w między czasie pojawiły się łzy w oczach. Inna znajoma, była na wizie sponsorowanej i firma przestała istnieć z powodu machlojek finansowych. Kolejni, którzy opuścili kraj, by ponownie wrócić. Inni to dwa rodzeństwa, czworo ludzi z czego troje miało inne nazwiska więc kłamali w papierach, wzięli ślub i aplikowali o wizy partnerskie. Przez kilka lat bali się zapraszać ludzi do domu, odbierać telefonów, otwierać listów i żyli w ciągłym strachu. Jeszcze inny z kraju afrykańskiego po  wylądowaniu w Australii podarł swój paszport i zgłosił się do imigracyjnych z informacją, że potrzebuje azylu, a powrót do jego ojczyzny grozi mu śmiercią - dostał pobyt. Ostatnie dwie historie są zasłyszane i nie znam ich danych osobowych, nawet nie wiem w jakim mieście mieszkają. 

Słowa wstępu.

Od kilku miesięcy zastanawiałam się nad powrotem do pisania bloga. Przyznam, że zajmował on szczególne miejsce w moim życiu, a wzrastająca liczba odwiedzin popychała mnie do dzielenia się swoimi troskami - mniejszymi i większymi, spostrzeżeniami - mniej lub bardziej odkrywczymi i próbą odkrycia siebie samej - tego co mnie kręci i zadowala, smuci i złości. Działał on na mnie terapeutycznie, za co byłam mu wdzięczna - wylewałam tutaj nadmiar zalegającej żółci oraz opisywałam powody dla których chciałam się pochwalić licząc na to, że ktoś je przeczyta i pomyśli: „tak trzymaj!” Szczerze to lubiłam i część mnie chciała powrotu, ale... 

Mimo tych pozytywnych bodźców pojawiał się strach i to on paraliżował mnie do tego stopnia, że wychodziłam stąd i uspokajałam się kilkoma głębszymi oddechami. Strach przed nękaniem mnie, złorzeczeniem i obrażaniem. Było tego dość sporo. Przez ponad 4 lata nie opublikowałam żadnego postu, a wiadomości nadal docierały. Nauczyłam się nie udostępniać w mediach społecznościowych informacji kojarzących się z moim miejscem zamieszkania. Przestałam używać swojego imienia i nazwiska z obawy, że ktoś może zacząć szperać tam gdzie nie powinien i hejtu będzie jeszcze więcej. Pękłam w momencie kiedy przeczytałam na forum stworzonym przez Polaków mieszkających w Australii słowa, które pamiętam do dziś, ale nie będę ich tu przytaczała, bo one niczego nie zmienią. Płakałam. Długo płakałam. Czasem broniłam się tutaj upubliczniając niektóre dziwne zachowania, co spotykało się ze zrozumianą przeze mnie krytyką - jako czytelnik nie chciałabym zaznajamiać się z narzekaniami na tych, którzy tu przychodzą. Robiłam to, bo nie wiedziałam co jeszcze mogę zrobić. Nadal się cyberstalkingu (nazwijmy rzecz po imieniu) obawiam, ale jakoś mniej. Nawet tu i ówdzie pojawiam się pod prawdziwym nazwiskiem.

Czy stałam się silniejsza z biegiem lat? Nie wiem. Wiem za to, że przeszłam w życiu zbyt dużo i to pozostawiło swoje ślady w ilości siwych włosów, których przestałam ukrywać pod farbą. Przybyło mi kilogramów i pojawił się mały piwny brzuszek, ale nadal jest mniejszy od cycków więc się jeszcze nie martwię. Spędziłam kilka lat na terapii i jestem wdzięczna za każdego psychologa, który był i jest przy mnie, bo to dzięki nim jakoś sobie radzę ze swoimi demonami. Sprawiłam sobie psa - chodzące 7 kg szczęście, które wniosło w moje życie wiele radości. I tak staram się żyć i nie dać zwariować. 


 

piątek, 22 kwietnia 2016

Cuda się zdarzają!

Pracuję jako asystenka pielęgniarki. Lubię swoją pracę. Powiem więcej uwielbiam pomagać innym. Jest to co chciałabym robić w swoim życiu. Ku memu zdziwieniu. Jestem już prawie, że oficjalnie uznana za bossa zmiany popołudniowej. Przyznam, mam tą cechę w sobie, że lubię rządzić. Nie robię tego bom zołza. Wszystko ma być zrobione na czas, by wszyscy mogli skończyć pracę punktualnie. Stworzyliśmy bardzo zgrany team. Znamy się, ufamy sobie i staramy się szanować. A ja jestem tą, która trzyma rękę na pulsie. Kwestia charakteru, a nie zakresu obowiązków. Szkoda tylko, że mój szef jest negatywnie nastawiony do mnie.

Nasi rezydenci są w różnej kondycji. Niektórzy nie powinni być w nursing homie, ale nie mają gdzie się podziać. Inni powinni być w szpitalu psychiatrycznym, bo potrzebują zupełnie innego rodzaju pomocy. Z przyczyn dotacji nursing home nie ma zamiaru ich przekazać innym placówkom. Pozwolę sobie na brak komentarza. Inna grupa czeka na zmianę diagnozy na "opieka paliatywna". A jeszcze inni...

Jest Miss Bom Bom. Historia tragiczna. W wieku 7 lat uległa wypadkowi. Doszło do uszkodzenia mózgu. Zatrzymała się w rozwoju i z biegiem lat nieco się w nim cofa. Jest niewidząca. Nigdy nie uczyła się języka angielskiego. Straciła kontrolę nad swoim językiem. Brzmi to jak: ble ble ble jedno słowo ble ble ble. Straciła zdolność chodzenia. Coś strasznego. W takich wypadkach rozumiem słowo eutanazja.
3 dni temu krzyczała "leave me alone". Z koleżanką zdurniałam. Pobiegłyśmy do jej pokoju, by się upewnić. A ta ponownie: "leave me alone". Szok! Prawdopodobnie usłyszała to zdanie od innej ostro zakręconej kobiety. Ucieszyłam się niesamowicie. Na następny dzień. Pora kolacji. Nakładam jedzenie na łyżeczkę i wkładając do ust powtarzałam słowo "dinner". Powtórzyłam kilkakrotnie. Czekałam na jej odzew. Zignoruje? Powtórzy? Mówiła to słowo kilkakrotnie.
Ucałowałam, przytuliłam i pobiegłam się pochwalić. Istnieje szansa, że nauczy się podstawowych zwrotów.

Wiem, nie brzmi to oszałamiająco, ale jest to prawie, że cud. 5 razy w tygodniu widzę tą 40paro letnią kobietę, która mamrocze i żyje jak warzywo. A tu nagle taki przełom :)

Uwielbiam takie sytuacje!

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

...bo na kiju zawsze jest marchewka.

Mimo wszystko z biegiem czasu ukształtowała się Ona! Ta Wielka i Atrakcyjna Marchewka Na Kiju, którą codziennie widzę i która napędza mnie do działania. Tylko, że jest ono znacznie wolniejsze niż bym chciała. Muszę zwolnić tempo. Jeszcze jestem na etapie rekonwalescencji. Czuje permamentne zmęczenie. Pracuję nad tym. Przyznam, że napawa mnie to pozytywną energią, bo wiem, że robię coś dobrego dla siebie samej. I niech tak zostanie.

O swoich najważniejszych celach opowiedziałam dobrej znajomej i poparła mnie. Czemu nie? Choć są one bardzo ambitne i nie będzie łatwo. A mowa o powrocie na studia. Chce poprawić mój jeden dyplom, bo może mi się on tutaj przydać jak również zawodowo pokochałam pomagać innym. Na szczęście nie będę musiała zrobić całego kursu, a jedynie nadrobić różnice programowe. Zawsze to łatwiej. Chciałabym również zostać zarejestrowaną pielęgniarką. Większa odpowiedzialność, ale znacznie lżejsza praca. Tylko, że wszystko musi poczekać. Moim długoterminowym celem jest podjęcie dwóch prac w różnych dziedzinach. Jestem osobą, która szybko się nudzi i to była główna przyczyna ciągłego zmieniana zatrudnienia. Jak się poczułam specjalistą w danej sferze to zazwyczaj zaczynałam toczyć pianę z pyska i z wkurzeniem na twarzy rozstawałam się z firmą i szukałam nowych wyzwań. Pracowałam już wszędzie: mając 19 lat na stacji benzynowej i w sklepie całodobowym na pełnym etacie, później były 2 firmy windykacyjne, centrala jednej z największych agencji pracy, centrala banku, placówka bankowa, Gazeta Wyborcza sekcja gazetapraca. Jedna z klientek stwierdziła, że jestem niesamowicie elastyczna i mam szczęście, bo zatrudniają mnie wszędzie gdzie chce. To nie jest tak.

Zawsze wychodziłam z założenia, że jeśli się nie udaje od strony wejściowej może uda się od strony piwnicy. I tak próbowałam aż się udawało.

Tutaj mogę mieć o tyle większy komfort, że mogę bez większych problemów połączyć 2 odmienne zawody, które zawsze dadzą mi emocji. I tego w życiu potrzebuje. To jest odległy plan. Powoli zbliżam się do jego realizacji.

Tylko, żeby to wszystko mogło nastąpić muszę mieć otwarty umysł. I tu powróciłam do swoich wierzeń i zasad, które zawsze mi dodawały energii bądź napawały optymizmem.

Wydarzyło się dużo złego, ale jest to czas przeszły. A moja przeszłość nie jest tym kim jestem. Nie mogę się z nią utożsamiać, bo nigdy nie przestanę w niej żyć. A istotne jest to Teraz. Teraz się liczy. Teraźniejszość. Teraz piszę bloga, popijam herbatę i się uśmiecham. To Teraz jest ważne. Teraz napisałam o swoich planach. Jedynie Teraz mogę kształtować Przyszłość. Wiele lat się tego uczyłam. I poznałam wielu ludzi, którzy nie mogą przestać żyć w swojej przeszłości. Najlepszym przykładem jest jedna rodzina. Niesamowici ludzie. Bardzo mili, pomocni, mądrzy i zabawni. Bardzo dużo czasu z nimi spędzałam. On odszedł od niej. Mają 2 dzieci. Młodsze jest z nią. Starsze wyrzucone przez matkę jest z nim. Kobieta zniszczyła tych ludzi. On po rozstaniu oddał jej wszystko prócz swoich oszczędności na koncie za które kupił statek i uciekł. Zwolnił się z bardzo dobrze płatnej pracy, bo stracił sens jej wykonywania. Żył tak przez kilka lat. Osiedlił się. Podejmuje się jedynie dorywczych prac. Chce założyć nową rodzinę, ale za każdym razem gdy się zbliża do kogoś dostaje ataku paniki i ucieka. Jego starszy syn nie ma ani jednego znajomego. Nie potrafi zbudować zdrowych relacji. Oboje żyją tym co było.

Nie potrafią się pogodzić ze swoją przeszłością. Ciągle cierpią. Zapomnieli, że ból jest tymczasowy i tylko od nich samych zależy jak długo chcą go odczuwać. Tylko, że to wymaga pracy i wysiłku. Oboje tkwią w jednym martwym punkcie od x lat. Smutne.

Kiedy budzę się i wiem, że to nie będzie dobry dzień tuż po prysznicu spoglądam sobie głęboko w oczy i mówię do siebie:
You are fucking awesome genius!
Każdy się uśmiechnie. I o to chodzi. Nie ważne, że to głupie zdanie. Działa i o to chodzi!

Po ciężkiej pracy jest nagroda. Kilka lat temu byłam bardzo aktywna. Dawałam z siebie 150% normy. Czasem czułam potężny ból, bo początkowo moje płuca i serce nie pracowały normalnie (mogłam starać się o dokumenty potwierdzające niepełnosprawność). Ignorowałam ból. Nadal ćwiczyłam. A po tak ciężkim wysiłku była sauna, którą uwielbiam. Była nagroda.
Jeden dzień w miesiącu mam ochotę zabić wszystkich wokoło. Z chęcią ustawiłabym ludzi w szeregu i z histerycznym śmiechem rozstrzelałabym ich. Byłam miła w ciągu tego dnia? Tak? Lody w nagrodę :)
Małe coś co sprawia, że warto było coś zrobić co nie było łatwe czy przyjemne.
Co do ćwiczeń, swoim uporem wydolność płuc poprawiłam do poziomu zdrowego człowieka, a i serce przestało wariować.

I wiele,wiele innych drobnostek, które poprawiają nas samych.



środa, 23 marca 2016

Po burzy jest słońce

W trakcie ostatniego roku straciłam stanowczo zbyt wiele. Miałam wrażenie, że po zrobieniu jednego kroku do przodu robiłam dwa do tyłu. Przyznaje się, że czekałam na najgorsze. Zamknęłam się w czterech ścianach i skupiłam na swoich problemach. Ileż można iść pod górę - pytałam sama siebie. Przetrwałam. W momencie kiedy 2015 skończył się nadeszło nowe. Wiem, że jest to jedynie psychologiczna bariera jednak w tym przypadku jak za dotknięciem magicznej różdżki wszystko to co złe skończyło się wraz z zakończeniem roku. Nie postawiłam sobie żadnych postanowień i celów na 2016. Byłam zbyt zmęczona i zdruzgotana.

Życie zamknęło jakiś kolejny etap.

Jest 23 marca, a ja siedzę i uśmiecham się do siebie. W przeciągu ostatnich tygodni wielokrotnie słyszałam, że wyglądam jakoś inaczej. Lepiej. Ja po prostu jestem szczęśliwa. Wreszcie po długiej burzy nastało słońce.  Karma zaczęła powracać. 

Siłą rzeczy zweryfikowały mi się znajomości. Niektóre po bardzo złych wspomnieniach ciężko było zakończyć, bo za wszelką cenę druga strona nie chciała odpuścić. No, ale z biegiem czasu nastała cisza i zostali ci na których mogę polegać. Jak również nowe znajomości (oczywiście nie wszystkie) pokazały mi, że warto być dobrym człowiekiem, bo dobro powraca. 
Kiedyś poznałam chłopaka zakochanego w life coachingu. Jego pasja była ucieczką od potężnego bólu, ale nie o tym chciałam. Raz zapytał się mnie ilu mam znajomych, bo on w przeciągu roku uzbierał ich 500. Wytrzeszczałam oczy ze zdziwienia. Zapytałam się go:
"A ilu wśród tych 500 znajomych pomoże Tobie w potrzebie? Załóżmy, że wracałeś nocą do domu i zepsuł Ci się samochód. Do ilu osób mógłbyś zadzwonić i poprosić o pomoc?"
Po długiej ciszy "Do żadnej"
"To nie są dobrzy znajomi, a jedynie ludzie z którymi posiedzisz przy piwie, a ich nigdy nie jest trudno poznać". 

Akumulator mi padł w samochodzie. U znajomego w mieszkaniu rozkręcała się imprezka. Panie poszły na zakupy, a panowie pojechali do mnie i mi pomogli. 
Miałam potężny problem natury prawnej. Znajoma skrzyknęła całą rodzinę i wszyscy mi pomogli. Oficjalnie mi oświadczono, że jestem członkiem rodziny więc zapraszają mnie na wszelkie święta i eventy.
Dostałam ataku paniki. Znajomy zabrał mnie na wycieczkę na której mnie upił. A inny zorganizował niespodziankę, z której niestety nie skorzystałam, bo w trakcie upijania się komórka mi padła i o niczym nic nie wiedziałam. 
Nie mogę zapomnieć o stronie polskiej. Wystarczy jeden mail, jedna wiadomość i w trybie natychmiastowym mam zaoferowane wsparcie. 
Oczywiście idzie to też w drugą stronę. 
Środek nocy dostaję smsa od znajomego. Wiedziałam, że jest na imprezie zaręczynowej (coś dla mnie nowego). Moja odp. "jak chcesz podrzucę Cię do domu".
Wczoraj o 2 w nocy zwiedziłam lotnisko w Brisbane. I oczywiście zabłądziłam. I wiele innych...
Nie mam 500 znajomych. Nie chce mieć 500 znajomych. Po dużych problemach zostali Ci, którym ufam i na których mogę polegać. I to mnie przekonało, że czas odwiedzić Polskę i Anglię. Muszę skończyć jedną sprawę i chcę się rozglądnąć za biletem lotniczym. 

Pewne 2 znajomości kosztowały mnie dużo emocji. Obie dość nieprzyjemnie się skończyły. O pierwszej osobie, a raczej o jego problemach rodzinnych przeczytałam w gazecie. Była tam zaangażowana policja, pracownik socjalny i pogotowie. Z uglą odetchnęłam, że to nie mój problem. Choć i smutek też się pojawił. Cieszę się, że ich spotkałam na swojej drodze, ale podążamy w innych kierunkach. 
Drugą poznałam dwa miesiące po przylocie. Krytykowała ona ludzi ze swojego kraju, że są wpatrzeni jedynie w siebie, że są chytrzy, że egoistycznymi egocentrykami, że są zazdrośni. Nigdy nie mogłam zrozumieć dlaczego spędza z nimi czas. Wchłonęli go. Jest taki jak oni. Z powodów niezależnych osoba ta musiała zmienić miasto. Ulga! 

Zawodowo to praca do mnie zadzwoniła i zaoferowała przyjemne warunki. Dzwonili do mnie wielokrotnie. A komentarz był: "bo my wiemy, że dobra jesteś". Skorzystałam jako praca dorywcza, Nie chciałabym tego robić jako główne źródło dochodów. A w moim nursing homie na poprawę humoru dość często słyszę, że jestem jedną z najlepszych. Niestety moja szefowa ma inne zdanie, ale to długa historia. Najbardziej dla mnie istotni są ludzie dla których i z którymi pracuję. To oni się liczą, bo jest to praca dla osób ciężko chorych i jeśli nie stworzymy zgranego zespołu będzie arcy ciężko. A twarz szefowej widzę jedynie przez 2 godziny...

Rodzina...hmm...Zgodnie ze stwierdzeniem, że z nią to najlepiej wychodzi się na zdjęciach i to tylko wtedy jak wszyscy stoją na baczność, bo łatwo obciąć niechciane osobniki. Niestety, ale po zadaniu mi potężnego bólu obcięłam te najbliższe relacje. Nieodwracalnie.

Wiem zabrzmi to banalnie, ale wszystko było jakoś ze sobą powiązane. Raz po kilku lampkach winach usłyszałam, że zawsze staram się znaleźć przyczynę, sens. Tym razem też tak było. Gdybym nie przejechała się przeokropnie na ludziach to nie miałabym okazji poznać bądź dać szanse tym wartościowym, którzy cicho zawsze byli wokół mnie, ale toksyczność innych zbyt mocno pochłaniała. Gdybym nie miała miliona prac dorywczych to nie miałabym możliwości wyrobienia sobie reputacji, a i też wieczne zabieganie i brak czasu nauczyły do perfekcji zarządzania czasem co mi się niesamowicie przydaje. A z rodziną? Powinnam to zrobić dawno temu, ale nie miałam na to odwagi. Po wbiciu mi nie noża, bo ten jest stosunkowo mały, a  maczety w plecy stwierdziłam, że będzie to ostatni raz.

I wiecie co? Ja nadal się uśmiecham. Nie chce tego zmieniać. Kiedyś od jednego czytelnika dostałam pięknego maila. Nie wiem ile razy go czytałam. Nadal pamiętam jedno zdanie:
"mówią, że życie jest jak wycieczka w góry. Im trudniejsza trasa, tym piękniejszy widok na szczycie. Twój widok,na Twoim szczycie będzie sakramencko piękny."
Wydaje mi się, że widzę jego część. Poczekam na całość

poniedziałek, 29 lutego 2016

Ciemna strona kraju cz.2

Innym problemem jest brak tolerancji. Dotyczy on głównie wszelkiej maści emigrantów. Nie mówię tu, o wykorzystywaniu w pracy, bo to temat rzeka, ale o nieprzyjemnych tekstach. Osobiście nigdy mnie one nie dotyczyły. Poniższe historie były opowiedziane przez znajomych.

#1 znajomy jest studentem uniwerku. Miał do przygotowania projekt w grupach. Prócz niego byli sami Australijczycy. Dano mu jedno z najbardziej trudnych zadań do wykonania. Cały projekt miał  przedstawić publicznie. W trakcie jego osoby z grupy szydziły z niedociągnięć językowych oraz usłyszał parę nieprzyjemnych słów na temat kraju pochodzenia. Nikt nie zareagował. Zawyżono mu ocenę.

#2 Było to dawno temu. Jechałam autobusem. Tuż za mną siedziała Azjatka i podpity Aussi.
- skąd jesteś?
+ (nie pamiętam skąd. Podaje przykład) Chiny
- ja jestem Australijczykiem, a Ty?
+ Chinką
- ja jestem Australijczykiem, a Ty? i tak kilka razy jak zdarta płyta. Dziewczyna przestała reagować. Po chwili
- to nie jest miejsce dla takich jak ty. Ty nie mówisz po mojemu...
W autobusie zawrzało...

#3 Znajoma pracuje w knajpie. Dziecko klienta po usłyszeniu jej akcentu powiedziało:
- ilu Ukraińców Twoi krewni zamordowali?
(dziewczyna zdębiała)
- wracaj do siebie
Dziecko na oko miało 10 lat

Wspomniałam na temat wykorzystywania w pracy. Doświadczenie mnie nauczyło, że jeśli większa część załogi to ludzie z Azji czy Indii warunki pracy będą trudne i płaca niska. Tylko oni się zgodzą na takie warunki. Będąc jeszcze na kursie językowym cała szkoła słyszała historię chłopaka z Chin. Pracował on za 8$/h, minimalna legalna płaca w tamtym czasie to 16$/h. Chłopak w desperacji zgodził się na takie warunki. Pomimo to nie zapłacono mu w ogóle. Mowa tutaj o gównianych pracach typu knajpa czy hotel. Sama mając jedną z tego typu zajęć miałam znacznie gorszą umowę niż pozostali Australijscy pracownicy, miałam dziwne problemy z grafikiem polegające na tym, że mój szef dostawał nagłych ataków amnezji np. przez x mcy nie pracowałam w poniedzałki, bo mi to wybitnie nie pasowało, a tu nagle widnieje w grafiku, gdzie z łatwością można było mnie zamienieć oraz za byle co ignorując kodeks pracy dostawałam nagany.

To co mnie najczęściej spotyka jest zupełnie odwrotne od historii znajomych. Mówię z mocnym akcentem. Niezliczę ile razy słyszałam, bym tego nie zmieniała, bo on świadczy o tym kim jestem. Nawet jak się śmieją z moich językowych potyczek to nie jest to złośliwy śmiech, a raczej forma żartu, czy wyjaśnienie jak powinno być poprawnie. Może wynika to też z kwestii mojego nastawienia. Nie burmuszę się, bo czegoś nie rozumiem. Nie boję się poprosić, by wyjaśniono i śmieję się razem z nimi. Wiem, że nigdy nie będę miała takiego angielskiego jak oni.
To co mnie najbardziej zdziwiło to dwukrotnie dostałam pracę tylko dlatego, że jestem Polką.

Teraz pomyśłałam, że może to nie jest kwestia braku tolerancji, a nastawienia do innych. Jasne kretyni wszędzie się znajdą i na to nie ma żadnej zasady. Tylko jeśli na mnie reagują z uśmiechem, a z innych szydzą to może jest problem z innymi, a nie ze AU społeczeństwem.




sobota, 13 lutego 2016

Ciemna strona kraju cz. 1

Australia jak każdy kraj ma swoje problemy. Te są nieco inne niż nasze polskie bolączki. Jak wszędzie ludzie narzekają na brak pieniędzy, a potem los się odmienia i mają na koncie 100 tysi. Jak każdy narzekają na ciężką pracę. Tylko, że po pracy mogą sobie pójść na plażę odpocząć.
Poza tymi normalnymi kłopotami kraj ten ma potężny orzech do zgryzienia jakim są narkotyki, a dokładniej metamfetamina, czyli Ice. Można go przyjąć w dowolny sposób, ale najczęściej jest on palony.

Wczoraj umówiłam się z jednym chłopakiem. Zaznaczyłam mu, że to nie może być randka, a jedynie piwo jako znajomi. Chłopak co chwila "schodził" to jest oczy zamykały mu się tak jak by wpadał w sen. Było to poza jego kontrolą. Powiedział, że jest arcy przemęczony i to jest jego reakcja na długie nie wyspanie się i stres. Przyjęłam do wiadomości i o więcej nie pytałam. Okazało się, że od 8 lat jest uzależniony. Jego problem doprowadził do rozwodu. Niebawem podejmie się nowej pracy jako handlowiec. Wprost mu powiedziałam, że w tej kondycji pracy nie utrzyma. Wiedząc, że o to nie poprosi dla podrasowania swojego sumienia i udowodnienia samej sobie, że jestem dobrym człowiekiem stwierdziłam, że mogę mu znaleźć ludzi, którzy mu pomogą i mogę zostać jego dobrą znajomą. Oczywiście temat przemilczał.

Jedna z pielęgniarek płakała na zmianie. Innego wieczora ponownie ją widziałam zapłakaną. Nie pytając o nic stanęłam koło niej i usłyszała ode mnie: "czasem trzeba złe czasy przetrwać i wiedzieć, że po burzy zawsze jest słońce. Poczekaj!" Innym razem ledwo co chodziła. Tym razem usłyszała ode mnie: "jeśli nie jesteś bezpieczna u siebie w domu możesz spać u mnie na kanapie i coś razem wymyślimy". Długo nie czekałam. Jeszcze w tym samym tygodniu z rana wysłała mi smsa, że idzie do mnie na pieszo, bo samochód jest u mechanika i coś jej się stało z kartą kredytową. To co się mogło stać to jej chłopak mógł ją wyciągnąć z portfela. Pojechałam po nią. Zapłakana w domu pokazała mi liczne siniaki i opisała ich historię powstania. Nie zapomniała wspomnieć jakim cudownym mężczyzną jest jej wybranek. Chłopak jest byłym więźniem. Czasem znika w nocy po to, by obrabować jakiś sklep. Jest uzależniony od Ice, ale nie ona. Ona pali jedynie marihuanę. Ja na prawdę chciałabym w to uwierzyć. Stworzyłyśmy plan włączając nowe mieszkanie i pieniądze na start. 3 nocy okłamała mnie i pojechała do niego. Nad ranem wysłała smsa: "miałaś rację. To bardzo boli..." Będąc w piżamie wsiadłam do samochodu i po nią pojechałam. Uśmiechnięta bez najmniejszego cienia bólu czy strachu posłużyła się mną jak darmową taksówką. Później zaczęły się akcje pytania mnie o pieniądze. I na tym się skończyła ma dobroć. Wyprosiłam ją. Jeszcze tego samego dna wróciła do niego. W pracy co raz bardziej się ociąga, ma bardzo duże problemy z koncentracją i jest niesamowicie chaotyczna. Kilka osób zwróciło uwagę, że coś się z nią złego dzieje. Zaczęły spływać na nią skargi. Nie chce donieść prawdziwego powodu dla którego tak się zmieniła. Nie chce zniszczyć jej kariery. Sama to zrobi.

Usłyszałam w wiadomościach, że problem z metamfetaminą jest oficjalnym ogólnokrajowym problemem. Krótko mówiąc Australia pomimo swojej wyolbrzymionej propagandy i samouwielbienia załamała ręce i przyznała się, że ma problem nad którym nie panuje i nie wie co ma robić.

piątek, 29 stycznia 2016

To co jest ważne cz.1

Myślałam, że chłopak usiłujący znaleźć żonę wymiękł. Niestety nie. Po kilku miesiącach ciszy dzisiaj się odezwał. Nie może się doczekać kiedy mnie zobaczy. Ja to mam szczęście... Dziwnym trafem do spotkania nie dojdzie.

Nie o tym chciałam....

Zawodowo ciężką pracą zdobyłam szacunek i uznanie. Pokazałam, że jestem w stanie dużo z siebie dać i że wszystko jest zrobione zawsze na czas i zawsze w miłej atmosferze. Wygrałam wojnę z dyrektorstwem. Co prawda przez nich przez kolejne kilka miesięcy będę przyjmowała niezaciekawe tabletki i usłyszeli parę słów na temat związków zawodowych, ale postawiłam na swoim.
Staram się przejść do szpitala. Większe pieniądze i znacznie lżejsza praca.

Dla osób zmieniających miejsce zamieszkania na me miejsce pracy, gdzie pielęgniarki stają się najbliższą rodziną jest to ostatni przystanek. Krewni bądź pogotowie przyprowadza ich do nas. W pierwszych tygodniach nie zgadzają się ze swoją sytuacją. Chcą wrócić do domu. Za wszelką cenę nie chcą zrozumieć, że to jest ich nowy dom. Są pełni wigoru, uparci i z pełnią życia w oczach. Później poddają się. Akceptują stan rzeczy. Uczą się nowej rutyny, śniadanie o 7:00, obiad o 13:00, kolacja o 17:00. Poranny prysznic z asystą, gimnastyka, bingo i fatalne koncerty.  Stają się szarzy i są tłem bez wyrazu. Tracą swą witalność, oczy przestają błyszczeć. Marnieją. Zawstydzeni proszą o większą pomoc przy posiłkach, bo ręce odmówiły posłuszeństwa; w toalecie, bo nogi są za słabe; przy przebraniu się, bo wszystko nie jest takie jakie być powinno. Tak żyją przez kilka miesięcy bądź lat. Później pogotowie bądź doktor podaje informacje: opieka paliatywna. To koniec. Przestają mówić, ruszać się. Są przepełnieni bólem. Samotni. Moi podopieczni są jak kwiaty bez wody. Kiedy przyjeżdżają są piękni, a potem usychają. Z dnia na dzień coraz bardziej.

Kiedyś znajoma mi podesłała link do notki opisującej dziewczynę pracującą na oddziale paliatywnym. Był to motywacyjny artykuł o tym co tak na prawdę jest ważne w naszym życiu. Ludzie wiedzący, że może nie być jutra odpowiedzieli jej, że to nie są pieniądze, kariera. To jest miłość i przyjaźń. Spełnienie siebie było w czołówce. Patrząc na swoją pracę zdałam sobie sprawę, że cały artykuł był bzdurą wyssaną z palca. Osoby mające tą adnotację w papierach nie rozmawiają zbytnio dużo bądź wogóle. Czasem są na bardzo silnych prochach, które powoli doprowadzają do śmierci. Oni nie opowiedzą o tym czego żałowali w życiu, tego co jest ważne. Oni się godzą na to co nadchodzi. Boją się samotnie leżąc w łóżku. I to jest ten moment, ta chwila w której sprawienie, by ta osoba się uśmiechnęła jest arcyważne. I jak łatwe do zrobienia. Wystarczy pokazać, że nie są sami. Przytrzymać za rękę, pogłaskać po włosach. To takie proste.

Nigdy nie sądziłam, że będę pielęgniarką. Nigdy nie sądziłam, że będę pracowała z osobami, które umierają. Nigdy nie sądziłam, że to będzie to co chce w życiu robić. Nigdy nie sądziłam, że będę w tym tak zajebiście dobra.

wtorek, 26 stycznia 2016

A mogłam mieć nowy sprzęt w domu....

Nie chce powrócić, by od razu smęcić o sprawach poważnych...

Przez przypadek, zupełnie nieświadomie i nic w tym kierunku nie robiąc wszystko wskazywało na to, że zostałam wybrana na żonę. Tylko, że nikt mnie o zdanie nie pytał. 

A sprawa wyglądała tak. Wieki temu poznałam chłopaka. Niski, ale przystojny. Bardzo miły i otaczający opieką. Sporadycznie się widywaliśmy, bo dla mnie ten czas był magiczny. Gdybym widziała go częściej to co było dla mnie szczególne zmieniłoby się w zwykłą kawę z kumplem. 

Po dość długiej przerwie wreszcie udało nam się spotkać. On jedynie mnie zobaczył i podjął decyzję: "tak, to ona! Ją rodzice zaakceptują". Nie zwlekał. Szybko przejął inicjatywę. Przytulenie na "dzień dobry" było staaaaaanowczo za długie. Wyglądało to jak na komediach amerykańskich. Ja chciałam się uwolnić z jego objęć, ale nie.... nie tędy droga... przytrzymał mnie tak długo, że wyglądało to jak powrót kochanków po długiej rozłące. 
Usiedliśmy. Po 2 minutach oznajmił mi, że jego rodzina jest zawiedziona jego życiem na obczyźnie. Nie ma żony i dzieci. Ba! Nie ma nawet dziewczyny. On ma natychmiast wrócić do kraju i jego rodzice znajdą dla niego odpowiednią wybrankę. Jeśli nie to zamrożą mu przelewy... 

Nie zwracał najmniejszej uwagi na prowadzoną przeze mnie rozmowę i na me zachowanie. A mój monolog (jak się okazało skierowany jedynie do siebie) dotyczył ostatecznego rozstania się z kimś na kim mi bardzo zależało. Nastało to kilka godzin wcześnej więc emocje były bardzo świeże. Ów młodzieniec (kilka lat młodszy. Nie ważne, że gustuje w starszych od siebie) zaczął się podejrzanie przybliżać. Kiedy on się przybliżał ja się oddalałam. Kiedy zwykłe piwo miało się przeistoczyć w romantyczny wypad, by zobaczyć panoramę miasta o zachodzie słońca i zwieńczyć wieczór wyjściem do kina ja wpadłam w panikę. Dosłownie. Uciekłam do toalety. Po wyjściu grzecznie poinformowałam, że źle się poczułam i chciałabym wrócić do domu.
- "Sama? To jest niebezpiecznie. Będę się martwił o Ciebie. Pojadę z Tobą i przypilnuje byś od razu poszła do łóżka"
- eeeeeee.... że co kur.... pomyślałam, lecz nie powiedziałam. Usłyszał: "nie, no. Poradzę sobie. Nie martw się"

Oczywiście on wiedział lepiej. Z trudem wsiadłam sama do samochodu. 

Dwa dni później. 
Kilka smsów w stylu "co robisz? Może wpadnę na GC i pójdziemy na piwo" Niestety dobrymi manierami nie udało mi się go zniechęcić i przełożyć spotkanie na inny nieistniejący termin. Wymięklam stwierdzając, że co jak co, ale to nie ja będę kupowała piwo. Ponownie usłyszałam o jego zawiedzonej skandalicznym zachowaniem rodzinie. Suma sumarum miło czas spędziłam, bo go bardzo lubię. Tylko, że przestało być magicznie.

Następny dzień.
"hej, może pójdziemy na zakupy i kupię parę rzeczy do twojego domu?"Zdurniałam i zaczęłam się śmiać. Może powinnam odpowiedzieć: "wiesz, zmywarka by mi się przydała..." 

Okazało się, że poprzez kupowanie różnego rodzaju sprzętu, wyposażenia etc kupował prawa do osoby. W momencie kiedy wyposażył mieszkanie swojej dziewczynie ta zmieniła zamki w drzwiach i siłą rzeczy stałą się byłą dziewczyną. Początkowo współczułam mu. 

Chłopak przy każdej nadażajacej się okazji opowiadał o swojej rodzinie i o tym jak go naciskają, by wreszcie miał żonę. Ignorowałam te teksty oznajmiając, że ja nigdy nie zmienię nazwiska. Nie słuchając mych sprzeciwów mniej lub bardziej grzecznych zaczął mnie odwiedzać. Niemożliwym było zniechęcenie go. Skoro tak bardzo chciał być u mnie to siedział na kanapie w milczeniu, kiedy ja np. rozwieszałam pranie... Nie interesowało go to, czy miałam otochę go widzieć czy nie. On ją miał i to było najistotniejsze. Uprzedmiotowało to. To co było niegdyś arcymiłe stało się irytująco-męczące. Nie wiem jak można nazwać człowieka, który za wszelką cenę stawia na swoim totalnie przy tym ignorując drugą osobę. Nauczył się, że skoro ma kasę to może wszystko. Po 2 lub 3 takich odwiedzinach zaczęłam rozumieć jego ex. 

Nastał ten dzień. Ten w którym on stwierdził, że pora spać u mnie. Grzecznie poinformowałam go, że jeśli chce to może być na kanapie. Jeśli gardzi kanapą to mogę wpuścić go do łóżka, ale może zapomnieć o jakimkolwiek zbliżeniu się. 
Jego ognisty temperament, pewność siebie jakie wcześniej prezentował swą natarczywością uniemożliwy mu spanie w bokserkach. Położył się w jeansach. Zaśmałam się. Zdjął spodnie pod kołdrą bym nie zobaczyła jego bielizny. Oczywiście nie patrząc na to co mu mówiłam starałał się jak tylko mógł, by było przyjemnie. No, niestety... koniec końców przytulił się jak mały chłopiec i zaczął płakać. Wstał, ubrał się. Usiadł w innym pokoju. I milczał. Milczał. Nie wydusił z siebie słowa. Łzy ciekły po policzkach. Zapytałam się: "teee... ale tak właściwie to o co chodzi? Czemu płaczesz?" 
+ "Ja nie płaczę. Jestem mężczyzną". 
- "nooooo dobra, to co się stało" 
+ "Ewe ja muszę iść. Zraniłaś mnie. Muszę przestać o tobie myśleć" 
- "eeeee.... okey" 
+ "Muszę iść a jest noc." 
- "czekaj odprowadzę Cię do drzwi". 

Nawet nie wiem kiedy on wygenerował te uczucia. Podjął decyzję nie patrząc na to co się działo wokół niego, nie zwracając uwagi na me sprzeciwy i na to jakim jest bucem. 

A mogłam mieć zmywarkę. I chyba bogatego męża. 

Chyba powracam...

Długo mnie tu nie było.

Bardzo długo.

I bardzo dużo się działo w tak zwanym między czasie, ale to nie był główny powód dla którego nie pojawiały się nowe posty.

Powodów było kilka:
1. blog od dłuższego czasu zaczął być bardzo osobisty. Pomagało mi to jako samoterapia, ale w momencie kiedy stanęłam na nogi, nie wiedziałam o czym mam pisać. Zbyt mocno się odkryłam. Zbyt duży ekshbicjonizm nastał. Choć był on bardzo pomocny.
Po 2 latach mieszkania wchłonęłam australijską kulturę, nowe obyczaje i to co było nadzwyczajne bądź zaskakujące stało się tłem dnia codziennego.

2. Dostawałam wiele maili i wiadomości za co zawsze dziękowałam i nadal dziękuje. Miło jest coś przeczytać od Was. Tylko czemu pojawiły się słowa: "czekałem aż coś ci się stanie... masz to na co zasłużyłaś" bądź złote rady typu: "z żoną mamy po 2 konta w banku. Ty też je musisz założyć..." bądź me ulubione: "ze znajomym chcemy podjąć się stażu w branży inżynierii budowlanej. Mogłabyś nam pomóc?" ewentualnie "byłoby mi miło gdybyś mi znalazła pracę od zaraz". Rozumiem, że człowiek jest z natury egoistą, ale wszystkiego są jakieś limity. Pomijam, że w 99% maili nigdy nie przeczytałam: "dzięki za odp.".
Wiem, że czasem to co jest oczywite staje się arcytrudne w odpowiedzi jak: "ile pieniędzy potrzebuje na start?" Człowieku bądź człowieczko, ja Ciebie nie znam. Nie wiem na ile jesteś zaradna. Mogę przybliżyć koszta mieszkania na GC, ale jeśli planujesz lecieć do innego miasta ceny te będą inne. Jak ja mam odpowiedzieć? I wiele innych czasem dziwnych wiadomości. Zniechęciły mnie do opisywania swych wzlotów i upadków.

I przed tym ostrzegałam nową blogerkę. Mam nadzieję, że ona natrafi na przyjemniejsze towarzystwo.

3. Kiedyś o tym napisałam. I punkt ten jest skierowany do osób, które mnie znają osobiście. Kur... moje życie nie jest waszą rozrywką. Jak opisywałam nowe zwierzątka, jakieś wycieczki to i rozmowa się kleiła to i pośmiać się można było. Tylko, że jak zmieniłam ton wypowiedzi na "sorry, ale nie wiem co mam zrobić muszę się doradzić. Pomożesz?" odpowiedź zazwyczaj była: "muszę uciekać... odpiszę później". Jak chcesz pooglądać zwierzątka to włącz National Geographic, a nie udawaj dobrej znajomej...

Chyba te 3 punkty najbardziej zadecydowały o mej długej ciszy.

Zmiażdżyła mnie liczba odwiedzin 45 000! Nie wiem jak mam dziękować i jaką to mi niespodziankę zrobiło.
Charakter bloga raczej się nie zmieni. Choć dostawałam propozycje, bym podjęła współpracę z biurem podróży, zrobiła stricte komercyjną stronkę i zaczeła na tym zarabiać. Nie wiem co by się musiało wydarzyć, by tak się stało...

Chyba (jest to słowo na dziś) tym postem jakoś powracam.

piątek, 17 lipca 2015

Przeprowadzka

Inna potężna sprawa to zmiana adresu zamieszkania. Spowodowana tak jak w poprzednim przypadku dbaniem o swój honor i godność.
Przez pewien okres czasu mieliśmy problem ze współlokatorami. Mój dziwak (swego czasu opisywałam go) przeniósł się do Melbourne, by tam studiować. Sama akcja z jego przeprowadzka była idiotyczna jak i wiele innych rzeczy w jego życiu. Poinformował Kia i Andrew o przeprowadzce dwa dni przed stwierdzając, że uczelnia go nie powiadomiła o rozpoczynającym się roku i tym samym praktykach. Gów... prawda. Takie sprawy są załatwiane z odpowiednim wyprzedzeniem, a jeśli nawet coś się wydarzyło i zaszwankowała komunikacja to doskonale wiedział kiedy mniej więcej rozpoczyna się kurs i mógł spokojnie się przenieść. Nie mój problem. Kolejny nie płacił czynszu, bo pracował aż 6 - 8 godzin tygodniowo. 1 Czynsz płacił co 2 tygodnie i regularnie kradł moje jedzenie z lodówki. I chyba to był główny powód dla którego nie odzywał się do mnie. Teraz jest nowa dziewczyna. Ma zamiar z nami mieszkać jedynie do listopada. Kia i Andrew uwielbiają ją. Ja jej nieznoszę. I tu nie mowa o zazdrości, a o jej bezczelności i jakiegoś skrzywdzenia emocjonalnego. Przez pierwsze półtora do dwóch miesięcy używała mojego żelu pod prysznic i pasty do zębów. Nie są to drogie produkty, ale jest to zbyt upierdliwe dla mnie. Dziewczyna szukała pracy i chciałam jej pomóc. Wiedziałam, że w mojej firmie jest zbyt mało pracowników więc wyjaśniłam jej wszelkie szczegóły i podałam jej adres mailowy do HR. Tylko, że ja nie zatrudniam pracowników. Nie mogłam nic więcej zrobić. Na następny dzień zapytała się:
- Ewelina, wiesz coś na temat mojego maila?
- Nie, nie jestem w stanie nic wiedzieć. HR jest w innym mieście.
(...)
- To jeśli nic o tym nie wiesz, to znaczy, że nie będę miała tej pracy.
Zapomniałam, że powinnam się poczuć odpowiedzialna.
Inna miła rozmowa:
- Ewelina, czy Ty masz wysypkę?
- W sumie to tak, ale to chyba przez tabletki jakie zaczęłam pić
- Aaaa... a kiedy ostatnio myłaś korytarz?
- Słucham?
- Wiesz, mam tą wysypkę przez Ciebie, bo nie myjesz korytarza. Jeśli dla Ciebie to za dużo chwycić miotłę i to sprzątnąć to powiedz ja to mogę zrobić. Nie sądziłam, że to może być dużo dla Ciebie.
Inna sprawa to sposób w jaki odnosi się do swojego chłopaka, który nota bene jest jej szefem a ona regularnie okrada ich firmę. Wiem, że to nie moja sprawa, ale się we mnie przewraca jak słyszę piskliwym głosem sugeującym rozmowę z niepełnosprawnym intelektualnie oseskiem:
- oooo.... ubrałeś nową koszulę...
- tak.. ubrałem ją
- oooo... ubrałeś nową koszulę....
- tak.. ubrałem ją
- ty ją na prawdę ubrałeś

+ tak, ku.... ubrał ją! Chciał to ubrał!! <chciałoby się powiedzieć> Jest to autentyczna rozmowa z dzisiaj. Wszystko zostało powiedziane tym tragicznym tonem głosu. Przewraca mi się na samą myśl.

Tak więc szukałam innego mieszkania. Najpierw pokoju do wynajęcia, ale po odwiedzeniu 2 i zdaniu sobie sprawy, że znowu miałabym się użerać z jakimiś patafianami zaczęłam szukać kawalerki. Jasne, takie lokale są najdroższe, ale za święty spokój mogę przepłacić.
Po około 2 miesiącach szukani znalazłam ten standard jaki chciałam mieć w ten cenie jaką mogę jeszcze przeboleć, ale nie w tej dzielnicy gdzie docelowo chciałabym mieszkać. Trudno, nie można mieć wszystkiego. Dołączam fotki. Podoba się?




Dużooooo tego...

Przepraszam wszystkich, bo bardzo długo mnie tu nie było. Bardzo dużo się działo złego, dobrego jak i przełomowego.

Mocno stresująca praca w Polsce nauczyła mnie podejmowania najbardziej kreatywnych i dobrych decyzji w sytuacjach krytycznych. Tak też było i tym razem, ale potrzebowałam nieco czasu na mocne pchnięcie mojego życia do przodu.

Po kolei.

Przez prawie cały czas pracowałam w 2 bądź w 3 miejscach, by oszczędzić w stosunkowo krótkim czasie niezbędną do opłacenia wizy kwotę. Byłam wykończona do granic. Czasem się zdarzało, że traciłam orientację w terenie i gubiłam drogę do domu. Bywa. Byłam już na granicy swojej wytrzymałości. Tylko, że każdą pracę wykonywałam zachowując należyty standard. Zawsze wychodzę z założenia, że to co robię poza jest moją prywatną sprawą, a mój szef czy innej maści przełożony powinien mnie oceniać za to jak pracuję w jego firmie. Tak więc zawsze dawałam z siebie wszystko i zawsze każdemu wokoło pomagałam nie zwracając większej uwagi na to, że byłam przemęczona. Będąc w nursing home na 4 godzinnej zmianie (absurd!) pomagałam wszystkim włączając w to dyrektor. Od pielęgniarki nieco wyższego szczebla usłyszałam: "nie widziałam Ciebie tutaj, masz problemy z komunikacją. Jak dla mnie to ukrywałaś się, by nie pracować" Powiedziała to w obecności członków rodziny jednej rezydentki, w obecności innych osób z personelu. Rozpłakałam się. Nie zasłużyłam na to. Ona wielce zdziwiona co się stało poszła na skargę do dyrektor. Ta wiedząc, że i jej pomagałam przyszła sprawę załagodzić. Powiedziałam wprost: "usłyszałam najgorsze w swoim życiu słowa" Można o mnie powiedzieć, że nie mam dużego doświadczenia, że mój angielski szwankuje, ale nie że jestem leniwa. W tym samym tygodniu wysłałam CV do agencji pielęgniarek co też miałam zamiar zrobić, ale znacznie później. Jej zachowanie zmotywowało mnie do pchnięcia tej sprawy kilka miesięcy wcześniej.

Opłaciło się. Jedna z agencji ma spore wymagania więc mam nadzieję, że i wypłata będzie adekwatna do oczekiwań. Mianowicie muszę mieć odbyte min 1000godzin pracy płatnej więc wszelkie studenckie praktyki oraz wolontariat nie mogą zostać uwzględniane. Ma to logiczny sens. Chcą pracownika z doświadczeniem, a nie jego namiastką. Mi 1000 godzin stuknęło półtora tygodnia po tym telefonie. Kolejny telefon i informacja, że muszę mieć odpowiednie badania HPV i sprawny układ immulogiczny oraz muszę mieć certyfikaty ukończenia manualnych kursów etc. Te mam przeprowadzane regularnie co 6mcy, ale nigdy nie otrzymałam żadnego potwierdzenia. Jedno kosztuje 8$ więc jest to bardzo mały koszt. Tak więc zostały jedynie badania i mam nadzieję, że wreszcie się spotkam z siedzibie firmy. Warto? Tak, praca jest jedynie w szpitalach co oznacza pracę nad max 4 osobami,a nie tak jak mam teraz ok 20stoma.

Zwolniłam się z ostatniej choć bardzo dobrze płatnej gównianej pracy i mocno zmieniam swoją ścieżkę przypadkowej kariery. Cieszę się jak dziecko oczekujące prezentów na Gwiazdkę. Jest to duży ruch.



środa, 27 maja 2015

Czekam

No i chyba nastała nudna i monotonna rutyna dnia codziennego. Czekam z utęsknieniem na 2 maile i telefon, które zamkną wszystko to co robiłam przez bardzo długi okres czasu. Czekam... i to jest jedyne co mi pozostało do zrobienia. Zamknęłam i skończyłam robić wszystko to co mogłam, by się tu ustabilizować.

Wygrałam, jeśli mogę tak to określić.

Podsumowując.
Ile czasu potrzeba, by być wizowo bezpiecznym, ustabilizowanym finansowo z perspektywami na dalszy rozwój? Licząc od momentu postawienia nóg na kontynencie to około półtora roku. Tak, to dobry czas! Tak, mogę być z siebie dumna!

A jak radzą sobie inni, których poznałam w między czasie?
Jedni są na wizie sponsorowanej i mieszkają z dala od miast. Są gdzieś pomiędzy niczym i pustynią. Ważne, że czasem się odezwiemy do siebie. Strasznie się cieszę z każdej wiadomości czy telefonu. Zostają tu na stałe i są już wizowo bezpieczni. Kosztowało ich to dość dużo, ale nic za darmo nie jest.

Inni aplikują o kolejne wizy studenckie. Ich decyzja, ich czas i pieniądze. Tylko do szału mnie doprowadza jak ktoś po roku ciszy ni z tego ni z owego się odzywa, bo potrzebuje pomocy. Nawet nie zachowują minimum dobrych manier i nie słyszę pytania: "hej, a co u Ciebie?" Od razu jest: "Migracyjny wysłał maila!" bądź: "pomóź, bo to jest już za Tobą" A przepraszam bardzo, a co robiłeś przez x czasu?

I tu poraz kolejny przelała się szala goryczy i złości. Ja byłam w pracy i zbierałam pieniądze. Nie gardziłam żadnym zajęciem, by uzbierać magiczną kwotę. On był na imprezie bądź narzekał, że to zły kraj. Ja byłam u prawnika i starałam się stworzyć sensowny plan. On był na desce bądź wyjechał (rzecz jasna nie za swoje). Ja zapominałam o życiu prywatnym i poświęciłam się, by skończyć jak najszybciej kursy umożliwiające mi lepszą pracę. On wybrał najtańszy kurs, by kupić czas.
Ja mam to na co zapracowałam. On z zazdrości podważa moje bezpieczeństwo i szczęście i jest wielce zdziwiony, że nie znajduje dla niego czasu.





środa, 20 maja 2015

Przecież mam aparat

Wreszcie zrobiłam kilka zdjęć. Nie jest ich za dużo, ale za często wolnego też nie mam, a jak mam to i tak jestem zajęta. No, ale są. Pierwsze w miarę normalne zdjęcia na blogu. Pierwsze to leżakowanie na plaży w Kirra. Jest to jedna z najładniejszych mym zdaniem plaż na Gold Coast. I jedna z najbardziej znanych surferom. Co roku tutaj odbywają się mistorzstwa Australii bądź świata w zabawach deską. To co jest w oddali to nic innego jak wieżowce w Surfers Paradise. Sprawdziłam na google maps i są one oddalone około 25km. 


 To jest już prawie Surfers Paradise. Najbardziej nawiedzona przez turystów i studentów dzielnica. Nazwa pochodzi od popularnego mln lat temu hotelu o którym już prawie nikt nie pamięta. Nawet nie wiem czy jest on nadal czynny. Samo Surfers jest słynne z życia nocnego. Plotka głosi, że są tu najlepsze imprezy i kluby w Australii. Aż strach myśleć co się dzieje gdzieindziej. Dla mnie Surfers to takie nasze Krupówki. Ludzi masa, wszystko droższe i ma się wrażenie otaczającej tandety i braku... nawet nie smaku... przykład: knajpa z tanim piwem w której często śmierdzi wymiocinami z prawie równą ilością karaluchów co klientów. No, ale jest położona na głównej ulicy. Wystarczy przejść się 5 minut i będzie piwo po tej samej cenie w znacznie przyjemniejszej atmosferze. Tylko to już nie będzie main pavement. 


Uwielbiam takie opisy: Broadbeach nocą! No, bo to czarne tło nie sugeruje nocy więc trzeba wyjaśnić :) Zdjęcie zrobione z balkonu hotelu, który wynajęliśmy wraz z nowym loverboyem. Pomijam, że do domu mógł się przejść :P Zresztą to zrobił o poranku. Widok na Peppers. Jest to kolejny hotel. Przeokropnie drogi, ale z pięknymi pokojami. Jak kiedyś będe bogata to kupię sobie jeden taki unit :D Broadbeach jest drugą najbardziej rozrywkową dzielnicą. Z tym, że różnica w standardzie knajp jest olbrzymia. Tu nie za często zobaczy się pijanych gówniarzy i tłumów ludzi. Przyznam, że bardzo lubię to miejsce! 

środa, 6 maja 2015

Polaczkowie

Bardzo się cieszę za każdym razem kiedy ktoś mi wyśle maila bądź poszuka mnie na facebooku i zagada. Dziękuje bardzo!!! Przyznam szczerze, że dziwię się, że ktoś w ogóle chce czytać tego bloga. Ja osobiście nigdy nie szukałam takich źródeł jak i również nie pisałam ich. To jest pierwszy i za pewne ostatni blog. Tym bardziej jest mi miło!
Czasem dostaje wiadomości w stylu: "dzięki za to co piszesz, bo nie jest to marketingową papką". Może to zabrzmi brutalnie, ale nasza natura nieco zabrania napisania prawdy. Wolimy pochwalić się tym co widzimy, ilu to nowych znajomych mamy niż powiedzieć "bolą mnie ręce od pracy" "nie wiem co będzie jutro" "nie mam na czynsz". Tego nikt nie lubi. I nikt nie chce się przyznać, że nie jest różowo. A i też dla nas Australia jest egzotycznym rajem. Może nim być, ale wymaga to czasu i sporego wysiłku.
Śmieszą mnie filmiki na YT pokazujące: "to jest plaża! Widzicie ją? A to ocean!" bądź: "tak wygląda basen publiczny" "to idące dzieci do szkoły" Nie wiem czemu, ale zawsze mi to przypomina jedną historię sprzed wielu lat.
Daleka rodzina znajomej wyemigrowała do Kanady. Raz w roku wysyłają list z życzeniami świątecznymi. W jednym liście były dołączone zdjęcia z opisami. Zdjęcia przedstawiały przedmioty codziennego użytku bądź prawie codziennego: rower, komputer, samochód. I podpisy. Taaa... bo Polska to dziki kraj z równie dzikimi ludźmi i my nie wiemy jak wygląda rower. Podobnie sprawa ma się tutaj. Jak wygląda basen chyba każdy wie. A dzieci? Jak to dzieci!
Co innego zrobić zdjęcia i upamiętnić ładny widok czy przyjemną chwilę.
Tylko zazwyczaj takie zdjęcia nie są robione w tzw biegu.

Inna historia. Odwiedziłam znajomych w innym mieście. W AU są od około 3 lat. Będąc u nich liczyłam na wycieczki krajoznawcze. Nieco się przeliczyłam, ale zrozumiałam jedną bardzo ważną rzecz. Wielu ludzi żyje jak psy w budzie. Praca, po drodze do domu wycieczka do monopolowego po najtańsze piwo i upijanie się w kuchni, sen, praca, po drodze... I tym sposobem są 3 lata. W takiej sytuacji jak ktoś wreszcie wyjdzie do ludzi to i z zachwytu robi filmiki wszystkiego co widzi. Tak teraz pomyślałam. Gdybym miała takie życie to chyba bym się zastrzeliła. To przypomina egzystowanie, a nie życie. No, ale mieszka się w AU.

Reasumując, nie wierzcie w każde słowo i w każdy obrazek jaki znajdziecie w internecie.

sobota, 18 kwietnia 2015

IELTS - gorzej niż w świecie Orwella.

Jeden z najbardziej absurdalnych i durnych egzaminów za mną. Jestem po IELTS. Obawiam się teraz o swój wynik. Egzamin trwał 4 godziny. Zaczął się o 9:00, a skończył o 13:00 i to bez najmniejszej przerwy. Nawet na siku. Z całym szacunkiem do organizatorów, ale nikt nie zniesie tak długiego zdawania testu. Wiem, że ostatnia część jaką jest listening, z którą nigdy nie miałam problemów nie wyszła mi za dobrze. Wszystko trwało zbyt długo. Najśmieszniejsze były przygotowania przed rozpoczęciem tortur. Przetrzepano mnie bardziej niż na lotnisku. Miałam pokazać zawartość torby, którą i tak nie mogłam wnieść na salę. Zdjąć zegarek, bo przecież mogłam mieć ściągi na nim. Pisać jedynie ołówkiem (oczywiście go nie miałam). Mieć butelkę z wodą, ale bez naklejki. Mogę wykorzystać kilka słów ze składników wody gazowanej? Czy to jest kolejna eliminacja miejsca gdzie mogłabym mieć drobną pomoc? Kieszenie też miały być puste i kilkakrotnie mnie o nie pytano. Po tym wszystkim pokierowano mnie do windy. Oczywiście też nie mogłam przycisnąć guzika z piętrem (tu brakuje mi wyobraźni co mogłabym złego zrobić) i pójść do odpowiedniej sali przed którą siedział uśmiechnięty pan i weryfikował moje dane poprzez sprawdzenie paszportu i odcisku palca (???). Po tym wszystkim wreszcie mogłam wejść do sali. Śmiałam się i to dość głośno, bo procedury graniczą z absurdem. Zostałam przydzielona do ławki i czekałam z utęsknieniem aż ta farsa dobiegnie końca. W trakcie samego testu 3 krotnie sprawdzono mój paszport. Niestety mój współtowarzysz niedoli siedzący obok mnie miał problem z żołądkiem i nie dostał pozwolenia na pójście do toalety. Tak więc czasem jego nieprzyjemny problem urozmaicał mi czas. Po 4 godzinach mogliśmy opuścić budynek i wrócić do domów oraz czekać na część ustną. Przed nią już nie było żadnego trzepania moich rzeczy. Nawet mogłam dotknąć guzików w windzie. Był za to pan sprawdzający po raz setny mój paszport i zrobił mi wybitnie nieładne zdjęcie, które zostanie dołączone do wyników. Po kilkunastu minutach weszłam na przesłuchanie, które okazało się bardzo przyjemne. Obawiam się o wynik, bo z egzaminatorem rozmawiałam jak z dobrą koleżanką. A i panią interesowało to co mówiłam, bo odbiegła od formalnych pytań, a po prostu z zaciekawiona prowadziła ze mną normalną rozmowę. Na samym końcu usłyszałam z angielskim akcentem: "do widzenia" Z jednym z najładniejszych uśmiechów jakie mogłam zrobić odpowiedziałam tym samym. Dla mnie to był koniec makabry jaką IELTS zorganizował. Usłyszałam od niej również: "Happy birthday"

wtorek, 7 kwietnia 2015

Za chwilę meta

Przede mną ostatni wysiłek. Za 10 dni zdaję egzamin językowy i będzie to koniec ciężkiej pracy. Przyznam, że jestem z siebie dumna. Przez 4 miesiące godziłam 3 prace, durną szkołę, regularnie przygotowywałam dokumenty do wizy, chodziłam na dodatkowe kursy i jeszcze czasem znalazłam czas, by się z kimś spotkać. Od kilku dni mam większy luz. Zwolniłam się z jednej pracy i nie muszę wstawać wcześnie o poranku. Dopiero teraz zauważyłam jak bardzo mnie te 4 miesiące wykończyły. No, ale mus to mus.
Z pracy nie zwolniłam się dlatego, bo przestałam jej potrzebować tylko:

#1 miałam gorszą umowę niż Australijczycy z którymi pracowałam.
#2 w środku nocy wysłałam smsa do szefa z info, że się źle czuję i nie przyjadę do pracy. Odpowiedź: "masz być" wysłałam ponowną o poranku, jego odp. "dostaniesz naganę" Nie poszłam. Spałam. W nursing home również się nie pojawiłam. Następnego dnia dostałam naganę za nie wstawienie się. Jestem zatrudniona na najgorszej śmieciówce.
#3 szef powiesił grafik w bodajże w środę. Byłam bardzo mocno zdziwiona, że z tak dużym wyprzedzeniem. Powiedziałam, że w następny czwartek nie mogę być w pracy, bo jestem na porannej zmianie w nursing home. Usłyszałam, że mam być, bo on nie ma żadnego zastępstwa. Starałam się zamienić z innymi pielęgniarkami, ale mi się to nie udało. W niedzielę wysłałam smsa, że nie dam rady i że zamiast mnie może przyjść Nataly która pracuje jedynie w weekendy. Dostałam naganę w sobotę. Miałam łzy w oczach: "widzisz, ze strasznie kaszle. Mam zapalenie płuc. Dyskryminujesz mnie, bo mam gorszą umowę i jeszcze mi dajesz naganę!" Jego odpowiedź:" no co ja mogę zrobić?"

Poprosiłam o rozmowę z jego szefem. W trakcie jej usłyszałam niesamowity stek bzdur. Jeśli firma ma do wyboru kilka rodzajów umów i zadecydują, że mi dadzą casual (odpowiednik umowy zlecenie), a innym part time, to wcale nie znaczy, że mnie dyskryminują. Skorzystali jedynie z wyboru jaki mieli. Że co?! A ja mam uważać na to co mówię, bo to są mocne słowa.
Nagany miały być wyjaśnione. Rozmowa z moim najbliższym przełożonym polegała na tym, że ten na swojego szefa wydzierał się w niebogłosy. Usłyszałam, że pierwszą naganę dostałam, bo go wkurzyłam. To jest racjonalny powód ukarania pracownika.

24 stycznia dostałam z jego strony zgodę na to, bym nie pracowała w poniedziałki. Tak się złożyło, że w ten jeden dzień jestem w innym miejscu. Problemu to żadnego nie sprawiało, bo na zmianie są potrzebne jedynie 3 osoby więc łatwo kogoś znaleźć. Patrzę na ostatni mój grafik i pracuje w poniedziałek. Poszłam do niego wkurzona jak osa i z nieprzyjemnym tonem głosem: "czemu pracuje w poneidziałek? Wiesz, że nie mogę" "Doprawdy? Nie wiedziałem!" Pół godziny później zwolniłam się. Mogłam już nie przyjść na następny dzień, ale dałam mu 2 tygodnie czasu na znalezienie nowego pracownika. W ostatni dzień z ciężkim tonem głosu powiedział mi "dzień dobry", nie usłyszałam nic więcej: "pocałuj mnie w dupę" "spierd..." "dzięki, za rok pracy, szkoda, że tak wyszło" Nic. Po prostu uciekł. W pracy został dłużej.

Bardzo bym chciała mu dać nauczkę.

piątek, 20 marca 2015

Przemyślenia o Aborygenach

Zmienię temat na coś zupełnie innego.

Ostatnio wspomniałam, że kończę kurs. Po raz kolejny zmieniono mi nauczycielkę. Niestety, ale poprzednia sprawę olała i na 11 assessmentów sprawdziła mi aż 4. Nowa nauczycielka została znokautowana wysłanymi przeze mnie mailami.
Jeden z tematów dotyczył Aborygenów. I tu powinna nastąpić drobna notka dla tych, którzy nie mieszkają w Australii. Społeczność ta, jest mocno wyróżniana, np mają specjalną opiekę medyczną (nie czekają czasem kilku tyg bądź mcy na wizytę u lekarza), dostają zapomogi czy innego rodzaju pieniądze od państwa, są stworzone specjalne stanowiska pracy pośredniczące pomiędzy światem białych i Aborygenów i kilka innych. O samej ich historii nie za bardzo chce pisać, bo z łatwością można ją znaleźć w internecie. Pokrótce mowa o "skradzionym pokoleniu" i tragicznym traktowaniu po kolonizacji. I z tego powodu przez ponad 20 lat (dzisiaj się o tym dowiedziałam) rząd ich otacza specjalną opieką.
Rozumiem, że Australijczycy biją się w pierś i chcą przeprosić jak tylko mogą, ale nie popadajmy w przesadyzm. Z nauczycielką weszłam w polemikę na ten temat i niestety, ale każdy kolejny jej argument był coraz głupszy. A ja się obawiałam, że za chwilę usłyszę, że jestem rasistką.

W przeszłości ich nie rozpieszczano, ale to nie jest jednoznaczne z tym, że tą przeszłością mają żyć. Dałam jej przykład naszego narodu i II wojny światowej. O historii nigdy się nie zapomni, ale trzeba przebaczyć i iść do przodu budować przyszłość. Innego rozwiązania nie ma. W odpowiedzi usłyszałam: "mój mąż jest Japończykiem <mieszka w au>i też może coś powiedzieć o II wojnie światowej" Moja reakcja: "a czy on i jego rodzina są specjalnie traktowani jak Aborygeni? Nie wydaje mi się" (czytaj dalej na temat weteranów). Usłyszałam furknięcie jej koleżanki i komentarz: "każdy ma swój background. To o czym mówisz jest uwarunkowane kulturowo" Że co?
Moja nauczycielka zmieniła temat: "wiesz, Ty jesteś młoda i wielu młodych myśli tak jak Ty, ale ci starsi nie." Nieco mi ręce opadły: "Przepraszam, ale to starsze pokolenie tego uczyło" To oni musieli pogodzić się z tym co się stało i przestać rodzić nienawiść. "No... ale wielu z nich nie potrafi czytać i pisać" Ja: "bo nie mają możliwości nauki czy nie chcą się uczyć. To jest duża różnica".  Usłyszałam, że nie za bardzo chcą się uczyć. Po każdej mojej odpowiedzi jej koleżanka wzdychała i kręciła się na krześle jakby robaki miała.

Prawda jest taka, że Australia wykupuje wyrzuty sumienia. Tylko nikt tego głośno nie powie. Powód dla którego nie chciałam odpuścić był banalny. Nie szanowano mojego zdania. W temacie Aborygenów jest tylko jedna poprawna odpowiedź i nie była to moja, bo nie zgadzam się z tym, by jakakolwiek społeczność była tak wyróżniona ze względu na historię. Jakiś czas temu przeczytałam, że Niemcy ponownie chcą przeprosić za wojnę. Rozmawiałam o tym z osobą która pracuje z australijskimi weteranami, którym rząd nie chce podziękować za bronienie ojczyzny(!!!). Oboje się zgodziliśmy: "tu nie chodzi o pieniądze. Tu mowa o geście". W sytuacji Aborygenów liczą się pieniądze. Powstała sytuacja w której utknęli pomiędzy dwoma światami. Ich świat prawie nie istnieje, a do świata białego człowieka nie chcą wstąpić. Usłyszałam: "bo się boją". A mi się wydaje, że im wygodnie. Po co mają żyć wraz z białymi? Co tydzień dostają przelew. Nie mówię, że wszyscy są tacy. Osobiście nie poznałam (nie miałam możliwości podania ręki, czego żałuję), ale słyszałam historię o niesamowitych ludziach. Tylko głównie słyszę te nieprzyjemne historie. I przyznam, że krew mnie zalewa jak ktoś 1/6 krwi Aborygeńskiej wchodzi bez kolejki do lekarza, a ja jako emigrant muszę czekać na tą samą wizytę 3 miesiące i na domiar złego jakaś tam mała część moich podatków idzie do jego kieszeni.

Może jestem w błędzie. Jeśli tak, to proszę sprostujcie mnie i wyjaśnijcie o co chodzi. Jak dla mnie to rząd stworzył olbrzymią przepaść między emigrantami, a Aborygenami,którą mogę porównać do przepaści ekonomicznej Zimbabwe i USA, czyli jest olbrzymia. I nadal uważam, że nie jestem rasistką. Nie potrafię zrozumieć argumentu: "bo historia". To dlatego przez 20 lat są otoczeni taką opieką? A ci którzy walczyli o ten kraj mają problem, by dostać to co im się jak psu buda należy.