piątek, 5 grudnia 2014

On umie fruwać!

Widzicie go? Pan trzyma się jedynie swojej laski i lewituje w powietrzu :) Coś niesamowitego. Widziałam cały proces i oczom nie mogłam uwierzyć :) Wrzuciłam pieniądze do boxa i dostałam złotą radę na temat miłości i nienawiści :) Życzyłam panu miłego dnia to się ładnie do mnie uśmiechnął :) Jestem jego wieeeeeeelkim fanem :)

Pana widziałam w Brisbane. Za często nie odwiedzam tego miasta, bo nie mam zbytniego powodu, by tam jeździć. Ma ono swój niepowtarzalny urok :) Lubię je!

Starałam się znaleźć biuro polskiego konsula. Znalazłam dane kontaktowe na stronie rządowej więc śmiało szłam przez miasto. Jestem w budynku. Sprawdzam listę biur. Nie ma! Nie ma konsula. Sprawdzam ponownie adres. Poprawny.
Dzwonię pod wskazany na stronie numer telefonu. I wyjaśniam pani, że chyba się zgubiłam i czy mogła by mi powiedzieć gdzie mam iść. Pani nie mogła ogarnąć sytuacji. Pytam łopatologicznie: Czy to jest konsul? Tak. Czy adres to 270 Adelaide Street? Tak. To gdzie jest biuro? Na parterze. Proszę pani, ale na parterze są dwie restauracje, windy i toaleta. Pani zdurniała. Podała mi inny adres. Poszłam. Jestem na parterze i widzę jedynie windy. Dzwonię do pani. "Jest pani pewna, że ten adres jest poprawny?" Tak. To gdzie ja mam iść?
Okazało się, że nie jestem pierwszą, która błądziła i konsula nie ma pod tym adresem. Nie wiadomo dlaczego rozmowy zostają przekierowane na zupełnie inną linię. Krzyknęłam. Spędziłam 1,5godziny szukając nieprawidłowych adresów.
Zadzwoniłam do konsula w Sydney. Niestety, ale baterię miałam baaardzo słabą więc każde wypowiadane przez panią zdanie było przerywane, by nie tracić czasu. Dowiedziałam się wszystkiego. Konsul w Brisbane pojawia się i znika. Raz siedzi kilka lat, innym razem znika na kilka lat. A wszelkie informacje są dostępne na stronie Sydneyowskiego konsulatu. Miło ze strony pani, że mi wszystko wyjaśniła i bardzo pomogła. Miłe to jest, że polecona przez nią strona działa bez zarzutów. Wydaje mi się, że takie newsy powinny być na stronie MSW, a nie na poszczególnych oddziałach. No, ale pani mnie uratowała.

30 grudnia odwiedzę Sydneyowski konsul i wyrobię nowy paszport :)

Dyrdymały

Samochód kupiłam ze względu na nową pracę. Stało się zbyt uciążliwe jeżdżenie około 50 km dziennie. Zajmowało mi to średnio półtore godziny. Trochę długo. No i problem pojawiał się w momencie brzydkiej pogody. Samochód tak czy siak musiałam kupić.

Dzisiaj z tej pracy dla której go kupiłam odeszłam. I niestety nie pozostawili po sobie dobrych wspomnień. Miejsce pięknie położone. Staruszkowie przeszczęśliwi. Pracownicy widać, że się w miarę lubią. Przyzwyczajeni są do szkolenia nowego narybku, bo ciągle się przewijają studenci. Jednym zdaniem: nie mogło być lepiej. Moje zasady zatrudnienia były mega gówniane,ale dawały mi sporo swobody. Byłam pracownikiem rezerwowym. Jeśli ktoś zachorował albo z innych powodów nie mógł się pojawić mogli zadzwonić do mnie i szłam do pracy. Wszystko pięknie. Tylko, że dzwonili do mnie po 3 razy dziennie. Czasem 5. Nie zwracali najmniejszej uwagi na moją dyspozycyjność, czyli dzwonienie zaczynało się od 4:00 rano, a kończyło przed 22:00. W dodatku czasem na mnie nakrzyczano ponieważ nie byłam w stanie non stop być w pracy. Osoba na rozmowie rekrutacyjnej wiedziała, że mam stałe zatrudnienie w innej placówce. Poinformowałam, że szukam dodatkowego zajęcia. Dodatkowe nie znaczy 24h. Dzisiaj po otrzymaniu smsa o godz. 3:40 rano i nakrzyczeniu na mnie za nieobecność na wczorajszej zmianie. Nawet nie wiedziałam,że powinnam być. Stwierdziłam, że miarka się przebrała i pora się pożegnać.

Pojechałam. Przygotowałam się na rozmowę: „ale czemu? Coś się stało?” W zamian otrzymałam coś co mnie wyprowadziło z równowagi. Zawsze jak się rozstaję z jakąś firmą to odczuwam błogie katharsis. Dostaję nagłego zastrzyku energii i mogę przenosić góry, krzyczeć ze szczęścia, mam 100mln pomysłów co ze swoim życiem mogę zrobić. Dzisiaj byłam wkurwiona do tego stopnia,że oblały mnie poty i rozbolała głowa. Pojechałam. Postałam w recepcji i powiedziałam dziewczynie, że jestem pracownikiem i chciałabym odejść, nie wiem co mam teraz zrobić i gdzie się udać. Ta wyciągnęła zadrukowaną z jednej strony karteluszkę o wymiarach 15x10cm, czyli taki brudnopis i poinformowała mnie, że na tym zwiniątku mam napisać swoje wypowiedzenie. Zdurniałam. Poczułam się jak śmieć. Odpowiedziałam, że nie wiem co mam napisać,bo nigdy w takiej sytuacji nie byłam. Ta brzdąknęła pod nosem żebym podała swoje dane personalne i napisała kilka zdań. Wow! Toż to była prawdziwa złota rada. Na mailu miałam wzór wypowiedzenia. Zostawiłam go sobie po rozstaniu z Hiltonem. Jak na złość nie mogłam go znaleźć. Uprzejma pani po 2 minutach moich poszukiwań spojrzała się na mnie nieprzyjaznym wzrokiem, który mnie wkurwił do granic samokontroli. Jej oczy mówiły: „Co Ty tu jeszcze robisz?! Zużywasz jedynie tlen w tym pomieszczeniu! Wypierd...” Napisałam jedno zdanie: „I, Ewelina Popis want to quit on 4th of December.” Zapytałam się czy wystarczy. Dziewczyna czerwona ze złości: „nie zamierzasz podać powodu?” „Mogę go Tobie powiedzieć, pracuje jeszcze w innym miejscu i ciężko mi pogodzić te2 zajęcia. Zaczęłam być troublemakerem” „Dzięki, że wyjaśniłaś. Narazie” To „narazie” brzmiało jak: „tam są drzwi, chyba wiesz jak je użyć”

Tak więc zamiast cudownego katharsis był ból głowy i ochota wrzasku. Poczułam się zmieszana z błotem. Nie żałuję, że odeszłam. Zrobiłam w miarę szybki rachunek mych przychodów i odchodów i jeśli będę miała taką sytuację jak mam teraz powinnam sobie poradzić ze wszelkimi planami.
A co się dzieje w tej drugiej pracy? Wszystko się zmieniło. Nie wiem co się stało z poprzednim dyrektorem, ale zniknął. Teraz jest ktoś inny i powoli, powoli wprowadza nowości. Może to nie są wielkie rzeczy, ale widać, że coś się dzieje. Miłe to też jest jak pani dyrektor wychodzi do normalnych pracowników i po prostu z nami rozmawia, a nie jedynie przebywa w swoim pokoju. I co najdziwniejsze, ja jestem drugozmianowcem. Non stop jest na mojej zmianie. Zazwyczaj ludzie na jej stanowisku pracują w godzinach stricte biurowych. A tu taka niespodzianka. Ostatnio była z nami do 21:00.

No, ale samą pracą człowiek nie żyje. Miło też wyjść do młodszych wiekiem i ciut normalniejszych ludzi i po prostu napić się piwa w nieco zbyt dużej ilości i po prostu się zrelaksować.
I tu pojawią się dwie historie. Jedna jest dla nas egzotyczna, a druga to mój faworyt.
#1 tą usłyszałam w pracy, ale bardzo mnie zaciekawiła. W tym pięknym miejscu za często nie bywałam, ale zazwyczaj nie było to miejsce wymagające dobrego time managementu. Normalną rzeczą jest rozmowa o poprzednich pracach, związkach i planach. Mój partner był zatrudniony na łodzi. Wypływał na kilka tygodni. Zostawiał swoją żonę i dwójkę maluchów i jak prawdziwy marynarz płynął w długą. Miał dwa kursy. W trakcie dwóch spotkał piratów. Tak, piratów! Prawdziwych, współczesnych piratów. Z bronią w rękach kazali mu dać im wszelkie majętności i odpływali w swoją stronę. Znajomy powiedział, że z tej pracy były niezłe pieniądze, ale nie warte poświęcenia życia. Nie sądziłam, że piraci są powszechni.

#2 Dotyczy nowo poznanego chłopaka. Pracuje z dziećmi z niepełnosprawnościami ruchowymi, intelektualnymi bądź szalonymi. Sam nie może zbytnio od nich odstawiać więc jego ubrania są mega kolorowe i pomysły ma szalone. A w tym wszystkim jest ten prawdziwy on. Człowiek z konkretnymi planami wiedzący dokładnie co chce robić w swoim życiu. I to jest super! Ma niesamowity głos i nie obce mu wizyty na siłowni. W dodatku jest surferem więc może wreszcie coś zrobię, by zwalczyć swój lęk przed oceanem. Tak wiem, że mam plan, by zostać ratownikiem, a boję się oceanu.  No, ale miała być historia, a nie jego opis.
Pan jest polskiego pochodzenia. Jego dziadkowie w trakcie wojny chcieli uciec z kraju. Nie wiem czemu, ale łodzią. Spakowali swój dorobek i popłynęli do Austrii. Tylko,jakoś ich podróż końca nie miała. Płynęli, płynęli i dopłynąć nie mogli. Pewnego dnia otworzyli oczy i zobaczyli palmy. Nastała drobna pomyłka: Austria, Australia – podobne nazwy krajów. Skoro przepłynęli połowę świata osiedlili się tutaj.No i umawiam się z ich wnuczkiem. I przyznam tak bardzo szczerze, że dawno się tak nie cieszyłam na wiadomość, że spędzę z kimś wieczór.

Stało się też coś niesamowitego. Kontakt z Tajemniczym Jegomościem się odnowił. Tak porąbanej relacji jeszcze w swym życiu nie miałam. Ta znajomość przeszła już wszystko. Najpierw kontakt typowo zabawowy, później traktował mnie jak młodszą siostrę, bym na końcu się w nim zakochała po uszy i usłyszała: „ewelina, you need relax a bit”. Dwa dni temu przypadkowo spotkaliśmy się na kawie i usłyszałam, żę fajnie by było gdybym pojawiła się w czwartek w tej samej knajpie co zawsze. Co prawda miniemy się, bo umówiłam się z kimś innym. No, ale rogal na twarzy mi się pojawił.

środa, 26 listopada 2014

Wsiadłabym do pociągu byle jakiego...

A co by było gdyby...

A co by było gdybym olała wszystko co mnie otacza, wsiadła do samochodu i pojechała w długą nie patrząc na nic?

Ostatnio w radiu słyszałam przeszczęśliwą panią mieszkającą w samochodzie od kilku dobrych miesięcy. Powstała rozmowa:
- "ale Ty jesteś bezdomna! Słońce moje, ja się martwię o Ciebie. Dzwoń czasem do radia to postaramy się Tobie pomóc"
+ "nie jestem bezdomna. Mam się świetnie. Wybrałam tą drogę i tak żyję. Nie narzekam na nic"

I chyba faktycznie nie narzekała na nic, bo słychać było uśmiech na jej twarzy.
Podziwiam ludzi, którzy potrafią rzucić wszystko z dnia na dzień i po prostu wsiąść w samochód i pojechać w długą. Bez martwienia się o rachunki, o wizę, o znajomych, o.... Tak po prostu.

X czasu temu w momencie kiedy znajomy mnie reanimował usłyszałam, że życie jest trudne. Hmm... nie jest. To my mnożymy problemy, to my przeżarci ambicjami chcemy więcej i w momencie kiedy wyobrażenia i plany zderzają się z rzeczywistością czasem boli. Czasem boli zbyt mocno i się poddajemy.

I w momencie kiedy zdałam sobie sprawę, że to co robię nie ma najmniejszego sensu poznałam przez zupełny przypadek surfera. Młodszy ode mnie o lat 5. Blond włosy, niebieskie oczy, świetny sześciopak. W dniu kiedy się widzieliśmy chciałam płakać cały dzień. Sprawił, że się śmiałam. Pomimo roztrzepania ma wszystko poukładane. Jasne i klarowne plany. Szok!

A ten, który teoretycznie powinien dać mi wsparcie? Hmm... po kilku nieuzasadnionych scenach zazdrości i usłyszeniu paru innych "przyjemnych" słówek przestałam na niego zwracać jakąkolwiek uwagę. Nieco zabolało, bywa. Pierwszy raz w życiu zrozumiałam o co chodzi w słowach: "to nie ważne czy zdradzam czy nie. Według niej i tak z kimś sypiam więc czemu nie?" Tylko zwykle to dziewczyny są przewrażliwione. I zwykle jest się zazdrosnym o jedną, przeciwną płeć. A nie o wszystkich otaczających ludzi. Echh... to już nie jest mój problem. Pora skupić się ciut bardziej na surferze :)

Do moich planów dołączam jedno skryte marzenie.
Pojechać na lotnisko i wsiąść do pierwszego lepszego samolotu i po prostu polecieć w nieznane. No, ale to może w maju się spełni :) Potrzebuje czegoś odstającego od już wyrobionej rutyny. A że nie mam pojęcia kiedy do kraju wrócę to tym bardziej ten plan staje się coraz bardziej realny. Hmm... właśnie zaczęłam ogarniać temat wyrobienia nowego paszportu bez konieczności powrotu do kraju. Ciekawie będzie wyglądało: "organ wydający: polska ambasada" :)


wtorek, 18 listopada 2014

11 dni spokoju

11 dni minęło od ostatniego posta i nie ma żadnych nowych kłód pod nogami. I ja ładnie proszę o utrzymanie tego stanu na dłużej. Na bliżej nieokreślony czas :)

Z racji tego, że do jednej pracy jadę około 25km, do drugiej 22km to mój motorbike zaczął mnie męczyć. W dniu kiedy nie poszłam do pracy, bo padał deszcz zdałam sobie sprawę, że potrzebuje kupić samochód. I w tym samym dniu go nabyłam. Za tą cenę jaką zapłaciłam jest super!
Tylko, tylko... ostatni raz prowadziłam w momencie zdawania egzaminu. Wsiadłam z doooobrym znajomym do nowego wehikułu i: "jak to było z tymi pedałami?" Nic nie pamiętałam. Dosłownie! W miarę szybko ogarnęłam tą diabelną maszynę. Jeszcze nie czuję się pewnie, ale chyba nie stanowię zagrożenia dla innych użytkowników ruchu.

I tym samym zdałam sobie sprawę, że chyba nie zdążę z moimi planami. Trudno. Zacznę je realizować ciut później. Ostatnia lekcja nauczyła mnie sporo. Zbyt dużo mnie wszystko kosztowało. Muszę zwolnić. I bardzo mnie to cieszy. Mam więcej czasu dla siebie. Jak pogoda dopisuje to mogę sobie pospać na plaży (uwielbiam!). Mam też w głowie kilka planów przyjemnościowych i jeden z nich zrealizuje niebawem. Dzięki uprzejmości niejakiego J.S. Sylwestra spędzę w Sydney :) Strasznie się cieszę :)

Inny plan to projekt foto. Tylko muszę kupić jakąś tanią lustrzankę np. Canon 450D. Nie jest to drogi sprzęt. W sumie szkło na którym mi zależy kosztuje tyle samo co pudło :P I w wolnej chwili będę się uczyła pstrykać sweet focie.

Kolejny plan niestety nie wypali. Mianowicie nie zostanę ratownikiem. Zapytałam się jednego z nich o to co muszę zrobić, by nim zostać. Usłyszałam, że wolontariuszem zawsze mogę być. Tylko, że opcja worker for free mi nie odpowiada. Odpowiedź: "to praktycznie nierealne. Musiałabyś czekać kilka lat". Z przyczyn technicznych chyba sobie daruje.

 A Absztyfikanta chciałabym wymienić na inny model :) no, ale czas pokaże co z tego wyjdzie!

sobota, 8 listopada 2014

Czyżby normalność?

Tak jak obiecałam sobie tak też zrobiłam. Nie ruszyłam palcem, by wysłać kolejne resume. Jeśli po tych rozmowach rekrutacyjnych nadal byłabym w martwym punkcie zmieniłabym miasto. Nie jestem w sytuacji, gdzie nie mam pieniędzy na życie. Ba! Co wypłata mi zostaje i mogę odłożyć. Tylko te "odłożone" za wolno przybywają i nie zdążę z realizacją tego co zaplanowałam. Wysoko poprzeczkę sobie postawiłam. Nie chce czasu marnować. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że siedziałabym w AU przez kilka lat na wizie studenckiej.

Byłam na dwóch rozmowach. Pierwsza okazała się pracą jedynie na 2,5 miesiąca. Słabo.
Druga. Jest w innym stanie więc obowiązuje inny czas. Trochę mnie to bawi, bo zmieniam dzielnicę i jestem w innym świecie.

Jest to kolejna placówka ze staruszkami. Usłyszałam jeden warunek. Jeśli staruszkowie nie będą mieli większego problemu ze zrozumieniem mnie to mogę być spokojna o tą pracę. W sumie to jeśli zrozumieli mnie w 2 innych miejscach czemu tutaj mieliby mieć problem :)

Uspokoiłam się.

Odetchnęłam.

I upiłam się jak... ha ha :)

Z racji tego, że ponownie jest marchewka przed oczyma to dalej działam, biegam i kombinuję co by tu jeszcze móc zrobić :)

Wróciłam do swej normalności! I ja ładnie proszę o nie stawianie mi kolejnych przeszkód, bo trochę mi motywacji już zaczyna brakować :P

wtorek, 4 listopada 2014

...

Mam jedną zasadę tworzenia tego bloga. Nie zmieniam niczego co napisałam. Ok, raz skasowałam kilka zdań na prośbę jednej osoby, a i jeszcze ta osoba słyszała milion przeprosin.
To co napisałam było zmotywowane daną sytuacją, zdarzeniami bądź moimi decyzjami. Czasem się mylę, czasem się zatracę, zgubię i zniszczę. Czasem popełnię nieodpowiednią decyzję. Ot, jestem przecież jedynie człowiekiem. A życie to nie jest jedynie tęcza i kucyk pony. Nie potrafię widzieć wszystkiego poprzez pryzmat różowych okularów. Jak również nie lubię rozmawiać ze znajomymi z Polski jedynie o tym, że jest cudownie i widzę codziennie inne stworzonka, bo to nie bajka. 

Ten blog może również służyć jako opis procesu migracji. A nie jest on łatwy. 

Placówka dała mi w kość nie dlatego, że miałam nienormowany czas odpoczynku tylko dlatego, że budziłam się z koszmarami. Na szczęście zniknęły. Jakaś część we mnie umarła, ale dzięki niej na widok zakrwawionej podłogi i przerażenia w oczach rezydenta potrafię trzymać go za ręce i pocieszać, a nie być bardziej przerażoną niż on sam.

Gówniana, ale dobrze płatna praca okazała się porażką, która przeważyła szale.

Poddałam się! 

Tak! Poddałam się!

Mam dość!

Mam dość ciągłej walki o stabilizację, którą w jednej chwili można stracić!
Mam dość ciągłego zmieniania znajomych, bo praktycznie nierealne jest tu zbudować długoterminowe znajomości!
Mam dość tłumaczyć, że mogę pracować jedynie 20 godzin w tygodniu, bo moja wiza ma spore obwarowania!
Mam dość wszystkiego! 

Podjęłam decyzję, że przestaje wysyłać CV. Jeśli te, które do tej pory wysłałam nie poskutkują i zostanę zmuszona do aplikowania o kolejną wizę studencką to zmieniam miasto. Tu nic się nie zmieni. 

Poddałam się! 

Płakałam. 

Długo. Za długo, bo później dostałam potężnej migreny w trakcie której wymiotowałam z bólu. 

Załamałam się. Przeleżałam w łóżku dwa dni.  
Po tym czasie spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Przeraziłam się. 

Telefon zadzwonił. Idę na rozmowę rekrutacyjną do placówki jako care-worker. Sprawdziłam maile, idę na rozmowę do parku rozrywki. Wszystko się wyjaśni na dniach. 

To są moje ostatnie szanse na to, by zostać w tym mieście.

Często słyszę, że jestem silna i że dobrze sobie radzę. Dziękuje! Dziękuje za wszelkie maile. Dziękuje za wszelkie komentarze. Tak, jestem wytrwała i dużo mogę znieść. Zawsze miałam pod górkę, a to co zdarzyło się w moim życiu kilka lat temu było największą czarną dziurą w jakiej się znalazłam, ale nauczyła mnie wiele o sobie. Nigdy przed tym i po tym nie zdobyłam takiej wiedzy na swój temat. Chyba już wiem wszystko na temat stawiania sobie celów, dążenia do nich krok po kroku i wyciągania z każdego niepowodzenia wniosków.
Tylko trzeba też wiedzieć kiedy to co robimy zaczyna być walką z wiatrakami. A ja w tym momencie właśnie tak się czuję.  

czwartek, 30 października 2014

Fortuna kołem się toczy

Powiało grozą więc trzeba było zacisnąć poślady i coś ze sobą zrobić. Przecież się nie poddam :)

Praca w placówce dała mi w kość. Może jestem zbyt wrażliwa, może zbyt mocno wszystko sobie wzięłam do serducha. Jeśli budzę się o 4:40 jadę do jednej pracy, o 8 ją kończę i pędzę do szkoły, by po niej jechać do placówki, i wracam do domu po 22:00. Kolacja, prysznic i do łóżka koło 12:00. 4,5 godz snu i z powrotem na wysokie obroty. Długo tak się nie da. I się nie dało. Mówiłam, że w jeden dzień w tygodniu mam szkołę i nie mogę być w pracy. Oznaczono w grafiku, że jestem niedyspozycyjna o poranku. Kur... ja nie jestem robotem. Tak się nie da. Zapłaciłam za to słoną cenę.
Po równo miesiącu okrojono mi zmiany do 2 w tygodniu. Ucieszyłam się jak dziecko na gwiazdkę, bo nie będę musiała tam przebywać. Tylko... tylko... co z moimi planami? I co tu zrobić, by się pojawiła kolejna praca i opcja odpoczynku, bo należy mi się on jak psu buda.

Olałam wszystko. Wszyściuśko. Zrobiłam sobie listę placówek do których chciałabym pojechać i porozmawiać na temat możliwości zatrudnienia, ale jeśli po drodze naszła mnie ochota na drzemkę na plaży to czemu miałabym sobie odmówić. Krótko mówiąc włączyłam tryb wakacyjny. Wszystko powoli i bez pośpiechu. Mam ochotę na śniadanie zjeść lody? Czemu nie?! Mam ochotę upiec ciasto i zawieźć je Absztyfikantowi? A czemu jedno? Współlokatorzy też ludzie! I mój nauczyciel. Były 2 blachy. Mój nauczyciel lubi jedną plażę dość mocno ode mnie oddaloną, ale jest piękna. Niestety, kiedy byłam w drodze wysłał smsa, że nie da rady się pojawić. No to co by tu... plaża? Owszem! Nie było siłowni ani basenu. Nie było niczego. I pozwoliło mi to nabrać sił. To jest niesamowite. Wystarczyły jedynie 3-4 dni i znów jestem zwarta i gotowa do działania.

Poskutkowało. Skończyłam objeżdżać listę z placówkami i zaczęłam wysyłać resume online wszędzie gdzie się dało. Dodatkowego źródła dochodów potrzebowałam na już. Tak na prawdę intensywnie pracy szukałam przez 5 dni. Dzisiaj ją znalazłam. Praca gówniana, ale kasa przyjemna. I szefa od razu polubiłam. Grafik elastyczny, normalna forma zatrudnienia. Poza wykonywanym zawodem nie mogę narzekać. W sumie to będę miała słuchawki w uszach i sprawę oleję :)
Odetchnęłam z ulgą. Jest duża szansa, że wyrobię się ze wszelkimi planami :)

A i Absztyfikant zmienił pracę i teraz będzie w pobliżu na stałe :)

sobota, 18 października 2014

Wszystko się spierdo...

Ostatnie dni są zadziwiające i bardzo zmieniające wszystko co mnie otacza. Tylko... tylko ja mam dość. Jestem już zbyt zmęczona na cokolwiek. Wszystko dzieje się za szybko. Miałam jakiś tam plan, którego mniej lub bardziej się trzymałam. Tylko... tylko wszystko jest szybciej o jakieś 3 miesiące niż chciałam. Ok, staram się dostosować do sytuacji i na maxa ją wykorzystać, ale to nie jest w porządku jeśli o 21:00 oglądając durny serial na YT zasypiam w ubraniu. Za dużo stresu, za duży wysiłek, za dużo wszystkiego.

To co się zmieniło.
Cieszyłam się, że znalazłam bez większych problemów pracę jako asystentka pielęgniarki. Niestety, ale placówka nie należy do najlepszych, a raczej może konkurować w tej dość niechlubnej konkurencji na najgorsze miejsce ever. Ludzie uwielbiają narzekać i jest to normalne, ale jeśli 2 krotnie słyszę, że pielęgniarki z agencji nie chcą przyjeżdżać, bo jest ch... z grzybnią to coś jest na rzeczy. Co chwila słyszę odmienne komendy i komentarze na mój temat. To co mi powiedziano wprost to zdziwiło mnie dość mocno. Mam szukać innej pracy, bo tu nigdy dobrze nie będzie. I niestety, ale wybrałam słabe miejsce na pierwszą pracę w tym zawodzie. Nie chce opisywać szczegółów co się dzieje z rezydentami, jakich środków używamy etc. Tylko to co mnie bezpośrednio dotyczy.
A co się dzieje? Ostatnio pracowałam przez 4 dni w tygodniu. Jak to było możliwe? Zabierano zmiany starym pracownikom i dawano je świeżej krwi. W momencie kiedy szefostwo stwierdziło, że wystarczająco się dorobiłam zmniejszono mi wymiar do około 10 godzin w tygodniu, czyli do 2 niepełnych zmian bądź w ogóle nie będę przychodziła.
Pomijam sytuacje, że obrywa mi się za coś czego nie zrobiłam bądź za to, że nie nauczyłam się rutyny. Tylko jak jej mogłam się nauczyć w momencie kiedy ciągle pracuje z kimś innym i każdy ma inne przyzwyczajenia? Przez miesiąc czasu nigdy nie pracowałam przez 2 dni z tą samą osobą. Dopiero w ostatnim tygodniu jedna dziewczyna stwierdziła, że nie ma innej możliwości i ona spędzi ze mną 2 dni i nauczy mnie wszystkiego od nowa. Chwała jej za to. Nauczyła mnie paru technik i prawidłowej rutyny. No, ale i tak 2 dni pracy to stanowczo za mało i muszę poszukać jeszcze czegoś.

Przez ostatnie dni głowię się i zastanawiam nad tym czy wrócić do pracy jako pokojówka czy nie. Dodatkowego źródła przychodów potrzebuje na już. Nie zdążę z moimi planami. Tylko ja już jestem zmęczona. Po prostu. Tak po ludzku. I co najgorsze przestałam się płynnie dogadywać z ludźmi, czyli totalnie przestałam zwracać uwagę na to co mówię i jak mówię. Muszę się porządnie wyspać i wtedy stwierdzę co robię dalej.

Cele są, a to jest najważniejsze!

No, dobra. Prawie wszystko się spierdo... Mój nowy absztyfikant idzie na rozmowę o pracę we wtorek, by pracować jedynie na Gold Coast i nie musieć się nigdzie przenosić. Cieszę się! Myślałam, że to będzie luźniejsza znajomość, a przeistacza się powoli w coś znacznie ciekawszego. Jest dobrze! :)

niedziela, 12 października 2014

Powieje romansem

Nie wiem czemu, ale ostatnimi dniami jakoś mi się przygnębiło nieco. Być może dlatego, że wreszcie zmęczenie ostatnich miesięcy zaczęło wychodzić i chodzę cała obolała. Nie lubię czasu marnować więc pomiędzy regenerującymi drzemkami biegam na siłownię bądź na basen i staram się poprawić swoją beznadziejną kondycję. Mam wreszcie więcej czasu dla siebie i dla wszystkiego co mnie otacza. Tylko czemu dół się pojawił? Może dlatego, że ciało boli? W sumie nic specjalnego się nie wydarzyło.

No, ale miał być tandetny romans.
Otóż byłam w tzw między czasie na kilku randkach i... powiało grozą ha ha
Na jednej takiej Wielmożny bawił się w konkurs kto jest lepszy. "A w ilu krajach europejskich byłaś?" "W ilu językach potrafisz mówić? Ojjj tylku w 2?". W momencie kiedy przypadkowo wyszło ile wypiłam to Wielmożny stwierdził, że nie może być gorszy. I... po wypiciu 2,5 piwach zostawił mnie przy barze i uciekł do toalety. Wyszedł po dłuuuuższej chwili ze załzawionymi oczami. Hmm... wymiotował? Usiadł. Wytrzymał około 10 minut w milczeniu po czym wstał i powiedział: "nie wiem jak Ty, ale w sumie to mnie nie interesuje. Ja idę"
Ktoś pobije to? Ktoś miał gorszą randkę?

Nie może być ciągle źle. Poznałam spory czas temu kogoś wartościowego. Kogoś do kogo mogłam zawsze z problemem zadzwonić. Kogoś przy kim czułam się bardzo komfortowo. Zbyt szybko stał się zbyt ważną dla mnie osobą. Tylko może dlatego, że w momencie kiedy go poznałam to wyciągał mnie z dość dużego doła nawet o tym nie wiedząc. Hipotez może być wiele. Fakt jest jeden:
"Wiesz... wiesz, że jesteś dla mnie ważny ble ble ble... chciałam być Twoją dobrą znajomą i czekać aż mi zaufasz, by później powoli zmieniać te relacje" Odpowiedź: "Ewelina, you need relax a bit. Everything is fine" Nawet teraz pisząc to śmieję się :)

Długo nie płakałam. Tylko zawsze musi być to "ale" Otóż pan pracuje 19 dni poza miastem i 9 jest w mieście. Nie ma możliwości stworzenia niczego trwałego. Szkoda, bo fajny chłopak więc jesteśmy w kontakcie. Co prawda słyszałam raz tekst o zmianie pracy. Ba! Nawet o wysłaniu aplikacji. Tylko ile razy pytałam tyle razy słyszałam ciszę. Czas pokaże co z tego wyjdzie.

A dzisiaj to po prostu parsknęłam śmiechem. I to jest główny powód dla którego powstaje ten post.
Mój były zmienił status związku na fb z "wolny" na "w związku". Bardzo się cieszę z tego powodu. Zasługuje na najlepsze. Co prawda kość mi w gardle utkwiła jak zdałam sobie sprawę, że ona ma to o co ja się nigdy nie mogłam doprosić. No, ale inny partner to jest i inne nastawienie i też inna sytuacja życiowa. Ogólnie rzecz ujmując życzę najlepszego. Tylko... tylko coś mi się nie zgadzało. Ostatnio widziałam go w drugiej połowie sierpnia. Data związku jest drugą połową sierpnia. Moment. Sprawdziłam po smsach. Ze mną widział się 19 sierpnia. Kombinował jak tylko mógł, byśmy wrócili do siebie. A to na litość, a to na "stare dobre czasy", a to na poprawę jego materialnej sytuacji. Co chwila słyszałam teksty: "a to nie jest takie dziwne, że po prostu siedzimy i nawet nie mogę Ciebie przytulić? Nie czujesz się dziwnie z tym?" "Nie! Dla mnie jesteśmy znajomymi" Po pewnym czasie wymiękł. I jak wymiękł zaczęłam się na prawdę dobrze czuć w jego obecności. Powracając, było to 19 sierpnia. Rozpoczęcie związku 20 sierpnia. Zaśmiałam się. Zanim rozpocznie się związek są randki. Jest czas na poznanie się i takie tam. To jak? Dwie sroki za ogon? Nie wiem o co chodzi, ale humor mi poprawił. I ja na prawdę życzę mu jak najlepszego! :)

Oczywiście te sytuacje nie działy się w przeciągu jednego tygodnia. To jest jakiś tam okres czasu. Bliżej nieokreślony. Taki zlepek spraw sercowych. Zazwyczaj staram się omijać sprawy wybitnie prywatne, bo to już zbyt mocny ekshibicjonizm jak dla mnie. Choć te powyższe to mnie rozbawiły :)

Mogę jeszcze dorzuć nieuzasadnione pretensje jednego takiego jak się dowiedział, że spotykam się z kimś, a my możemy być jedynie znajomymi. Zaczął na mnie krzyczeć. Dosłownie. Dlaczego ja mu nie powiedziałam? Czemu ja to ukrywałam? To co? To może po wypitych kilku piwach z nim poszłam do swojego chłopaka? Kur... poznałam gościa przypadkowo i po prostu poszliśmy do pubu na piwo. Ot co. Po co ten krzyk?

Ludzie są dziwni i zawsze byli i będą.

Coś specjalnego!

Poproszono mnie więc nie wypada odmówić. Choć i komentarz też mógłby się ładny pojawić ;) 

Nie, no żartuje rzecz jasna! 

Specjalne gorące pozdrowienia dla tych odważnych co to rzucili wszystko. Cały swój dorobek, swoją karierę i dotychczasowe życie, by wyruszyć w nieznane i zobaczyć jak to się mieszka na antypodach. 

W szczególności ściskam i całuję Jarosława S. I ja wcale się nie podlizuje :) 

Pozdro Robaczki!!!!

czwartek, 9 października 2014

Marchewka

Nie wiem czemu, ale ważne bądź najważniejsze decyzje mego życia podejmuje po pijaku bądź na spontana. To już głupota czy jeszcze odwaga?
I tak na przykład mam mały tatuaż na bikini, bo się założyłam po wieeeelu piwach. Przyznam, że to była dobra decyzja, bo nadal mnie bawi, a mam go prawie od 10 lat.
Decyzję dotycząca wyjazdu podjęłam w przeciągu około minuty.

Tak i tym razem nie mogło być racjonalnie. Po kilku piwach i wypitej flaszce rozmawiając na tarasie z widokiem na ocean padł pomysł: "Ewelina, skoro jesteś w stanie przepłynąć x basenów 50 metrowych startuj na ratownika." Czemu nie? Tylko muszę mięśniowo się poprawić, bo najsłabszą cipką to nie chce być :P

Pojawiła się marchewka przed oczyma :) Dobrze! Wykreował się kolejny cel! Jest wyzwanie! Tylko muszę sobie poradzić z obawą przed oceanem :) Nie powinno to sprawić większej trudności. Jestem zmotywowana.

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że woda i warunki szpitalne były moimi największymi lękami. Często gęsto będąc na kacu bałam się zamknąć oczy pod prysznicem. A teraz piszę posta o zostaniu ratownikiem :) Też szukałam informacji o maratonie pływackim, ale jest on 1 stycznia. Ludzie! Ogarnijcie się! 1 stycznia?!

Warunki szpitalne? We wszelkich tego typu miejscach zachowywałam się jak spłoszone zwierzę, a teraz? Połowa moich rezydentów jest leżącą i trzeba ich karmić, przewijać i myć. Tak, to są warunki szpitalne. Daję radę! Ba! Nawet nauczyłam się zmieniać worki przy kolostomi i dwóch takich podobnych schorzeniach. Ha!

Twardym trzeba być :D ha ha :D

PS
Jeszcze jeden pomysł, ale wymaga on pewnych nakładów finansowych. Nawet nie bardzo dużych, ale mimo wszystko pewnych. Jak go zrealizuje na stówę się pochwalę :)

Ja jako Asystentka Pielęgniarki

W momencie kiedy dostałam pracę dosłownie skakałam ze szczęścia. Był to potężny krok do przodu umożliwiający stabilizację i normalność w pełni znaczenia tych słów.

Pierwsze dni nie należą nigdy do przyjemnych i najłatwiejszych. Normalka. Nowi ludzie, nowe obowiązki, inne zasady i inny język. Pogrążona w chaosie starałam się wszystko ogarnąć. Tylko, że to wymaga czasu, a nie jedynie chęci. Pierwsze dwa dni były poświęcone nauce wszystkiego. Z całym szacunkiem, ale ja w przeciągu tak krótkiego czasu nie zapamiętam przyzwyczajeń oraz możliwości około 40 rezydentów, jak również rutyny kilkunastu pracowników. Jest to nierealne. Z pracy wychodziłam z potężnym bólem głowy. Za dużo się działo. Po okresie wdrażania od pielęgniarki z kilkunastoletnim doświadczeniem usłyszałam: "to nie jest Twoja wina, że popełniasz błędy. Ktoś skopał Twój okres wdrażania". A prawda jest taka, że na zmianie miałyśmy rezydenta z poważnymi problemami żołądkowymi, które były na tyle bolesne (dla niego i dla nas), że zadzwoniono po pogotowie. Natomiast główna pielęgniarka widząc co się dzieje zwymiotowała. No, ale przecież nie dawałam rady.
Innym razem usłyszałam: "po dzisiejszej zmianie to chciałabym skoczyć z mostu" I tu powinnam wyjaśnić, że pracuje się dwójkami, czyli znowu coś było nieodpowiedniego. Allo!!! Czy ktoś bierze pod uwagę to, że nie mam kilkunastu lat doświadczenia?! Po tym tekście zaczęłam przyjeżdżać zniechęcona. Nie zrobiłam nic złego. Po prostu moja prędkość wykonywania czynności niesatysfakcjonowana stary szwadron, który zapomniał o swoich początkach.
Kolejnym razem na pytanie: "hej, co słychać?" Opowiedziałam akcję o  kradzieży skutera. Chwilę później za plecami usłyszałam jak ta sama osoba naśmiewała się ze mnie. Ok. To w takim razie przychodzę do pracy, robię swoje i wyruszam z resume do innych placówek. Nic na siłę.
Oczywiście, zdarzały się i miłe dni. Tylko, że tych nieprzyjemnych było więcej.
Wczorajsza zmiana. Pracowałam w dziale o najwyższym hardcorze. Ludzie tam przebywający to dosłowna kupa kości i mięsa bez duszy. Tam w środku ich ciał to już nic nie ma. Z mózgu mają kisiel. Praca jest o tyle ciężka, że totalnie nigdy nic nie wiadomo co takiemu przyjdzie do głowy. Głównie ci ludzie siedzą przy stole całymi dniami, ale czasem mają jakieś przebłyski i te są najgorsze.
Moja partnerka (bardzo miła kobieta) poszła na przerwę, a ja w między czasie miałam przebrać jedną zwariowaną ktośkę. Drzwi do łazienki były otwarte bym wszystko słyszała. Była cisza. Standardowo rozmawiałam z ktośką o dupie marynie, czyli "a czemu nie chcesz zdjąć koszuli? Spójrz nie pasuje ona do Twoich spodni. Może dopasujemy te ubrania?" Wyszłam z łazienki. Córka jednego z rezydentów poinformowała mnie, że na podłodze jest mnóstwo krwi i jedna z ktosiek leży na podłodze w pokoju.
WTF?! Było cicho! Nic się nie działo! Nic nie słyszałam! Wcisnęłam guzik "Emergency". Nie zadziałał. Możliwe, że byłam zbyt przerażona i po prostu go musnęłam, a nie kliknęłam. Poszłam po pielęgniarkę. Sprawa została załatwiona. Wszyscy cali. Tylko... tylko ja zostałam przerażona. Nie chce nikogo skrzywdzić ani zranić. Moja praca nie powinna polegać na tym, że z podłogi czyszczę krew rezydenta.
Pożaliłam się partnerce. Ta poszła do głównych pielęgniarek. Chwilę później rozmawiałam z jedną z nich. Pocieszała mnie i wyjaśniała, że to nie była moja wina. A mi łzy po policzkach płynęły. Przytuliła mnie, a ja przeprosiłam i uciekłam na przerwę. Przyszła kolejna pielęgniarka i również posiedziała ze mną i starała się dać wsparcie. Usłyszałam żebym się nie poddała, bo nie chcą mnie stracić jako pracownika. Chcą bym została, bo widzą, że mi zależy i że staram się troszczyć o zakręconych i schorowanych ktośków. A ja straciłam kontrolę i nie mogłam przestać płakać.

Zdarzenie nie było przyjemne. Koniec jak najbardziej. Potrzebowałam usłyszeć, że wcale nie jestem złym pracownikiem. I pomimo, że nadal czuję się jak przysłowiowa kupa gów... to zaprzestaje myśleć o roznoszeniu cv.

środa, 8 października 2014

Good bye Hilton!

Zawód pokojówki do najłatwiejszych nie należy. Jest to fizyczna i ciężka praca. Ważna jest rutyna, prędkość i zwracanie uwagi na najważniejsze detale. Niestety, ale tego typu zawody nie są najlepiej opłacane. No, ale z drugiej strony osoba pakująca się w wykonywanie tej żmudnej i nigdy się nie kończącej katorgi zdaje sobie sprawę z wszelkich zasad. To czego oczekiwałam i potrzebowałam to minimum szacunku. Wydaje mi się, że nie jest to nic wielkiego. Po prostu ludzkie odruchy świadczące o tym, że nie jestem niewolnikiem, a pracownikiem.

Pewnego dnia.
Gość był właścicielem hotelu w Nowej Zelandii więc był przewrażliwiony i sprawdzał dosłownie wszystko. Nawet pod jego czujnym okiem znalazł się protector materaca. Przyznam szczerze, że do głowy, by mi nie przyszło sprawdzenie czegoś takiego. Oczywiście pokojówki dały ciała. Jeśli ma się 30 minut na generalnie sprzątnięcie pokoju i jest to czas sezonu więc jest bardzo dużo do zrobienia to nie zwraca się uwagi na takie detale. Supervisor pokazał mi i mojemu partnerowi jak należy poprawnie pościelić łóżka. Aż mi się cisnęły odpowiednie komentarze. Po roku pracy w tej cudownej instytucji kobieta mi tłumaczy jak należy ułożyć prześcieradło. No, ale rzecz jasna nie skomentowałam tego. Wybuchłam w momencie kiedy usłyszałam, że jedynie głupi człowiek może popełniać tego typu błędy jak ścielenie łóżka. I jedynie głupi pracownicy są w Hiltonie zatrudnieni. Tu już toczyłam pianę z pyska. I jak stałam tak krzyczałam. W odpowiedzi usłyszałam, żebym nie brała tego tekstu do siebie, ale tylko ktoś głupi mógł coś takiego zrobić. Przyznam, że przez moment pojawiła mi się myśl: "może jak usłyszy, że przesadziła to jakaś akcja zadzieje się w jej mózgu i przeprosi". Jednak nie. Było zupełnie odwrotnie. Nie czekając zbyt długo jej nadużycie zgłosiłam wszędzie gdzie tylko mogłam. Oczywiście nikt za nic nie przeprosił. Żadnych konsekwencji nie było. Był to wyraźny komunikat kim tak właściwie jesteśmy w tej firmie.

Inna sytuacja dotyczyła mojego upadku. Zadzwoniłam, że nie przyjadę. Usłyszałam krzyk: "Ewelina, powinnaś wcześniej do mnie zadzwonić." Odpowiedziałam: "następnym razem postaram się wcześniej upaść na ulicy" Nie usłyszałam niczego przyjemnego, a wręcz przeciwnie: "Ewelina wpisałam twoje imię na tablicy." Moja myśl: "to je kur.. przekreśl" Starałam się być grzeczna: "Rose, nie zrobiłam tego specjalnie". Niestety, ale kobieta miała problem z powstrzymaniem swych emocji. W zamian za "nic ci się nie stało? Wszystko w porządku? Byłaś na pogotowiu?" słyszałam: "Masz być teraz w pracy! Czemu ciebie nie ma?!" Oliwy do ognia dolała już ostatnia sytuacja kiedy specjalnie na moje piętro przyjechał supervisor wysłany przez szefostwo, by ze mną porozmawiać na temat skandalicznego zachowania. Jak ja śmiałam zadzwonić i nie przyjechać do pracy? Podłą świnią jestem. A to, że nie mogłam się schylać i ból mi sprawiało trzymanie czegokolwiek w rękach nie powinno być istotne. W tym samym dniu poinformowałam, że odchodzę. Widniałam na kolejnym tygodniowym grafiku więc, by nie produkować problemów i też kupić sobie ciut czasu na stworzenie planu B popracowałam do jego końca.

Dzisiaj odebrałam referencje i certyfikat potwierdzający moje umiejętności. Jakie by one nie były może kiedyś mi się przydadzą. Mieszkając tutaj doceniłam wszelkie skończone kursy, które wydawały mi się bezużyteczne. Teraz są moją podstawą! :)

Wstępniak

Dawno mnie tu nie było. Przyznam, że jak miałam chwilę wolnego to siedziałam przed kompem i oglądałam słabą scenę kabaretową na YT, czyli po prostu zamulałam nic nie robiąc.

Powinnam jedną rzecz sprostować.
Ubezpieczenie skutera o którym ostatnio napisałam było obowiązkowe i podstawowe. Musiałam przelać 400$ :( Bolało! Oj, bolało!
Skuterowych przygód nie koniec. Na śliskiej ulicy w trakcie hamowania klasycznie się przewróciłam. Motorbike nie należy do najlżejszych i nieco mi zmiażdżył kostkę. Napuchło biedactwo, a ja z rozwalonymi dłońmi, kolanem i kostką pojechałam do apteki po plastry etc. I przy okazji zadzwoniłam do Hiltona, że nie pojawię się w pracy, bo uległam wypadkowi w drodze do pracy. To co usłyszałam zdziwiło mnie co niemiara, ale nie o tym teraz chciałam.
Tak na dobrą sprawę to przez miesiąc czasu posiadania mego jednośladu z napędem silnikowym troszkę się zdemotywowałam i nauczyłam :) Wreszcie mogę przyznać, że ogarnęłam diabelną maszynę. A rany? Nie są poważne. Opuchlizna po kilku dniach zeszła. Prawdop. na kostce blizna mi zostanie. Ot, kolejna :) Nie przejmuje się tym tematem zupełnie.

A powody dla których mnie nie było to:
- w zbyt dużych emocjach rozstałam się z Hiltonem
- w nowej pracy wcale różowo nie było
- poznałam kogoś
- zaczęłam intensywnie trenować, bo ktoś mi przed oczyma zawiesił fajną marchewkę :) Tylko to wymaga ode mnie sporego wysiłku. Po tak długiej przerwie leżę i kwiczę.

To chyba powstaną 3 bądź 4 posty, bo tak będzie najwygodniej :)
Zatem zabieram się do pisania

Aloha!

sobota, 20 września 2014

Ja i mój skuter

Niebawem będę mogła zacząć pisać kolejnego bloga: "ja i mój skuter"

Swoją Czarną Panterę mam od 10 dni i przygód co nie miara.
Z racji tego, że nigdy nie jeździłam żadnym jednośladem z napędem silnikowym z przerażeniem w oczach starałam się ogarnąć o co chodzi tej diabelnej maszynie osiągającej max 60 km/h (z górki raz udało się i zobaczyłam magiczne 70 km/h)

To co się wydarzyło:
- zatrzymałam się na piaszczystym, dzikim parkingu i... i przewróciłam się. Po prostu. Zatrzymałam się i bach. Ooops. Ja leżę. A raczej się opieram o samochód. Ojoj. Staram się podnieść skuter. Ooops. Kolejna rysa. Ojjj czemu ona jest tak długa? Ojoj! Zostawiłam swoje dane kontaktowe i pojechałam w swoją stronę. Nie minęła godzina zadzwonił właściciel :/ liczyłam na łut szczęścia. Nie tym razem.
Wysłał mi rachunek na ponad 1000$. A ja grzecznie Pana poinformował, że chyba nie mam ubezpieczenia. Ja niczego jeszcze nie załatwiłam, bo nie miałam kiedy, a poprzedni właściciel o niczym nie wspominał więc może dojdziemy do jakiegoś porozumienia. Swoją drogą mogłam uciec i  by został z niczym. Uzgodniliśmy, że zapłacę 400$ i sprawa zostanie zamknięta. Miał mi wysłać dane do przelewu. Czekam od kilku dni. Cisza.

- parkuje przed garażem. Garaż został zamieniony na studio fotograficzne więc samochody stoją tuż przy ulicy bądź na podjeździe. Mieszkam w nudnej i nic nie oferującej dzielnicy. Tu nie ma nic. Jest jezioro i Aldi. Nuda jak diabli. Kocham to miejsce. Jest co prawda daleko od centrum, ale jest bezpiecznie, cicho i spokojnie. Nie było mnie całą noc w domu. Wróciłam rano. Otworzyłam drzwi. I tak dziwnie mi się zrobiło. Jakoś za dużo wolnej przestrzeni było wokół mnie. O co chodzi? Nie ma Czarnej Pantery. Obudziłam współlokatorów. Może go przestawili, bo mógł w czymś przeszkadzać. Nie. No to jadę na policję, bo ktoś mi ukradł skuter. Andrew wstąpił do sąsiada. Może ten coś słyszał. Sąsiad jest policjantem. Poinfo, że widział jakiś motorbike w pobliskim parku. Tak! To był mój jednoślad! Idioci nie potrafili go uruchomić więc ładnie go zaparkowali 20 metrów od mojego domu. Co prawda zniszczyli kilka rzeczy, bo chcieli go otworzyć (tak, to jest najlepsze słowo) i od wewnątrz go uruchomić. Nie udało im się więc go zaparkowali. Ładniej niż ja to robię. Policjant poinformował, że powinniśmy całą sprawę zgłosić i czekać na kogoś do ściągnięcia odcisków palców. Czekałam 6 godzin. Nikt nie przyjechał. Po 6 godzinach porozmawiałam z sąsiadem. Zadzwonił w moim imieniu i pytał co się dzieje. 10 minut później policja była na miejscu. A mój skuter został na noc w garażu sąsiada. Miałam go odebrać rano. No, ale nie chciałam nikogo budzić. To, że ja wstaję o nieludzkich godzinach to nie znaczy, że wszyscy mają tak samo przesrane jak ja. Chciałam wstąpić o 11:00 (matko i córko, jest niedziela. Dam człowiekowi poleżeć w łóżku). 10:20 sąsiad puka do drzwi. Naprawił mi skuter i chciał się zapytać kiedy będę mogła go wziąć. Coś niesamowitego. Zaniemówiłam. Jedyne co mówiłam to: "thank you so much! Thank you!"

- dostałam list z banku. Nie mojego banku. O co może chodzić? Zostałam grzecznie poinstruowana, że wraz ze zmianą właściciela jednoślada na ubezpieczeniu będzie widniała inna osoba. Wow! Chce się upewnić w poniedziałek czy wszystko dobrze zrozumiałam. To ubezpieczenie nie jest obowiązkowe! Wow! Nie stracę 400$ Wow!

To takie ostatnie 3 dni z mojego życia :P

czwartek, 18 września 2014

Bez tytułu

Skuter mam od 9 dni. Przejechałam około 500 km. I nadal boję się zawracać. Koszt takiej przejażdżki to ok. 15$ Coś pięknego!

Tylko żegnajcie piwka po pracy i pisanie bloga będąc lekko podchmieloną ha ha :) Na to nie mogę sobie już pozwolić. A szkoda, bo szczerze mi tego brakuje.

Wspomniałam, że praca nie okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie jestem w niej szczęśliwa. Nie dlatego, że jestem nowa i nie mam doświadczenia ani wyrobionej rutyny. Tylko, że gdybym była staruszkiem to nie chciałabym być w tym miejscu. A to nie jest dobre. Moje obowiązki ograniczają się do kontroli pieluchy i przechadzek do toalety.
W pierwszy dzień pierwszy raz w życiu widziałam martwego człowieka i to tak bardzo z bliska. W trzeci dzień jeden z rezydentów miał poważne problemy z żołądkiem i po 8 godzinach męczarni pielęgniarki zdecydowały się, by zadzwonić po pogotowie. Biedny człowiek i biedni my, którzy ciągle się nim opiekowaliśmy.
Nie mam doświadczenia w tym zawodzie. Wiem jedno, że w placówce w której byłam na studenckiej praktyce czułam się jak ryba w wodzie. Było widać, że rezydenci są w niej szczęśliwi i o to chodzi. Przecież to jest ich drugi dom.
W tej ostatnio usłyszałam, że jeden rezydent zmienił placówkę, bo nie był zadowolony. I ja go szczerze rozumiem. Będę dalej resume roznosić. Mam nadzieję, że w nie każdej tak jest. A może moja praktykowa była perełką? A większość wygląda tak jak ta w której jestem zatrudniona? Mam nadzieję, że nie.

Hmm... zmienię nieco temat, by nie smęcić.
Dzisiaj miałam pierwszą lekcję z nowym nauczycielem. Po dwóch miesiącach poszukiwań znalazłam tego jednego, jedynego nauczyciela, który przygotuje mnie do IELTSa :) Yeah!
I zadał mi pytanie, bym napisała krótką pracę na temat: "dlaczego jesteś szczęśliwa?" Odpowiedź: "tylko, że teraz nie jestem szczęśliwa. Byłam. Nie jestem. Będę" I zaczęliśmy rozmawiać. Mój przystojny, 29 letni nauczyciel jest szczęśliwie żonaty, a jego żonka jest wyczekującą przyszłą mamą. Oboje są wyciągnięci jak z obrazka.
Z racji tego, że moja odpowiedź była szczera to i on się otworzył. Usłyszałam, że jest z USA. W AU mieszka od 4 lat i nawet nie myśli o tym by wrócić do kraju. Teraz jest bezrobotny, ale jakoś się tym nie martwi. Wybrał miejsce na drugim końcu miasta, bo: "tu tak ładnie jest. A i moja żona po wizycie u lekarza może pójść na plażę zrelaksować się". Rozmawialiśmy o początkach, o znajomych i o tym wszystkim co się dzieje wokół nas. Stwierdził, że jestem mądra i silna i to czego tutaj doświadczyłam nieodwracalnie mnie zmieniło. A na końcu dodał, że jako zapłatę na następne zajęcia mam przynieść coś do przekąszenia.

Pocieszył mnie w jednym. Przygotował się do zajęć i poszperał w necie info na temat prac pisemnych z IELTS. Znalazł pracę innych, którzy zdawali na poziomie 5pkt. Ja potrzebuje 6, czyli są to te okolice. Usłyszałam: "ja nie rozumiałem o czym oni właściwie pisali. Ciebie rozumiem, jak mówisz i jak piszesz więc nie martw się o ten egzamin" Druga osoba mi to powiedziała. Może wreszcie uwierzę w swój ang :)

Kop w tyłek

Długo się zabierałam za napisanie tego postu.

Wiele rzeczy się zmieniło.
- powróciłam do rozmów z adwokatem na temat spraw wizowych. Nadal jestem w bardzo przyjemnej sytuacji, ale myślałam, że cała zabawa będzie tańsza.
- miałam stłuczkę skuterem, a że nie jestem ubezpieczona to sprawa fajnie nie wygląda.
- nowa praca nie okazała się strzałem w dziesiątkę. Potrzebuje doświadczenia więc kilka mcy muszę posiedzieć.
- przez 2 miesiące szukałam nauczyciela angielskiego i mam nadzieję, że wreszcie go znalazłam.
- mój romans dobiegł końca. Absztyfikant nauczył mnie wiele swoją osobą. Niestety, ale nie byłam zbytnio ważna w jego życiu. Ot! kolejna znajoma. On był dla mnie kimś szczególnym. Mój błąd.

Nie nudziłam się przez ten czas. I dobrze. Nie zmarnowałam tych dwóch tygodni.

Nie wiem dlaczego, ale ten miesiąc jest dla mnie szczególny. Zrobiłam olbrzymi krok do przodu w kwestiach zawodowych i osiedlania się . Jak również zrobiłam bardziej prywatne porządki.

Wielu rzeczy nie publikuje na blogu, bo są zbyt prywatne bądź nie dotyczą wyjazdu, a spraw bardziej życiowych i ludzkich. I o tych rozpisuje się w mailach. Niestety nie odpisuje na bieżąco. Przepraszam.

Ostatnio dostałam lekcje od rodziny, znajomych i absztyfikanta. I przyznam, że niektóre mnie zbyt mocno zniszczyły. Zamknęłam się na kilka dni w pokoju i starałam się dojść do siebie. Nie pomogło więc poprosiłam o pomoc tych, którzy byli dla mnie ważni. I ją dostałam.

1. zawsze starałam się pielęgnować znajomości. Przypominać o sobie kiedy zauważyłam, że zbyt długa jest cisza. Zmieniłam to. Jeśli przez x miesięcy osoba, która istniała w moim życiu (jako znajoma, przyjaciel, ktokolwiek) nie odezwała się do mnie to chyba jest znak, że ja nie byłam istotna w jej życiu. Nie jestem w stanie siedzieć całymi dniami i zagajać do każdego znajomego: "co słychać?" Muszę starać się też o tych znajomych tutaj więc siłą rzeczy relacje z wieeeeloma osobami się zmienią, przekształcą bądź urwą.
Nastała tutaj niesamowita niespodzianka. Mailuje z osobami z którymi przez x czasu kontaktu nie miałam, bo po prostu nasze drogi się rozeszły. Za to teraz jest bardzo przyjemnie. Nie mowa tu jedynie o regularnych wiadomościach, ale i o wysłanych raz na jakiś czas pytaniach kontrolnych: "żyjesz? Nic cię jeszcze nie zjadło?" Miło! Dziękuje!

2. nie ciągnij czegoś co trwa długo tylko dlatego, że trwa długo. To bezsensu!

3. nigdy nie zapomnij kim jesteś.

4. naucz się wyłączać emocje. Zwłaszcza w kontaktach z ludźmi, którzy teoretycznie są tobie bliscy.

5. ufaj jedynie sobie.

Wiem, że Ameryki nie odkryłam. Mogłam się tego nauczyć nie ruszając czterech liter. Większość nabyłam wiele lat temu. Tylko , że o niektórych lekcjach zapomniałam. W przeciągu ostatniego roku w pewnym momencie się zgubiłam. Miałam i nadal mam gównianą pracę, ale zaczynałam wyglądać i czuć się jak ma praca. Zapomniałam o mych krótkich spódniczkach, sukienkach, o uśmiechu na twarzy i o tym kim właściwie jestem. Przestałam się sama lubić. Pogrążyłam się w szarzyźnie i melancholii. Trzeba było to zmienić.

Nie będę opisywała każdego z tych punktów, bo to nie jest konieczne. Wiem, że są to istotne lekcje o których częściowo zapomniałam, bo gdzieś się sama w sobie zgubiłam.



sobota, 6 września 2014

4 dni

To jest Tybetański Bóg Fortuny.
Ostatnimi czasy chyba mnie pokochał. Choć może to są konsekwencje wcześniej podjętych decyzji? Sama nie wiem. Wiem, że ostatnie 4 dni bardzo mocno zmieniły moje życie.

W środę byłam na rozmowie rekrutacyjnej. Dostałam pracę. Jestem asystentką pielęgniarki. Otworzyło mi to drzwi do zmiany rodzaju wizy i tym samym do stałego pobytu. Jak również lubię ten rodzaj pracy. Pieniądze są marne, ale satysfakcja jest olbrzymia.

Pojawił się jeden minus. Nie mam jak dojechać na pierwszą zmianę. Nie mam tak wczesnych autobusów.

Pierwsza myśl: muszę mieć samochód. Sprawdzam stan konta. Taaa.... chyba jak go sobie narysuję.

Druga myśl: no to się przeprowadzam. Przez ostatnich kilka tygodni nie byłam szczęśliwa w swoim domu. Żyliśmy bardzo oddzielnie. Praktycznie każde po powrocie wchodziło do swojego pokoju i nie rozmawiało z nikim. Zaczęło mnie to męczyć i od pewnego czasu szukałam czegoś. Tylko, że nie znalazłam niczego co by mnie z nóg powaliło. Nie ma sensu zmieniać pokoju za większe pieniądze i gorsze warunki. Jak zaczęłam narzekać coś się stało. Pojechaliśmy na spontana na wycieczkę. Nie rozumiałam 60% tego co mówili, ale atmosfera była bardzo przyjemna. I od tamtej pory powróciliśmy do rozmów. Tylko, że ja nie miałam wyjścia. Albo praca, albo pokój. Oznajmiłam, że się wyprowadzam. Widziałam smutek na twarzy. Po kolejnym szukaniu lokum powiedziałam Kia, żeby przy kolejnej osobie dała większą stawkę. Usłyszałam, że płacę 90$ mniej, niż powinnam. Wiedzieli, że więcej nie byłam w stanie.
Nie spałam całą noc. Myślałam. Rano wysłałam smsa, "ejjj mogę zostać? Znalazłam rozwiązanie! Kupię skuter!" Dzień później kupiłam skuter od policjanta. Nigdy nie jeździłam żadnym jednośladem z napędem silnikowym. Pan wyjaśniał mi wszystko. Pierwsza przejażdżka? Tragiczna! Nie wyczułam niczego. Druga? Już lepsza. Pan zaproponował, że podwiezie mnie do domu, a później wsiądzie w pociąg. Po drodze pojechaliśmy do urzędu zmienić właściciela. Pomógł mi we wszystkim. Dzień później, czyli dzisiaj, kupiłam kask i rękawice. Jutro jadę się uczyć jeździć, a w poniedziałek do pracy. Wszystko na wariackich papierach.

Nie wiedziałam o tym, że płacę znacznie mniej niż powinnam. Fakt, 8 miesięcy temu nie byłam w stanie zapłacić więcej. Od dłuższego czasu mam stabilizację. Wysłałam smsa, że mogę robić większe przelewy. Przeczytałam bardzo miłą odpowiedź: najważniejsze żebym czuła się komfortowo. W czwartek wysłałam 50$ więcej.

Z czerwonym, typowym do motoru kaskiem w rękach weszłam do domu. Drzwi do mojego pokoju były otworzone. Widziałam, że Andrew jest w środku. O co chodzi? Weszłam i zaniemówiłam. Mam nowiutki czerwony dywanik, czarny stolik z czerwoną lampką i kwiatkiem w czerwonej doniczce, biurko i obicie łóżka zmieniło kolor na czerwony. Niesamowitą niespodziankę mi zrobili.

Podjęłam dobrą decyzję. Stałam się bardziej niezależna i mam 20 metrowy pokój za i tak małe pieniądze.

367 dni.

367 dni temu mieszkałam wraz z rodziną Australijską. Z asystentką pielęgniarki i drobnym dorobkiewiczem. Pokój nie powalał z nóg, szafa nie miała półek więc wszystko trzymałam w walizce. Było zagwarantowane jedzenie, ale Sylwia była tak nędzną kucharką i porcje były na tyle małe, że trzeba było się dokarmiać, ale i tak schudłam kilka kilo.
Z przerażeniem w oczach chłonęłam jak gąbka wszystko to co się wokół mnie działo. Wiedziałam, że o starej rutynie musiałam zapomnieć, ale jeszcze nie wiedziałam czym ją zastąpić.  Uczyłam się języka, kultury i kraju. 
Dzisiaj znalazłam notatki z pierwszej mojej pracy. Dotyczą zarobków: 100 - 150$ tygodniowo. Wow!  I wielkie plany na co wydać te kokosy. Czy dam radę uzbierać na szkołę? Czy też nie? Nadal momentami dziwię się jakim cudem dawałam radę. 
Z racji tego, że wyjechałam w pojedynkę to starałam się szybko znaleźć kogoś komu mogłabym zaufać. Nie mówię tu o związku. Zależało mi na przyjaźni. Bardzo się przejeżdżałam na ludziach. Do tego stopnia, że czasem przechodziłam na drugą stronę ulicy, by z kimś nie rozmawiać. Wychodziły na wierzch najpaskudniejsze cechy charakteru jak zawiść, zazdrość i mściwość. Słyszałam za swoimi plecami podłości, bo znalazłam pracę i się z kimś związałam. 
Raz siedząc przy piwie: "o emigracji dużo się słyszy i teoretycznie wie się wiele. Tylko to trzeba odczuć na własnej skórze jak czasami jest ciężko." Racja. Były momenty kiedy chciałam wracać do kraju. Kiedy płakałam wieczorem. Kiedy czułam się bezsilna.

Były i mam nadzieję, że nie wrócą. 

Teraz to i ja jestem asystentką pielęgniarki. I mieszkam w lepszym standardzie niż wyżej opisany dom. Zarobki znaaaaaacznie się zwiększyły. A i przestałam się przejeżdżać na ludziach. Teraz jestem już spokojna o wszystko. O wizę, o szkołę i o karnet na siłownie, by zawsze znaleźć choć odrobinę czasu tylko i wyłącznie dla siebie. Od jakiegoś czasu słyszę, że wypiękniałam. Miłe to bardzo! Tylko, że ja się nie zmieniłam. Jedynie włosy mi urosły. Ot co! Jedna rzecz się zmieniła. Jestem szczęśliwa! Po prostu. 

"Teraz tutaj szukam szczęścia i swojego miejsca. Może je znajdę :)" - napisałam to rok temu. Znalazłam je :)

czwartek, 4 września 2014

365 dni w Oz :D

Yeah!!!

I to na dzisiaj byłoby na tyle. Jutro w pociągu opiszę znacznie więcej, bo wieeeele się wydarzyło. Tylko nie miałam kiedy usiąść i na spokojnie podziubać :)

See you!!!