czwartek, 31 lipca 2014

Wyrwane z kontekstu :)

"Hej,
trafiłem na Twojego bloga już parę miesięcy temu, ale odkładałem ciągle go na później. Dopiero dziś znalazłem czas by przeczytać wszystko od początku.

Bardzo fajnie się to czytało. Gratuluję wytrwałości, fajnie że walczysz i nie chcesz wracać :) Trzymam kciuki za udane zakończenie historii z wizą studencką i za znalezienie pracy bardziej związaną z zawodem/wykształceniem!

Zyskałaś stałego czytelnika :)

Pozdrawiam!

P.S. Też miałem wiele lat temu emigracyjne historie (UK i Irlandia) i wiem jak dużo uczą różne własne błędy, czy niepowodzenia, i ile satysfakcji daje gdy wreszcie wszystko układa się po naszej myśli.

Ale w końcu wróciłem do PL, w którym nie jest moim zdaniem wcale tak strasznie jak to wszyscy mówią. Po odwiedzeniu i poznaniu ludzi z przeróżnych zakątków świata mam wrażenie, że wszędzie jest mniej więcej tak samo... W każdym kraju są fajni i beznadziejni ludzie, w każdym kraju możesz być milionerem i biedakiem, i w każdym kraju znajdziesz wszystkie odcienie szarości pomiędzy bielą a czernią w praktycznie każdej dziedzinie ;)

Jedynie klimat i pogoda, no i kulturowe różnice, są spore (ale i to nie zawsze w dobie totalnej globalizacji). I to przez nie czasem myślę o Australii. Nie cierpiałem pogody w UK/Irlandii, ta polska też mi niezbyt odpowiada. Brak śniegu by mi pasował :) We wszystkich badaniach wychodzi, że najszczęśliwsi ludzie są w krajach najbardziej słonecznych, a nie najbogatszych :) Ehhh, może jeszcze kiedyś zawitam do AU."

Dziękuje za ten komentarz. 

Zwłaszcza za:

"PL, w którym nie jest moim zdaniem wcale tak strasznie jak to wszyscy mówią. Po odwiedzeniu i poznaniu ludzi z przeróżnych zakątków świata mam wrażenie, że wszędzie jest mniej więcej tak samo... W każdym kraju są fajni i beznadziejni ludzie, w każdym kraju możesz być milionerem i biedakiem, i w każdym kraju znajdziesz wszystkie odcienie szarości pomiędzy bielą a czernią w praktycznie każdej dziedzinie ;)"

Nigdy nie uważałam, że Polska jest złym krajem. Miałam tam dobre życie. I trochę nie rozumiem malkontentów siedzących na 4 literach i zrzędzących na wszystko wokoło. Jak jest tak źle to rusz się i zmień coś. Tylko to wymaga wysiłku i odwagi, bo zawsze jest związane z podjęciem ryzyka i możliwą porażką oraz stratą czasu :) 

Trzymam kciuki za wszystkich!!! 



wtorek, 29 lipca 2014

Babskie pierdy...

Powieje babskimi pierdołami, ale po prostu mam potrzebę wyrzucenia z siebie wszelkich niedokończonych w mej głowie historii damsko-męskich.

Byłam w związku ze znacznie starszym od siebie panem przy którym to ja byłam tą bardziej dojrzalszą i bardziej przewidującą. Momentami zupełnie nie rozumiałam jego irracjonalnego i dziecinnego spojrzenia na świat. No, ale jeśli przetrwał te swoje 49 lat to jakoś mu się wszystko układało. Do czasu aż do drzwi zapukał bank. Jakiś czas temu chciałam się z nim spotkać, by porozmawiać na jeden jego dotyczący temat. Usłyszałam absurdalną wymówkę i falę narzekań na zły i okrutny świat. Jednym słowem dramat w dramacie przeplatany dramatem. Ucieszyłam się, że w tym wszystkim nie uczestniczę, że to mnie nie dotyczy. Nie jesteśmy nawet znajomymi. Nie jest to możliwe.

W podobnym do tego dnia, czyli siedząc w ulubionej knajpie i pijąc kawę bądź piwo oraz dziubając to i owo na kompie dosiadł się do mnie przystojny jegomość. Tekst na który mnie wyrwał był najgłupszym tekstem jaki kiedykolwiek słyszałam. No, ale zaczęliśmy rozmawiać i się polubiliśmy. Tylko gubię się w tych relacjach. Nie wiem co jest jego grą, a co nie. Jest to typ człowieka, który ciągle się bawi dziewczynami. Spędziliśmy kilka wspólnych wieczorów, gdzie zaczął budować zaufanie, by po chwili je zburzyć. Po czym w momencie kiedy zobaczył mnie z innym zaczął się zbyt mocno interesować moim kompanem zadając mu coraz to mniej kulturalne pytania dotyczące sfer zarobków, rodziny oraz warunków bytowych. Dosłownie tuż po: "hi, I'm X" nastąpiła salwa pytań. Na końcu wysłał mi wiadomość, że jest to świetny facet i żebym nie pozwoliła mu odejść. A kiedy dowiedział się, że jest koniec z ów 'świetnym gościem' jegomość dopytywał co poszło nie tak i czego chce, by na końcu prawie, że szepcząc stwierdzić, że powinnam znaleźć sobie kogoś dobrego, by nie grać w takie gry w jakie on gra. Zapytałam się czemu nie skończy z nimi, usłyszałam wymijającą odpowiedź.

A świetny gość? Facet codziennie rano wysyłał mi wiadomość, że tęskni za mną. Raz szybko nie zareagowałam to dostałam odpowiedź: "ojjj... nie odpowiedziałaś, nie tęsknisz za mną?" Po tkliwych tanich tekstach były smsy treści: "co robisz?" "zajęta jesteś?" I tak kilka razy w ciągu dnia. Wyjaśniłam mu, że potrzebuje swobody i przestrzeni. Stwierdził, że to rozumie i dalej robił swoje. Najlepsze było to jak usłyszałam, że chce mnie widzieć codziennie i planuje polecieć w grudniu ze mną do Polski, by poznać moich rodziców oraz, że jestem ważną osobą w jego życiu. Wszystko byłoby świetne, ale znaliśmy się dwa tygodnie. Powtórzę dwa tygodnie. Zgadzał się na wszystko co powiedziałam. Nawet wtedy kiedy się z nim rozstawałam, a niestety wybrałam najgorszy z możliwych momentów, usłyszałam: "jeśli będziesz szczęśliwa to i ja będę". Wkurzona zapytałam się: "co jest z Tobą nie tak?". Odpowiedź: "chce by byś była szczęśliwa" Po czym zobaczyłam łzy w oczach. Zawsze jak druga strona stwierdza: 'fajnie było, dziękuje i do widzenia" nigdy przez gardło, by mi nie przeszło: "chce byś był szczęśliwy".

Przyznam, że straciłam rozeznanie. I łudzę się, że jak wypluje z siebie to co mi na wątrobie leży to dojdę do jakiegoś ładu.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Rozmawiając

Jakiś czas temu zadzwonił do mnie młody, przystojny i szalony Ktoś. Rozmawialiśmy dość długo na temat życia w AU, czyli o pracy, warunkach bytowych, szkołach oraz znajomych.

To co zauważyłam pod sam koniec rozmowy to, że nie przedstawiałam pięknego obrazu. Nie opisywałam cudowności tego kraju, wspaniałości mieszkających ludzi i wszelkich niesamowitości. Momentami nie jest różowo i to nie dlatego, że angielski nie jest na satysfakcjonującym poziomie bądź że jestem niezaradna.

Ten kraj jest inny niż UE. Trzeba się go nauczyć i:

#1 po rozmowie z 30letnim Turkiem. Przyjechał tu mając 25 lat z zerową znajomością angielskiego. Teraz jest właścicielem dwóch kawiarni w Brisbane. I jutro go odwiedzę :) Stwierdził, że długo będzie pamiętał pierwsze miesiące jak wszystko było dla niego inne. Inny akcent, inne zwyczaje, inne życie. Było to bolesne. Nawet bardzo. Zwłaszcza wtedy kiedy miał 4 prace po to, by opłacić szkołę. Opłaciło się. Nauczył się wiele. Przede wszystkim dążenia do celu.

#2 Chorwat. Przyleciał tu 20lat temu. Krótko skwitował: "do końca życia będę pamiętał pierwsze 9 miesięcy" Facet ma Alzheimera i nadal je pamięta. Dały mu w kość.

# Irańczyk. Lat około 30. Prawnik. Długo rozmawialiśmy o: "wiem na jakim etapie jesteś. Masz dobre wykształcenie i miałaś dobre życie. Tu jesteś nikim. Jak ja przyleciałem to pracowałem w restauracji i jako sprzątacz, by szkołę opłacić. Teraz wiem po co to robiłem. Musisz to przetrwać."

#4 jego brat. Mega przystojny i zabawny informatyk. Miał nieco lżej, bo nie był tu w pojedynkę. Jak usłyszał, że jestem tu niecały rok natychmiast zadeklarował się, że pomoże. I stał mi się bliską osobą. Pomimo, że miałam ochotę go zabić.

Takich historii mogę przytoczyć więcej.
Jest tu inaczej niż w UK czy w innych krajach europejskich. Co nie znaczy, że jest źle.

Jest to kolejna drobna przestroga.
Australia ma niesamowicie mocno rozbudowane kampanie marketingowe i kojarzy się jako raj na ziemi. Nie do końca tak jest. Jest lżej niż w Polsce, ale rajem tego nie nazwę. Jeszcze nie. I widzicie na powyższych, że początki nie należą do najprzyjemniejszych.


czwartek, 17 lipca 2014

To w czym jesteśmy lepsi!

Żeby nie było, że jedynie smęcę. To co my mamy, a oni nie mają:

- przyjazną pasażerowi komunikację miejską. Ok, kierowcy są najczęściej mili, ale autobusy jeżdżą jak im się podoba. Średnio jeden na półgodziny.
Miał być tramwaj. Wielka i potwornie droga inwestycja. Jeden przystanek końcowy jest na wygwizdowiu, a z drugiego trzeba się przejść min 5 minut do autobusu, czyli totalny bezsens. Najlepsze jest to, że pusty tramwaj po mieście kursuje od dobrych 2 mcy, bo mają w durny sposób skonstruowane prawo. Przez bodajże 2 tygodnie tramwaj bez najmniejszej awarii bądź zgrzytu ma non stop jeździć. Jest to nierealne. No i najważniejsze: komunikacja publiczna jest droga.

- duuuuży wybór asortymentu w sklepach. Tęskno mi za 50 rodzajami kawy w markecie. Tu z rozpuszczalnych mam do wyboru: słabą australijską, Nescafe i jeszcze coś.
Nie ma konkurencyjności: sklepy spożywcze to: 2 kolosy (Coles i Woolworth) i 3 mniejsze (Aldi, 711, Iga). Aldi jest najtańszy, ale nie ma takiego wyboru jak duopoliści, którzy robią co chcą.

- Internet - już się przyzwyczaiłam, ale ich najszybsze łącze dla nas jest standardem :) Podobnie sprawa wygląda z zasięgiem sieci komórkowych.

- wyższy poziom edukacji. Jestem w collegu i jest to dobry test mojego angielskiego, ale poza tym to ja się nie uczę niczego nowego. Zadania domowe jakie dostajemy są skonstruowane jak dla idiotów. Podobnie sprawa wygląda z innym kierunkiem. Przykład pytania: "jakie dokumenty musisz mieć na rozmowie rekrutacyjnej? Wyjaśnij dlaczego.", "co musisz wiedzieć, by kupić drukarkę? I gdzie zdobędziesz niezbędne informacje?"

poniedziałek, 14 lipca 2014

Bo zupa była za słona :)

Dobra, ja też zrobiłam sobie sweet focie w lustrze. Do wyboru miałam 6 zdjęć (3 w okularach i 3 bez) i z tych wybrałam po jednym.

Na dowód, że już nie wyglądam jak pobita.




A jak oko?
Męczy się bardziej niż drugie. I jest inaczej. Przejdę się ponownie do okulisty. Tuż po wypadku szef powiedział żebym zbierała wszelkie paragony, bo mi w 100% zwrócą wszystkie pokryte przeze mnie koszta. Zmienili zdanie. Jutro będę miała z nim kolejną rozmowę, bo temat zaczyna mnie irytować. Za wizyty u lekarzy muszą mi zwrócić. Za leczenie (kupienie lekarstw) powinni, ale tu nie jestem pewna.

A propos kosztów opieki zdrowotnej. Inny specjalista. Stomatolog. Leczenie jednego kanała koszt - 1800$ :D Zapłaciłam 300$ za wyczyszczenie, zapłacę jeszcze 70$ za opatrunek i lecę do Polski :) Tylko jeszcze biletu nie mam ha ha

Samoterapia cz.1

Nigdy w życiu nie byłam fanem prowadzenia dzienników bądź wszelkiej maści pamiętników. Nie potrafię ich systematycznie uzupełniać, a moje 'głębokie myśli' sprowadzają się do: "co za durna..." Ten blog jest wyjątkiem. Prawda jest taka, że zaczęłam go pisać w momencie kiedy wielu znajomych pytało o to samo. Tylko tu nastał cud nad Odrą. No, teraz to może nad oceanem. Wkręciłam się. Swobodnie przelewam to co myślę na temat AU, życia i ludzi mnie otaczających. Byłam w 100% pewna, że będą tu zaglądać nieliczne jednostki dla których jeszcze cokolwiek znaczę. A tu piękna niespodzianka! Ponad 17 000 wejść. Dziękuje!

No, ale nie o tym chciałam. Z racji tego, że tutaj opisuje nowo odkrywany świat to daje upust moim emocjom i umieszczane posty działają na mnie terapeutycznie. A co za tym idzie, przeleję to co mi leży na przysłowiowej wątrobie.

Od jakiś 2 miesięcy mam ochotę wybić połowę ludzkości. Na początku myślałam, że może to kwestia zmęczenia bądź przeciążenia. Nie jest tak. Otóż, w pierwszym miesiącu wkurzenia się wszyscy wokoło mówili mi co mam robić. Nagle wszyscy wiedzieli lepiej co jest dla mnie najlepsze. Problem polegał na tym, że ja nie prosiłam o rady. I nawet jeśli moje decyzje okazywały się błędne to będą moje porażki i to ja z nich wyciągnę wnioski. Nikomu nic do tego.
W drugim miesiącu większość znajomych (tych dalszych) znalazła się w innej galaktyce bardzo oddalonej ode mnie. Na tyle oddalonej, że ich świat mnie irytuje, śmieszy czasem zadziwia. Przykłady:

#1 Nigdy nie byłam zagorzałym fanem portali społecznościowych. Mam tam konto, czasem wrzucę jakiś komentarz, czasem zdjęcie. Moja obecność jest sporadyczna. Zaczęło mnie już irytować lecenie na ilość publikowanych postów i zapraszanych znajomych na wszystko co jest możliwe, np ponad 100 osób zostało odznaczonych i zaproszonych na przejażdżkę do pobliskiego lotniska, by się z kimś pożegnać. Dzień wcześniej była impreza pożegnalna na której powinna pojawić się podobna liczba 'znajomych'. Znalazłam się w grupie szczęśliwców. Dziewczynę widziałam dwa razy w życiu na oczy: Pierwszy raz na zajęciach przy "cześć mam na imię..." i następny raz w autobusie: "co słychać? O to super". Grzeczność grzecznością, ale to jest już przesada. Częściej rozmawiam z kierowcami autobusów niż z co poniektórymi, którzy mnie zapraszają na imprezy. Po co? By udowodnić po przylocie do domu ilu to znajomych się miało? Jaką olbrzymią popularnością się cieszyło? Według mnie to głupota.
#2 Inny przypadek to publikowanie dokładnych relacji z dnia: 'kupiłem buty <fota on i buty>" "gram w grę komputerową <screen z gry komp>" Rozumiem, coś zszokowało, zaskoczyło bądź zdziwiło. No, ale ja i moje buty? Bądź same buty?
#3 Najbardziej bawią mnie 'mądrości ludowe' rodem z książek Paula Coelho: "wiele kultur, ale jedno wspólne mamy serce" etc. Mam ochotę zwymiotować.
#4 Chwalenie się na ilu to imprezach się nie było i w ilu knajpach. Niestety, ale znajomość knajp bardzo łatwo można zweryfikować. "nooo, dzisiaj odpadam, jadę do x <miejsce ok. 10 min oddalone od pracy, która jest w centrum miasta. Nie podałam nazwy knajpy, a rejon>" "A gdzie to jest?" Po co się chwalić? Tym, że się jest w 3 knajpach, które mieszczą się na jednej ulicy i są od siebie oddalone max 2 m? Jasne, ma się swoje ulubione miejsca. No, ale przez kilka mcy chodzić do tego samego lokalu? Z czystej ciekawości ruszy się tyłek gdzieś dalej.

Takich przykładów mogłabym podać więcej. Robienie 400 samojebek w publicznej toalecie i rozpaczliwa próba wyboru 'tego jednego, najlepszego zdjęcia'. W tym wypadku liczba nie jest przesadzona. Dziewczyna przez ponad 30 minut starała się wybrać odpowiednią fotę i nie wybrała żadnej. Czy robienie zdjęć ze zwykłego wyjścia na kawę bądź piwo. Ja rozumiem wszystko, dobra zabawa, miła atmosfera to i uwiecznić chce się. No, ale wszystkiego są pewne granice.

No, ale nie ma tego złego. Ostatnio wybrałam się z takim jednym na piwo. No dobra, na kilka piw. Przez 3 godziny obgadywaliśmy otaczających nas ludzi bądź pseudo znajomych. Dawno tak dobrze się nie bawiłam. Jest to w miarę świeża znajomość, ale nie mogę się doczekać kolejnego spotkania.