czwartek, 31 października 2013

3 listy

W głowie mam 3 listy: zakupów, planów i wkurwa. Powoli, z dnia na dzień wszystkie 3 realizuje. Nad zakupami rozwodzić się nie będę. Plany już mocno ukształtowały się w głowie i powoli prę do przodu. Wkurwa? Jedno rozpracuje. Pojawia się kolejne. Już wydaje mi się, że jest dobrze to niestety cofam się o krok. Jest tu wiele rzeczy innych i w pewnym momencie zaczynają irytować: 

Autobusy, bo ciągle się spóźniają i jeżdżą 2 na godzinę – mam rower w przyszłym tygodniu już mi się kwotowo zwróci. Policzyłam ile kilometrów dziennie przejeżdżam i około 25 więc chyba przyszła pora na naprawienie rozregulowanych przerzutek. Dzisiaj na Hwy łańcuch mi spadł w trakcie ich zmiany i się zdziwiłam. Ale... ale... Polka wszystko potrafi - łańcuch w try miga założyłam i dalej śmigałam. 

Szefowa o której się rozwodziłam – nastąpiła  nieoczekiwana zmiana. Nagle stała się miła, pochwaliła moją pracę, wypłaciła zaległe pieniądze. Coś niesamowitego. Między czasie rzecz jasna ciągle szukam czegoś innego, bo pieniądze mam bardzo skromne. 
Zajęłam sobie poranki przed szkołą - sprzątam codziennie w jednym domu i bardzo lubię tą pracę. Miło, grzecznie, spokojnie, praca lekka i mam styczność z Australijczykami. 

Współlokatorzy – jesteśmy z innych kontynentów i niektóre zachowania z trudem akceptuje. Wszystko znosiłam do momentu kiedy jedzenie samoistnie zaczęło mi znikać i zaczęłam mieć limitowany dostęp do prądu. W momencie zmiany mieszkania muszę się skupić, by przebywać jak najwięcej z Australijczykami.

W Polsce teoretycznie skończyłam poziom B2, czyli byłam na poziomie zaawansowanym. Przyznam, że to było zbyt wysoko dla mnie i nie radziłam sobie. W momencie kiedy podjęłam decyzję o wyjeździe prawie codziennie chodziłam na zajęcia i zbyt szybkie tempo sobie narzuciłam. Teraz, na reszcie, jestem na poziomie B1+. Poziom ten pozwala mi już na podjęcie nauki w szkole zawodowej, czyli już nie powinnam mieć potężnych językowych problemów. Tylko czy to jest poziom płynny? Stanowczo nie. Czy mogę prowadzić normalną rozmowę o życiu codziennym - tak.

Przyjechałam z poziomem brzdąkającym. Pisanie nie sprawiało mi problemów, rozumienie nauczycieli również. Nie radziłam sobie z mówieniem.
Szkołę rozpoczęłam 9 września i muszę przyznać, że jak na półtora miesiąca to jestem zadowolona ze swojego języka. Liczę na szybki progres, bo go potrzebuje. 


Jakie są kobiety? :)

No, właśnie - jakie? Nie jest to wcale łatwy temat do opisu. Generalizując jeśli spojrzy się na płeć męską to się zobaczy:

- Hiszpanów i Portugalczyków – dwudniowy zarost, przenikliwe spojrzenie, zazwyczaj szczupli. Tylko brakuje plaży i butelki wina.

- Kolumbijczyków – nie wiem dlaczego, ale kojarzą mi się z misiami Haribo. Bardzo często przygrubawi ze szczerym, ładnym uśmiechem.

Skośnoocy – średnio podobają mi się panowie więc przyznam, że nie zwracam zbytniej uwagi na to jak wyglądają. Raz w bibliotece widziałam koksa w wydaniu azjatyckim. Nie mogłam oczu oderwać, bo strasznie mocno zbite mięśnie mi do niego nie pasowały – Johny Bravo w wersji Manga. Duża klata, duży biceps, małe i chude nóżki i półtora metra wzrostu – nieeee.

- Australijczyków – jest na kim oko powiesić. Nie będę tego ukrywała. To jest mój typ faceta. Tylko z jednym znajomym rozmawiałam na temat ich zachowań i mentalnie są rozpuszczonymi dziećmi.

A kobiety?

Usiadłam na przystanku i zaczęłam patrzeć. To na lewą stronę, to na prawą i doszłam do jednego wniosku, że z facetami jest łatwiej.

Jeśli Australijka chce ładnie wyglądać to ubierze się jak Madonna w młodości np. biała, bardzo krótka, obcisła sukienka, nieco za mała. Coś złotego w dodatkach. Make up to krwisto czerwone usta. Tylko szczerby mi między zębami brakuje. Innym razem widziałam zbliżony ubiór tylko kolor sukienki się zmienił. Będąc w centrum handlowym spojrzałam na ubrania. Niestety nie mają nic innego. Jest to powrót do kiczowatych lat 80tych bądź wersja na Beverly Hills: przykrótka i szeroka odkrywająca pępek koszulka, szorty, czapeczka. Jestem w 100% heteroseksualna, ale raz się obejrzałam za takimi bliźniaczkami. Długie blond włosy, niebieskie oczy, ładna buźka. Miło było popatrzeć, co też uskutecznili przyglądający się robotnicy - Gold Coast jest całe rozkopane i wszędzie są pracujący robotnicy. Jest też wersja stricte sportowa, czyli szorty i zwykły t-shirt. Hmm… ładnemu we wszystkim ładnie. Po co być nieudaną wersją Madonny?

Kolumbijki – w moim przekonaniu są skrajności: albo bardzo ładne, albo brzydkie. Bardzo mało jest dziewczyn średnich. Co jest ciekawe są niższe od przeciętnej Polki średnio o głowę, półtora. Jak się ubierają? I to jest zabawne. Jak poszłam na party i zobaczyłam Kolumbijki to czułam się jakbym grała w telenowelach na których się wychowywałam. Długie spódnice z jakimiś rozcięciami odkrywającymi bardzo mocno udo, obcisła koszula oraz szpilki w mocnym kolorze. Bądź opcja na luzie, czyli jeansy i zwykła koszulka. 

Pozostałe Latynoski – normalne dziewczyny jakich jest sporo w Polsce. Zazwyczaj mają długie włosy i są po prostu ładne.

Skośnookie – przepraszam, ale nadal nie rozróżniam Japonek od Koreanek i itd. Dla mnie to są po prostu skośnookie dziewczyny. Raz jedyny spotkałam krótkowłosą Japonkę (ha! Rozmawiałam z nią i jest z Japońskiej prowincji). Pozostałe mają długie włosy. Czasem przefarbowane na brąz i muszę przyznać, że bardzo ładnie to wygląda. A ubiór? Nie wyróżniają się jakoś z tłumu i jeśli lubi się ten typ urody to jest tu sporo Pań.


A jak przy tym wszystkim wygląda przeciętna Polka (skromnie o sobie) – dobrze. 

niedziela, 27 października 2013

To co lubię w Australii

AUSTRALIĘ!

i co tu dużo więcej pisać :)

- facetów, bo są przystojni (to studenci są zbyt szybcy)
- widok z okna na ocean
- poranne bieganie blisko plaży
- pomocnych robotników i kierowców autobusów
- regularne ściganie się z pawiem w parku
- nawet atakowanie mnie przez małe ptaki jest spoko
- wódka jest tu znacznie bardziej opłacalna od piwa tzn. jedno małe piwo kosztuje 3 - 4 $ w sklepie, a wódka ok kilkanaście $

KLIMAT!!!

Jak wreszcie ustabilizuje mi się sprawa z pracą to kupię aparat fotograficzny i wreszcie dołączę jakieś fotki.

Trochę ponarzekać wypadałoby

To czego nie lubię w Australii

- nie mają dzwonków w drzwiach. Stoisz jak pajac przed domem i los prosisz, by ktoś pamiętał, że powinieneś się pojawić.

- nie mają małych, przytulnych knajpek, gdzie można sobie w zaciszu mniejszym lub większym posiedzieć i poplotkować. Uwielbiają Fast foody więc są tutaj wszędzie masówki i sieciówki. A jeśli zobaczysz coś co nie będzie McDonaldem, Hungry Jackiem to będzie na maksymalnie zapchane ludźmi.

- Australia jest krajem nieco nacjonalistycznym i wyżej wspomniany McDonald zatrudnia jedynie Australijczyków. W momencie szukania pracy wielokrotnie wypełniałam kwestionariusze z pytaniami, czy jestem Aborygenem, proszono mnie o numer i serię paszportu celem sprawdzenia pobytu. Momentami natychmiast moja aplikacja z normalnej zmieniała się na: „External” i dzień później otrzymywałam maila z podziękowaniami za stracony mój czas. 
Przy każdym kupionym ogórku, pomidorze pojawi się informacja, że produkt pochodzi z Australii.
Mają multum kampanii społecznych zwiększających poziom uwielbienia tego kraju. Ciekawa jestem ile z tego jest prawdą?

- myślałam, że niektóre polskie reklamy telewizyjne są głupie. Zmieniłam zdanie w momencie kiedy włączyłam telewizor. I ponownie przy każdej reklamie sklepu mocne podkreślenie, że jest to Australijski sklep.

- faceci są niesamowicie szybcy. Wczoraj kolejna sytuacja: „hej, mówisz po angielsku?” „spójrz mam mięśnie” „daj mi swój telefon” – dosłownie. Ja rozumiem, że czasu nie tracą, ale przynajmniej mogliby zapytać się o imię. Jest to przyjemne jak usłyszysz pierwsze 3 razy. Później zaczynasz się zastanawiać: „Czy mam na twarzy napisane ‘jestem łatwa’?”

- nie potrafią pić, w ten weekend jak co roku był zorganizowany wyścig samochodowy. Strasznie fajna impreza, ale niestety stosunkowo droga – jeden dzień 70$. Dla przeciętnego Australijczyka nie są to duże pieniądze, ale dla międzynarodowego studenta nierealne. Za szybko impreza się skończyła i niestety za szybko ludzie zaczęli pić. Hmm… jeszcze nigdy nie widziałam tak obrzyganego chodnika. Choć reakcja publiki była niesamowita. Śmiałam się prawie do łez. Jeden taki z drugim bardzo za dużo wypili i zaczęli się bić, a że ciężko im było utrzymać pion to wyglądało jakby tańczyli. Około 20 osób na balkonach im dopingowało. Potem rzecz jasna rozdzielono ich, by sobie krzywdy nie zrobili. Na nieszczęście jednego alkohol zaczął działać ze spóźnionym zapłonem. Takich przewrotów na chodniku to ja już dawno nie widziałam. Czasami udawało mu się wstać na chwilę i słychać było 20 klaszczących osób. O upadł – 20 osób krzyczało: „oooooo”.

Był to jedyny dzień w którym od Kolumbijczyków usłyszałam, że na pewno nigdzie nie wyjdą, bo nie chcący może im się oberwać. Hmm… w ich kraju jest mniej bezpiecznie niż w Polsce.

- policja zainteresuje się delikwentem, który przejdzie przez skrawek trawnika wieczorową porą, ale nie zwróci uwagi na bijących się strasznie pijanych łepków. 

Kolejne lekcje odrobione

Jedno muszę przyznać. Życie tutaj wiele uczy.

Kreatywności – chociażby przy zmyślaniu w resume. Ostatnio podczas zajęć słyszałam jak nauczycielka pomagała studentowi w wykreowaniu jego nowego Ja. Wprost kobieta powiedziała: „człowieku kłam, inaczej tutaj sobie nie poradzisz”. Jak byłam na rozmowie o pracę w hotelu (w ten czwartek i przy dobrych wiatrach będę miała pracę) dziwnym trafem wszyscy mieli roczne doświadczenie.

Elastyczności – przed szkołą sprzątałam dom starszej pani, po szkole praca w restauracji, a w między czasie biblioteka, by skorzystać z Internetu. Da się? Pewnie, że tak!

Też jest inny rodzaj elastyczności mocno powiązany z zaradnością. W jednej chwili wydaje Ci się, że masz już wszystko ustabilizowane i uporządkowane, ale poczekaj 15 minut i wszystko legnie w gruzach i zrobisz lekki krok do tyłu. Powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać. Co 2 miesiące przeprowadzka i ciągła zmiana pracy. Wiem jedno, idę w dobrym kierunku.

Schowania własnej dumy – i to boli, ale trzeba zęby zacisnąć. Skończyłam kilka szkół, powoli pięłam się jakoś do przodu, do coraz lepszej pracy za coraz większe pieniądze. Teraz walczę, by zostać pokojówką.

Bycia zawsze uprzejmym – to wraca i widzę takie sytuacje niesamowicie często. Uśmiechnę się do robotnika pracującego na ulicy to grzecznie zatrzyma przejeżdżające samochody, bym spokojnie mogła przejechać tudzież przejść. Jest to niesamowicie fajne hehe i przyznam, że bardzo często to wykorzystuje hehe

Zaradności – wydaje mi się, że tą lekcję mam już opanowaną do perfekcji. Patrząc na to, że jestem tutaj sama to dobrze sobie radzę. Podejmuje najczęściej odpowiednie decyzje i cały czas powoli, powoli prę do przodu. Tak być powinno.

Przyznam, że czasami mam ochotę usiąść i się rozpłakać. Czasami jest mi ciężko, bo praca daje w kość. Dzisiaj spojrzałam na ręce to mi palec napuchł, odciski dwa się pojawiły, na każdym palcu skóra zdarta. Nie jestem stworzona do pracy fizycznej. Teraz muszę się do niej przyzwyczaić. Czasami mam ochotę stanąć i tupnąć nogą jak mała dziewczynka, bo nie mam do kogo buzi po polsku otworzyć, a angielski jeszcze sprawia problemy. Wiem, że to wszystko to są chwilowe sytuacje i wszystko minie z czasem, ale momentami mam dość. Najbardziej brakuje mi tutaj tej jednej osoby, której mogłabym zaufać. Cały czas muszę być dyplomatyczna. Ileż można?

środa, 23 października 2013

Przysłowiowy wkurw cz. II

Czemu miałoby być inaczej. He he 

Czasem jest mi tutaj ciężko, bo nie mam nikogo komu mogłabym zaufać. Nie słyszę tutaj polskiego, hiszpańskiego nie znam. Do szkoły dzielnie chodzę. Choć ostatnio pojawiły się przeboje. Ciekawe co mnie będzie czekało jak oznajmię, że rezygnuje z kursu i się przeprowadzam. Chodzę do pracy w której nie jest za przyjemnie. Mam nieco dość. Coś muszę zmienić, bo dłużej tak być nie może. 

Szkoła
Podjęłam decyzję i przenoszę się do Brisbane. Rozmawiałam z dyrektorem na ten temat i stwierdził, że to jest bardzo dobry pomysł. 

3 lutego 2014 rozpoczynam kurs "Certificate III in Community Services Work". 

W Polsce skończyłam resocjalizację i teoretycznie mogę pracować jako Social Worker, ale nie zawsze moje wykształcenie będzie tutaj honorowane więc zrobię dodatkowo półroczny kurs. Zawód ten widnieje na liście SOL więc będzie mi łatwiej się tutaj osiedlić. 

Kurs General English skończę najprawdopodobniej w połowie grudnia. Będę miała ciut wyższy poziom niż minimum, którego oczekują w nowej szkole. 

Tylko teraz muszę się mocno spiąć i poszukać jeszcze dodatkowego zajęcia i dużo mówić po angielsku. 

Praca
Wszystko się posypało.
Teoretycznie miałam jedynie nakładać sałatki dlatego miałam zapamiętać jedynie 5 potraw. Czasem powinnam pokroić warzywa, które się skończyły. To wszystko. Tylko tym powinnam się na wstępie zająć. A z biegiem czasu mieli mnie uczyć przyrządzać od a do z meksykańskie potrawy. 
Praktyka okazała się nieco inna: myłam podłogi, ustawiałam stoliki i je czyściłam, kroiłam wszystko, momentami na wpół zamarznięte mięso (coś mi się w palcem stało i przez kilka dni nie miałam w nim czucia), myłam stosy naczyń, obsługiwałam klientów, odpowiadałam za kasę. Jednym słowem robiłam wszystko.
Dość często słyszałam, że powinnam się cieszyć, że mam pracę, bo jest o nią bardzo ciężko, a oni dali mi szanse i mnie uczą wszystkiego. Tylko przy każdej okoliczności, przy każdej czynności słyszałam, że coś robię źle. Nie miało to znaczenia co robię. I tak na przykład:

Jesteśmy w dwójkę (ja i mój szef) na zapleczu i coś kroimy. Ja pomidory, on jakieś mięso. Skroiłam połowę pudła. Stoi obok mnie i siłą rzeczy widzi co robię. Słyszę komentarz jak już zbliżałam się do końca krojenia: "Wiesz, że te kawałki są za duże?" To czemu do diaska nie mógł mi tego powiedzieć znacznie wcześniej?

Skończyła się sałata. Poszłam do lodówki i skroiłam dwie główki. Później poszłam pozmywać naczynia. Słyszę za plecami: "ona nawet się nie zapytała. Mogła przecież zapytać. Wszystko robi źle. Wszystko powoli. Wszystko"

Tylko skoro powoli to czemu mi pot z brody spływał?

W tym wypadku nawet nie wiem co źle zrobiłam. Nie mam pojęcia. Nie miałam przy czym narozrabiać. Myłam tą dość dużą górę naczyń w tłustej wodzie, do czego się już przyzwyczaiłam. Jest taki standard, że jeden zlew pełny wody na jedną zmianę, a to że myjesz tłuste rzeczy nie ma znaczenia. Wyobraź sobie, że teraz starasz się umyć kilka, tłustych garów do których labrador by się zmieścił. Dajesz radę? Mi to nieco czasu zajęło. Rzecz jasna usłyszałam, że wszystko powoli robię.

Inna ciekawa praktyka: kroję sałatę. Między czasie moja szefowa podchodziła i komentowała: "good, good". Skończyłam, wlewam wodę, by utrzymać jej świeżość i słyszę: "wiesz, że za grubo ją pokroiłaś?". No to jak ma być? Przed momentem słyszałam "good, good", a jednak "no good"

Pracowałam tam przez półtora tygodnia i ciągle coś innego słyszałam:
- Ewelina jak przygotujesz bar sałatkowy to powinnaś pozmywać naczynia.
Co też tak zrobiłam następnego dnia.
Słyszę: "Ewelina, czemu teraz myjesz naczynia? To nie jest też najistotniejsze. Idź pokrój pomidory"
Poszłam. Na następny dzień po raz kolejny zmieniłam kolejność wykonywanych czynności. Słyszę: "Czemu nie myjesz naczyń? Zawsze je powinnaś na bieżąco myć" Przepraszam, ale czegoś nie rozumiem.

Obsługa Klienta:
"Ewelina, czemu Ty masz problemy z mówieniem? To jest obsługa klienta. Powinnaś zagadywać klientów" - i tu mi ręce opadły. Ja się uczę angielskiego tutaj. Jest różnica pomiędzy językiem ulicy, a językiem, którego się używa w momencie kiedy się rozmawia z obcokrajowcem. Raz z klientem bardzo przyjemnie rozmawialiśmy o Warszawie. Chyba to też się nie spodobało. Dzień później w ogóle nie byłam dopuszczona do kuchni. A przecież mieli mnie uczyć gotować, bym mogła dostać większą kasę i umowę.

Nie jest dobrze. Jest źle.

Przysłowiowy wkurw

Nastał ten dzień w którym dostałam przysłowiowego, zdrowego wkurwa.

Zazwyczaj zmiana poziomu nauczania jest prosta. Zdaje się egzamin i przechodzi się do innej grupy. Czemu ja tak nie mogłam mieć?

Środa

Rozmawiałam z nowym nauczycielem na temat zmiany, bo się nudzę. Nauczycielka sama stwierdziła, że jej grupa nie jest odpowiednim dla mnie miejscem, bo za dobrze sobie radzę i powinnam pójść wyżej. Wyjaśniła mi całą ścieżkę zdrowia, tj. miałam jak najszybciej zdać egzamin i zmienić klasy. Banał!
Wycieczka do dyrektora. Wyjaśniam, że chce zmienić grupy, bo na razie jest dla mnie za prosto i nie mam jakiegokolwiek rozwoju. Rozmowa ograniczała się do pytania: „Why?”. To pytanie słyszałam bez względu na treść wypowiadanych przeze mnie słów. Nic dziwnego, że zaczęłam się wkurzać, bo ktoś starał się ze mnie zrobić idiotkę. Niestety za duże pieniądze. Jakimś cudem uzgodniliśmy, że w poniedziałek i we wtorek będę miała egzaminy.

Piątek

Przychodzę do szkoły mam egzamin. Tak znienacka. Zdałam.

Poniedziałek

Egzamin, który jest na znacznie niższym poziomie, ale miałam go dla funu rozwiązać. Patrzę na to, co obok mojego nazwiska pojawiło się w notatkach nauczycielki – B2+ Awesome!!! Lepiej niż chciałam. Okazuje się, że test był dla zabawy, ale wynik już nie. I tak zdałam.
Idę do dyrektora. Tak jak byłam umówiona. Z 2 pracami (jedna na 1600 wyrazów, druga na 2800 wyrazów). Usłyszałam, że nie ma czasu i mam przyjść kiedy indziej.

Wtorek

Ponownie na kozetce u dyrektora. Słyszę, że dobrze radzę sobie z pisemnymi pracami i widzi, że jestem zmotywowana co mu się podoba. Robię bardzo pierdołowate błędy pt. zapominam o ‘the’ ‘a’ przed rzeczownikami. Słyszę pytanie: „Kiedy kończysz szkołę?” Grzecznie odpowiadam. Odpowiedź: „To sporo czasu. Na pewno nie przejdziesz do B2. Być może do B1+ ale wątpię. Najbardziej odpowiedni jest B1”. Oczy mam jak 5złotówki. „prze Pana, ale ja w normalny sposób bym przeszła na ten poziom. Bez zdawania dodatkowych egzaminów i pisania prac. W czym jest problem? Chciałam przejść wyżej, by się wreszcie czegoś nauczyć”. „To ja się jeszcze zastanowię…” I tak przez kolejne półtora godziny. Przynajmniej zmienił śpiewkę. Każdy z kim rozmawiam i mu mówię na jakim jestem poziomie nie wierzy, bo przepaść jest olbrzymia między mną i pozostałymi uczniami. Co też w dość dosadny sposób powiedziałam: „Mój poziom na którym jestem obecnie jest pomyłką. Kosztowną, bo General English jest najdroższym kursem, a chce zmienić niebawem kurs na zawodowy…” Zdziwiłam się słysząc: „ale to nielogiczne byś ominęła większą część intermadiate”. Co mnie to kurka obchodzi. Płacę to wymagam. To jest mój czas i moje pieniądze. Dokładniej mieliśmy porozmawiać dzień później. Wyszłam, by nieco ochłonąć. Głos się łamał, z niemocy i braku możliwości głośnego, dosadnego przeklnięcia sobie. Kilkanaście minut później. Ponownie stoję w jego drzwiach. „Tak właściwie to czemu nie możemy dzisiaj o tym porozmawiać? Czemu muszę codziennie przychodzić?” Z łaską jestem na B1+. Nie jestem zadowolona o czym powiedziałam mojemu nauczycielowi i wyjaśniłam, że też jest dla mnie istotny papier, a nie tylko umiejętność mówienia. Dostałam propozycję dodatkowych nieodpłatnych zajęć. Bardzo miło. Niesamowicie miło.

Dyrektora rozumiem w 100% - im szybciej mnie wypuści tym mniejszą będzie miał kasę. Trzyma ile się da. Czy ma to sens czy też nie. Tylko to są duże pieniądze.

Spojrzałam na kursy zawodowe i najprawdopodobniej będę się przenosiła do Brisbane. Muszę jeszcze parę rzeczy posprawdzać. I wtedy podejmę ostateczną decyzję.

Na razie walczę! I się nie poddam! To nie w moim stylu.   


niedziela, 20 października 2013

Lekki przełom

Intensywnie myślę o zmianie kursu. Teraz jestem na General English. Jest to najdroższy kurs w mojej szkole, ale potrzebny. W pierwszy dzień rozpoczęcia nauki miałam do napisania test sprawdzający mój poziom znajomości języka. Nie poszedł mi on za dobrze. Trafiłam do preintermediate. W Polsce skończyłam intermediate. Mocny regres. Każdy level jest zakończony egzaminem. Porównując mój wynik z osobami w grupie i mając na uwadze fakt, że do szkoły przyszłam pod koniec levelu to dobrze mi poszedł. Tylko, że mój nauczyciel nie chciał mnie przepuścić dalej. Stwierdził, że skoro nie byłam na całym cyklu to mogę się jeszcze czegoś nauczyć. Tak się skończyło, że w trakcie zajęć odpisywałam z komórki na maile i wiecznie byłam zajęta czymś innym, bo się najnormalniej w świecie nudziłam. Dopiero jak zmieniłam godziny zajęć to nowy nauczyciel wreszcie się ze mną zgodził, że to jest zbyt łatwy dla mnie poziom i jest to strata moich pieniędzy i czasu. W poniedziałek miałam mieć inny egzamin. Nie wiem czemu nie dogadałam się z moim dyrektorem i skończyło się tak, że wspomniany test miałam w piątek, czyli będąc na kacu i średnio kojarząc co się dzieje na świecie miałam do napisania test, który miał mnie przenieść wreszcie do czegoś ciekawego. Zgadnijcie czy sobie poradziłam?
Otóż tak. Test był na poziom B1+. Wyjaśniłam nauczycielowi, że miałam gorszy dzień, bo popiłam co nieco. Padła uwaga: „to może B2?”. Jestem zachwycona i bardzo bym chciała trafić do B2. Muszę jeszcze napisać wypracowanie na aż 1500 wyrazów (tu się pojawia sarkazm). Napiszę dwie prace. Niech sobie ciut poczyta i może będzie moje upragnione B2 :)

Skoro wreszcie się zbliżam do normalnego poziomu to mogę już myśleć na temat dalszej edukacji i próbie zostania na dłużej.

Myślałam o trzech kierunkach:

- kucharz – moje miasto jest nastawione na turystykę i pełno tutaj knajpek. Tylko są dwa drobne ‘ale’: jest to praca jedynie w sezonie. Co prawda trwa on pół roku, ale może być problem z drugą połową. I drugie ‘ale’ gotowanie nie sprawia mi przyjemności. Potrafię gotować i mogę się tego nauczyć, ale rogala na twarzy mieć nie będę

- skoro jest to miasto turystyczne z dostępem do oceanu i w pobliżu jest multum różnych atrakcji z nastawieniem na sport to może coś w tym kierunku. Jakiegoś trenera sobie zrobić? Lubię to więc może to byłby dobry pomysł? Nieco mi odradzano ten kierunek, bo jest tu dużo miłośników męczenia się. I też jest to praca jedynie w sezonie

- oba powyższe kierunki nie widnieją na liście SOL (Skilled Occupation List). Podobno jest łatwiej dostać zieloną kartę jeśli ma się wykształcenie i doświadczenie w zawodzie widniejącym na liście. Najogólniej to widnieją na niej zawody deficytowe w Australii. W Polsce skończyłam pedagogikę specjalną – resocjalizację. Wczoraj popatrzyłam na najnowsze wydanie listy i widnieje: Social Worker oraz Educational Psychologist. W pierwszym zawodzie mogę pracować, w drugim jestem pedagogiem więc jest to pokrewne. Tylko… zawsze musi pojawić się jakieś ‘tylko’ ja nie mam doświadczenia w tej pracy i od recepcjonistki w mojej szkole usłyszałam, że niekoniecznie muszą respektować polską uczelnię.  Gdybym do tego dodała roczny kurs poparty praktyką to lepiej to by wyglądało.

Nie za bardzo chce się przenosić do innego miasta, bo znowu będę musiała wszystko zacząć od nowa. Wczoraj też spojrzałam na oferty pracy i na stanowisko kucharza jest kilka ofert. Nieco mniej, ale się pojawiły na stanowiska związane z social Worker (praca z Aborygenami, praca z osobami starszymi – ciekawa jestem czy to też social Worker), sport było poszukiwane stanowisko: trener krykietu. 

Co o tym wszystkim myślicie? 


Jacy są mężczyźni :)

Znajomy Kolumbijczyków z którymi mieszkam raz się mnie zapytał:

„Ewelina, na pewno masz chłopaka. Jeśli nie tutaj, to w Polsce”. Powiedziałam prawdę: „Nie, nie mam”. Zdziwiony: „Nie wierzę.” Ja na to: „A po co mi tutaj chłopak z Polski?!” Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Tylko, że jest to prawdziwa odpowiedź.

W moich oczach tutejsze chłopaki są o kilka levelów przed naszymi. Proste przykłady:

#1 do kolorowych spodenek wszystko pasuje więc zawsze dobrze wyglądają. A jak włosy się źle ułożą to założą czapeczkę i jest idealnie.

#2 bardzo często są przyjemnie zbudowani. Siłownie nie są im obce i dzięki nim jest tu spory ich wybór.

#3 są bardzo komunikatywni i bezpośredni. Momentami aż za bardzo.

W czwartek wybrałam się ze swoimi Kolumbijczykami na imprezę, gdzie było jeszcze więcej Kolumbijczyków. Stwierdziłam, że najwyższa pora wypić o 2 piwa za dużo i wreszcie się upić. Jestem jedynie prostą konstrukcją człowieka i czasem mam ochotę się ubzdryngolić. Tak też uczyniłam. Idąc do baru po kolejnego browara spotkałam parę osób z grupy i siłą rzeczy rozdzieliłam się od współlokatorów. Pośmiałam się, pożartowaliśmy i… cały wieczór spędziłam z jednym znajomym.  Czasami zostawiał mnie na chwilę, bo musiał iść do baru, do toalety etc. 

To były jedynie minuty, ale:
#1 „Przyjechaliśmy z Melbourne. Ja i mój brat. Chodź się pobawić!” „Dzięki, ale czekam na kogoś” „Ooo masz chłopaka. Miłego wieczoru”
#2 pojawił się brat: „Hej, czemu stoisz sama?” „Za chwilę przyjdzie ktoś” „Ooo masz chłopaka” „Nie, to nie jest mój chłopak” „To postawię drinka…”
#3 „… skąd jesteś?” „Z Polski” „Masz ładne oczy. Masz chłopaka?” „Nie” „To daj całusa” „Nie” „Czemu? Nie masz chłopaka” „Nie mam, całusa nie dam” „No, ale czemu?” ...
#4 Brat: „Czemu kupiłaś sobie drinka. Mówiłem, że kupię” „Dzięki, ale nie trzeba” „A ten Twój kolega to chłopak twój?”

Kolega czasu też nie tracił.

Są pewni siebie. Chwilami zbyt natarczywi. Tylko przy tym wszystkim najczęściej są naprawdę przystojni! Wiele razy nie wiedziałam w którą stronę powinnam mieć głowę odwróconą, bo tu jedno do schruptania ciasteczko, tam drugie J Jest dobrze!!!


Do domu wróciłam tuż przed 3:00, a rano pobudka ok 7:00 więc ogólnie to dobrze się bawiłam. Tylko czemu ja się targowałam ze sprzedawcą w sklepie, to ja nie wiem. 

niedziela, 13 października 2013

Rozmyślania przy piwie

W momencie kiedy zgubiłam IPoda siadłam mocno zasmucona na ławce i myślałam intensywnie na temat swojego pobytu. Niestety niejednokrotnie jeszcze wspomnę mojego IPoda, bo nie mogę przeboleć, że go nie mam. Pierwszy raz w życiu coś zgubiłam i czemu to musiała być kosztowna rzecz?! Czasu nie cofnę. Choćbym chciała.

Powracając do meritum. Siadłam i zastanawiałam się. Wiem, że pierwsze miesiące są najtrudniejsze. Inny kraj, inne otoczenie, inny język i życia uczę się na nowo. Teraz mam największy stres, bo wszystko zaczynam od zera w obcym dla mnie otoczeniu, bez znajomych, bez przyjaciół i bez rodziny. Zanim wyjechałam wielokrotnie słyszałam, że jestem odważna. Na prawdę? W takim razie mamy bardzo odważny naród, bo wiele młodych osób opuściło ojczyznę w poszukiwaniu szczęścia gdzie indziej.

Żyjąc tu przez miesiąc miałam jedynie 3 dni stresujące.  Pierwszy jak przez moment byłam bezdomna, drugi jak pozbyłam się wspomnianego IPoda i trzeci to pierwszy dzień w pracy. Czuje się lepiej niż pracując na pełnym etacie we Wrocławiu. Jestem tu spokojniejsza i szczęśliwsza. Choć nie jest na razie zbytnio różowo. Mam gównianą pracę i bolą mnie po niej nogi i ręce. Przez ostatnie 9 lat głównie zajmowałam się pracami biurowymi. Nagle mam stać i gotować. Średnio mi wychodzi, ale szefostwo widzi, że się staram i że robię postępy. Dostałam dzisiaj pieniądze za przepracowany dzień i właśnie piszę tego posta popijając piwko. Tradycja musi być zachowana. Pierwszy zarobiony pieniądz w nowym miejscu musi być choć odrobinę wydany na durnotę J  A jak dostałam tą pracę były kupione 4 piwa dla każdego mojego lokatora i wspólnie je wypiliśmy. Wyjaśniłam, że to jest nasza polska tradycja. Jak jest coś bardzo pozytywnego zawsze pojawi się alkohol J Przyjęli do wiadomości, podziękowali i sobie sączyliśmy irlandzkie piwo, które było w promocji. 

Dzisiaj zdałam sobie sprawę z jednego - nie wracam do kraju. Jeśli początki tak wyglądają to ja chce zobaczyć jak się żyje w momencie ustatkowania się. I bardzo mi odpowiada mój widok z okna podczas śniadania. Piję kawę i patrzą na ocean :) Bosko!

Czemu Ty mnie przytulasz?!

Przy każdej z tych sytuacji pokazywały się różnice kulturowe i ostatnio z Australijczykami śmiałam się z nich.
 
Proste przykłady:

U nas istnieje coś takiego jak półformalność. Mówimy ‘proszę Pana’, ale sobie żartujemy, a jak się przedstawiamy to jest uścisk dłoni i itd. Czuć dystans w momencie kiedy pierwszy raz kogoś widzimy i dopiero poznajemy. Słyszałam, że Europejczycy są ciut chłodniejsi w kontaktach, ale byłam pewna, że ta różnica nie jest tak duża. Hmm… różnie bywa.  Jak szukałam mieszkania to natrafiłam na bardzo fajnego Australijczyka. Niesamowicie pozytywny człowiek, ale… No, właśnie ‘ale’. Chłopak przyjechał po mnie, bo standardowo zabłądziłam. Nadal uważam, że jest to niesamowicie miły gest. Dojechaliśmy do jego domu i każdy pokój mi pokazywał, łącznie ze swoją sypialnią. Pytał o wszystko, bo był ciekawy – dla niego byłam egzotyczna, tak samo on dla mnie.  Pytał o sprawy dość prywatne, ale sam też był wylewny. W pewnym momencie poczułam jego rękę na nodze. Po chwili na ramieniu. Chwilę później przytulił mnie. Moje myśli: „Ello Buddy! Co jest z Tobą? Przestań! Czemu mnie dotykasz? Czemu mnie przytulasz?! Nie rób tego!”. Taaa… musiałam mieć cudowną minę. To jest normalne zachowanie. To ja mam dystans. Nadal w to nie mogę uwierzyć, ale przywykłam do kiziania mnie po plecach. Ja! Ta co nigdy nie przytula się na przywitanie i zawsze ma dystans :P

Inny przypadek. Stoję przed domem przemiłej 60tki. I dzwonię telefonem: „Hello. Jestem przed Twoim domem”. Później zapytała się mnie: „Czemu właściwie do mnie dzwoniłaś” Błyskawiczna ma odpowiedź: „Przy żadnych drzwiach nie widziałam dzwonka. Czemu wy go nie macie?!” Kontra: „Ja mam <duży uśmiech>”. „Jesteś jedyna, która ma. Wiele razy waliłam pięścią w drzwi i nauczyłam się dzwonić Tel. By ktoś wyszedł po mnie” Pani wybuchnęła śmiechem: „No, tak. Widać, że nie jesteś stąd” J

Amerykańskie: „co słychać?” -  „wszystko w porządku”. Wiecie czemu oni zawsze tak odpowiadają? Nie dlatego, bo nie mają ochoty ponarzekać bądź to my jesteśmy największymi zrzędami. Nie. Zupełnie nie o to w tym chodzi. Powód dla którego tak mówią jest banalny. Na każdym kroku, w każdej sytuacji słyszy się: „how are you?” więc zawsze odpowiesz: „fine, thank you and you?” To pytanie słyszysz dosłownie wszędzie: w aptece kupując środki przeciwbólowe, przy kasie w markecie, kierowca autobusu o to zapyta. Każda osoba z którą masz styczność zapyta się ‘co u Ciebie?’. I teraz wyobraź sobie, że zawsze mówisz prawdę. Zakupy w 3 sklepach trwałyby wieczność. Ekonomiczniej jest odpowiedzieć: „ok., thanks”. I to jest cała prawda na temat amerykańskiego „wszystko w porządku”.

Kolejna ciekawostka. Przez tydzień czasu mieszkałam z 3 kulturami. Największą różnicę widać było podczas posiłków. Japończyk głównie jadł w knajpach, sporadycznie gotował. Jeśli coś zrobił to zawsze z ryżem. Kolumbijczycy główny posiłek mają w formie lunchu, czyli ok. 11:00. Ja obiad mam ok. 16:00 – 17:00, a ostatni posiłek jem po 20:00 – nie rozumieli jak można jeść o tej godzinie. Teraz już się przyzwyczaili. Każdy z nas przywiózł tu coś swojego i pomimo tego, że staramy sobie pomagać i troszczyć o siebie to jesteśmy niesamowicie różni i czasem nie rozumiemy swoich zachowań.

Różnic jest mnóstwo. W moim mieście jest bardzo dużo Azjatów i Latynosów. Mamy swoje przyzwyczajenia i nawyki. Bez wyjątku każdy do tego miasta dorzucił swoje 5 groszy, które zostaną tutaj na zawsze. Prawie na każdym rogu widać przenikające się kultury. I to jest niesamowite! I cały czas mnie to fascynuje! Codziennie czegoś się uczę i codziennie coś poznaje :)

Praca - odcinek 134

Pracy szukałam przez prawie 2 tygodnie. Przez ten czas byłam niesamowicie monotematyczna. Dziennie chodziłam ok. 15 – 20 km, bo zawsze za jakimś rogiem może czaić się mała restauracja w której będą potrzebowali rąk do pracy. Nie rozstawałam się z teczuszką z CV. W sumie rozniosłam ich 73. Między czasie zgubiłam IPoda wartego 450zł. Momentami miałam już dość wszystkiego, ale nie poddałam się i wreszcie znalazłam pracę. 

Rzecz jasna nie obyło się bez przygód.

Przygoda numer 1

Tydzień temu chodziłam po całej mojej okolicy i roznosiłam CV. Już do perfekcji miałam opanowany tekst: „I’m sorry! I’m looking for job. Could I give you my resume?” I tak w kółko. Czasem sobie urozmaicałam wstęp rozmowy żeby nie popaść w rutynę: “I’m sorry! I’m looking for job. Can I talk with manager?” Słyszałam jedynie ciszę. I to było najgorsze. Nikt nie chciał bym u niego pracowała. Raz przez przypadek znalazłam bardzo małą kawiarenkę znajdującą się w hotelu. Weszłam. Powiedziałam swoje i dałam CV. Rzecz jasna nikt nie zadzwonił.

Zasmucona pod koniec tygodnia stwierdziłam, że pora zwiększyć swoje doświadczenie zawodowe. I po raz kolejny nakłamałam. Powróciłam do dłuższego stażu. Zawsze mogę mówić, że w Polsce jest wszystko inne bądź że byłam odpowiedzialna za bardzo pierdołowate rzeczy i nie mam doświadczenia w prawdziwej karierze sprzątaczki bądź pomocy kucharza.  Weszłam na gumtree.com.au i porozsyłałam resume. Kilka minut później mail z propozycją rozmowy kwalifikacyjnej w małej kawiarence. Chwilę później kolejna propozycja - tym razem w jakieś restauracji. Super! J Zachwycona zgadzałam się na każdą porę dnia i nocy na interview.

Pierwsza rozmowa w kawiarence. Jestem w okolicy. Oooo nawet ją rozpoznaje. Jest dobrze. Szukam dokładnego adresu. Oooo! To jest ta mała kawiarenka w hotelu.

Pierwsza myśl: „nie napracuje się zbytnio”.
Druga myśl: „przecież ja dałam im inne resume”.

Do odważnych świat należy. Weszłam. Okazało się, że dziewczyna z którą tydzień temu rozmawiałam była managerem. I na moje nieszczęście zapamiętała mnie. Zachowała się w 100% profesjonalnie. Zapytała mnie o moje doświadczenie zawodowe. Stwierdziła, że może się zobaczymy w dniu próby. Godzinę później dostałam smsa, że jednak nie zdecydowała się na mnie. Ciekawe czemu? Czyżby wyszło, że kłamałam? Czy może znalazła moje poprzednie resume i zauważyła drobne rozbieżności?

Przygoda numer 2

No, ale jeszcze byłam umówiona na drugą rozmowę o pracę w restauracji. Wchodzę. Siedzi skośnooka dziewczyna z bardzo poważną miną. Naprzeciw jej manager knajpy. Podchodzę do lady i z uśmiechem na twarzy: „Hello. I’m looking for work…” Miałam poczekać na swoją kolej. Skośnooka dziewczyna w pewnym momencie weszła do kuchni, ale po chwili prawie z niej wybiegła. „Co się dzieje?” – pomyślałam. Przyszła moja kolej.

„Oooo… widzę, że masz doświadczenie w kuchni. A co dokładniej robiłaś?”
„Drobne rzeczy. Większością zajmował się główny kucharz. I też była to typowo polska kuchnia. Nigdy nie byłam w meksykańskiej. W moim mieście jest tylko jedna restauracja meksykańska więc musiałabym się wszystkiego tutaj nauczyć, ale szybko się uczę”
„Dobrze, dobrze… a co tutaj robisz? I pokaż mi swoją wizę”
„Uczę się angielskiego. Mam jeszcze z nim spore problemy”
Od słowa do słowa i kazano mi wejść do kuchni. Dano mi sałatę i pomidora. Pokazano jak należy kroić więc powtórzyłam. Usłyszałam, że mam przyjść w sobotę i że na początku nie będę miała sporych pieniędzy, bo trzeba mnie nauczyć wielu rzeczy.
„Ale jak to? To ja mam pracę?”
„Tak. Przyjdź w sobotę o 11:00 i będę Ciebie wszystkiego uczyła. Tylko patrząc na Twoje CV to często  zmieniałaś zatrudnienie. Czemu?”
„Czasami ciężko mi było połączyć studia z pracą. Dlatego zmieniałam prace. Tutaj jest inaczej. W moim kraju nie jest dostępna wiza pracownicza dlatego mam studencką więc muszę chodzić do szkoły. Choć zapewne tutaj szybciej się nauczę języka niż w szkole.”

Mam pracę!!! J

Tylko muszę ją jeszcze utrzymać.

Między czasie…
Zadzwoniłam do pani poszukującej pomocy w sprzątaniu domu. Każdy pieniądz się przyda. Pojechałam do niej i co zobaczyłam? Miłą 60letnią zadbaną i uśmiechniętą kobietę. Nie może sama sprzątać, bo lekarz jej zabronił i ma gosposię, ale ta nie ma czasu na dokładne porządki więc od tego będę ja. Super! Nie przemęczę się. Będę u niej sprzątała przez godzinę tygodniowo. Mieszka w pobliżu szkoły więc opłaci mi się do niej przyjeżdżać. Dodatkowo Pani nieco ściszonym głosem zapytała się, czy znam się na komputerach. Jej nie musiałam kłamać – „tak, przez wiele lat komputer był moim narzędziem pracy”. Od przyszłego tygodnia będę nauczycielem. Najbardziej się zdziwiłam jak powiedziałam, że nie chce za to żadnych pieniędzy, bo to jest drobnostka i przecież daje mi pracę. Pani stanowczo odpowiedziała: „NIE! Nic za darmo nie jest. To jest Twoja praca i ja mam za nią zapłacić. Powiedz ile” Szok! Później jak usłyszała, że przyjechałam autobusem to chciała mi taksówkę zafundować. Uśmiechnęłam się najładniej jak potrafiłam i podziękowałam, bo autobus mi w pełni wystarczy, a w myślach policzyłam: „zarobię u niej 15$, a za taksówkę zapłaci ok. 60$”.

W kolejnym ‘między czasie’…
Skoro  zaczynam powoli się stabilizować to przyszła pora na pożegnanie się z drogimi autobusami  i kupiłam rower. Używany, bo tańszy, a przecież nadal sprawny. Przy okazji zwiedziłam nowy region Gold Coast i poznałam kolejną pomocną osobę. Dziewczyna jest w moim wieku i pracuje w Sea Worldzie – wygooglajcie proszę, świetne miejsce. Szybko wyszło, że intensywnie szukałam pracy i odezwała się jedynie meksykańska restauracja. Dziewczyna z pytaniem: „to czemu do nas nie wysłałaś”. Bardzo szybko odpowiedziałam: „Słyszysz mój angielski. Ty wiesz, że mam z nim więc mówisz wolniej, ale klienci tego nie zrobią”. Dziewczyna ze szczerym zdziwieniem na twarzy: „poradzisz sobie. Będziemy szukali osób, bo potrzebujemy ludzi od grudnia do lutego. Pomyśl o tym. Masz mój numer Tel.” WOW! Jeśli oswoję się z pracą w restauracji to może udałoby mi się bez umowy pracować u nich w weekendy. Najpierw muszę nauczyć się jednego zajęcia, by przejść do kolejnego. Ważne, że jest akcja! I bardzo mnie to cieszy.

A rower? Cena pierwotna 80$, ale coś się dzieje z przerzutkami, bo czasem się gubią. Rower stał od dłuższego czasu w garażu i jest nieco rozregulowany. Cena została zmniejszona do 60$ i w gratisie dostałam kask – mają krokodyle, rekiny, pająki i inne takie, ale dla bezpieczeństwa rowerzysta musi jeździć w hełmie. Niestety nie mogłam rowerem wrócić, bo nie znałam jej okolic i bym się zgubiła, a do autobusu mogę wsiąść praktycznie ze wszystkim (widziałam gościa z deską surfingową, innego z manekinem do boksu – dużo śmiechu przy tym było), ale nie mogę z rowerem.

I to jest najlepszy fragment kupna roweru. Jej mąż przywiózł mi go pod bibliotekę w której siedziałam. Specjalnie jechał przez ponad 20 minut samochodem, by zrobić mi przysługę.

Raz pomyślałam, że tu nie mieszkają ludzie tylko roboty. To nie jest normalne, że wszyscy są tak mili. Choć może to karma J Dla każdego tutaj też staram się być życzliwa, bo czemu nie? I może to wraca. 

piątek, 4 października 2013

Jedzenie - tak właściwie to co się tutaj je?

Rozpisywałam się o komunikacji, szkole, a zapomniałam o jedzeniu.

Jak mieszkałam z rodziną Australijską to liczyłam, że poznam co nieco ich kulturę. Jeśli tak się odżywia przeciętny Australijczyk to ja stąd uciekam. Codziennie na śniadanie jajecznica bądź cokolwiek z jajkami. Na lunch Hungry Jackie’s, czyli nasz Burger King, ewentualnie to co zostało z kolacji. Kolacja to np. przez 3 dni kiełbaski z piekarnika z ryżem. Przepraszam, ale po pierwsze nie jestem kurą i nie mogłam już patrzeć na jajka, a po drugie to jest niezdrowe jedzenie. Po 2 tygodniach spędzonych u rodziny schudłam. Nie kupowałam swojego i nie gotowałam, bo głupio mi było przeokropnie. Miałam zapłacone za jedzenie, którego albo było za mało, albo było okropne.

Jak przeniosłam się na swoje to odżyłam. Na szczęście. Tylko jem po swojemu, czyli makaron z kurczakiem z warzywami. Bardzo lubię takie jedzenie. Podobno jest tu bardzo dobre mięso. Póki co skosztowałam jedynie kurczaka. Dzisiaj robię mielone więc skosztuje innego rodzaju.

A jakie jest jedzenie w knajpkach?

Jest tutaj bardzo dużo Azjatów więc na każdym rogu jest ich jedzenie. A to japońskie noodle, a to koreańskie coś, pomiędzy nimi masaż wykonany przez skośnooką piękność.  Jest bardzo dużo fast foodów i kebabów.  Wszystko pięknie, ale na jedzenie w tygodniu, które sama ugotuje to wydaje średnio 30$ - 40$. Mały kebab a’la tortilla 7$.

Najczęściej nie jadam w knajpkach, ale w sklepach niektóre produkty różnią się. Wszystko mają bardziej słodkie. Raz kupiłam sok w kartoniku marki sklepu Coles. Skręciło mnie od nadmiaru cukru. Innym razem znalazłam 0,5kg ciastek czekoladowych. Jadłam je przez prawie 3 tygodnie, bo były tak słodkie.
Mają bardzo duży wybór padliny na BBQ. To nie jest mit. Lubują się w grillowaniu. Każdy dom musi posiadać BBQ, każdy apartament na swoim spacerniaku ma BBQ. Jest sobota wczesne godziny popołudniowe. Wchodzę do supermarketu (choć supermarket to nieco za mocne słowo. Są one znacznie mniejsze niż nasze Tesco, ale większe od Lidla) i stoję kilkanaście minut w kolejce. Przede mną wózki pełne jedzenia na BBQ.

Skoro jestem w sklepie to przykładowe ceny:

Chleb 1,50$ - 4$ najczęściej spotykam milion różnych tostowych odmian
0,5l wody  1,5-2$ - ale kupuje się ją po to, by mieć butelkę, można tutaj pić wodę z kranu
Banany 1kg 2$
Serek do smarowania chleba 200ml bądź 250ml – 3,5$
Płatki śniadaniowe duuuże opakowanie – 3 – 5$
Zupka chińska – 0,50$
Mięso mielone 0,5kg (chyba taka waga) – 3$
Makaron – 1,70$ najtańszy jaki widziałam i rzecz jasna kupiłam
Proszek do prania 1kg – 3$
Kołdra – 16$ a poduszki 2 (nie ma pojedynczych sztuk) – chyba 5$
Śpiwór coś koło 20$
Papierosy, sama nie sprawdzałam, jedynie słyszałam – najtańsze 16$, marlboro ponad 20$
Piwo 0,33l 4$
Wino 0,75l 9$ - wczoraj kupiłam i jest to średnia półka
Alkohole są dostępne jedynie w odrębnych sklepach

Leki są tutaj drogie. Podziębiłam się i kupiłam syrop na kaszel – 17$. Polskie małżeństwo kupiło magnez i zapłacili podobną kwotę.

Codzienna mantra

Początki są trudne, początki są trudne, początki są trudne… - powtarzam sobie codziennie jak mantrę i nadal z uśmiechem na twarzy biegam z moimi nieszczęsnymi CV. W tydzień czasu rozniosłam ich około 50 i nadal słyszę ciszę. Jeszcze się nie przejmuje. Jeszcze jest za szybko na martwienie się. Tylko czemu jest ciągła cisza?

Jak usłyszę, że ktoś dostał pracę to natychmiast odruchowo już pytam, czy mógłby przekazać szefowi moje ‘resume’. Rozmawiam z managerami restauracji, kawiarni, pracownikami hotelów  – jako pomoc w kuchni, sprzątaczka. I niestety nie ma odzewu. Nadal uważam, że dobrze zrobiłam rezygnując z 5gwiazdkowego hotelu o którym ostatnio pisałam. Mieli niesamowicie wysokie standardy czasowe. W przeciągu 4 godz miałabym sprzątnąć kilkanaście pokoi, gdzie po rozmowie z Kolumbijkami jeden pokój się sprząta prawie godz. Maksymalna eksploatacja człowieka.

Apropos Kolumbijek. Mieszkam teraz z Marią – przesympatyczna, młoda, zabawna 24latka. Pracuje jako sprzątaczka biur. Jest nieco inaczej niż w hotelach, np. odkurzacz, zawsze myślałam, że istnieje jedynie w formie Burka, którego się ciągnie po dywanie. Otóż nie, swoje zakładają na plecy i z nimi chodzą. Niby wygodniej, ale są one pioruńsko ciężkie i wieczorami Marię bolą plecy i chodzi skrzywiona. Kolejne ‘niestety’ to wypłata. Jej szef nie chce, by pracowała max ile może, czyli 20 godzin tygodniowo. Pracuje ok. 10 godz. Jej wypłata wystarcza jedynie na pokrycie czynszu i jedzenie.  Maria się przeziębiła. Kaszle całymi nocami. Momentami się dusi. Ma wykupione ubezpieczenie (jak każdy), ale za standardową wizytę u lekarza musi zapłacić 70$. Nie poszła. Do Australii przyjechała z chłopakiem i chcą tutaj zostać, ale nie mają zbytnio za co.

To jest najczęstszy scenariusz pierwszej pracy w Australii jeśli nie ma się biegłego języka, a jedynie komunikatywny.

Pomijam fakt, że kraj ten lubuje się w różnych certyfikatach (oczywiście są płatne) i np. żeby zostać ochroniarzem w markecie powinnam mieć jakieś magiczne 3 certyfikaty, żeby być kelnerką muszę mieć 2 certyfikaty. A skąd wziąć na to pieniądze?

Przed wylotem agent i przedstawiciel szkoły do której chodzę utwierdzali nas w przekonaniu, że bardzo łatwo można znaleźć gównianą pracę, bo sezon się rozpocznie, bo jest to miasto turystyczne i jest sporo knajpek, bo…Od studentów usłyszałam, że każdy agent opowiada podobne bajki, by wysłać ludzi i przecież to nie jest ich problem co z człowiekiem będzie się działo na miejscu. Na moje szczescie moj odpisuje grzecznie na wiekszosc maili i jest przy nas. Prawda jest taka, ze nie sa w stanie zbytnio nam pomoc. Trzeba pamietac, ze sa w innych krajach i tutaj jest dla nas sprawdzian samodzielnosci, kreatywnosci i zaradnosci. Nikt za nas pracy nie znajdzie. To nasze zadanie! 

Nadal mam rogala na twarzy. Nadal się uśmiecham. Choć nie jest zbytnio różowo. Wiem początki są trudne. Wiem, że jestem w Australii i nie każdy może mieć taką szansę. Wiem, że jak jem śniadanie to patrzę na ocean. Wiem, że mam fajnych współlokatorów. Wiem, że każdy był w takiej sytuacji. Wiem, że dam radę. Zawsze daję! I tego się trzymam.