Czas na podsumowanie dwunastu miesięcy.
Najkrócej to zmieniłam całe swoje życie.
Rok temu zastanawiałam się nad tym co będę robiła na Sylwestra i jak co roku wpadałam w panikę. Równo rok temu poznałam wspaniałego chłopaka w którym się zauroczyłam - wystarczył jego jeden uśmiech :) i pomimo, że nie jesteśmy razem to nadal mamy dobry kontakt. W sumie to Australia była jego pomysłem.
365 dni temu mieszkałam na gaju wraz z Szalonym Informatykiem lubującym się w whiskey :)
Udało mi się znaleźć dobrze płatną pracę. Niestety stresującą, ale widziałam światełko w finansowym tunelu.
Miałam dobre życie.
Przewróciłam je do góry nogami.
Wiele razy się zastanawiałam czy dobrze zrobiłam. Nawet dzisiaj z płaczem w głosie powiedziałam, że chciałabym wrócić do kraju. Ciągle się z czymś szarpie, ciągle walczę o stabilizację. Jestem tym zmęczona. Wystarczyła jedna rozmowa i staram się dalej walczyć. Dzięki Paweł!
To co mnie zaskoczyło w przeciągu tego czasu to ludzie.
Po raz kolejny znajomości się zweryfikowały. W momencie podjęcia przeze mnie decyzji wielu znajomych zmieniło się o 180 stopni. Niestety ich słowa nadal pamiętam: "skoro stać ciebie na taką wyprawę to rozumiem, że dzisiaj ty stawiasz", "a przed czym ty uciekasz? Rozumiem UK, ale AU?". Z tymi osobami praktycznie kontaktu już nie mam. Ponownie zmniejszyła się liczba kumpli.
Z drugiej strony odezwali się Ci z którymi od kilku lat nie miałam kontaktu i pomimo wielu tysięcy km nadal mailujemy. Miła niespodzianka! I tych serdecznie pozdrawiam.
A Ci którzy od wielu lat zawsze są przy mnie wiedzą, że ich nigdy nie przestanę kochać i zawsze będę ich męczyła swoją skromną osobą bez względu na dzielący nas dystans! Dziękuje za cierpliwość!
Jak co roku na pierwszej stronie kalendarza widnieją noworoczne postanowienia.
Nie udało mi się jednego zrealizować - mój rekord :) Na nurkowanie muszę poczekać.
2013 należał do dzielenia się sobą - po kilku latach starań nareszcie mogłam zostać potencjalnym dawcą szpiku kostnego. 2014 nie zmieni tego - przyszła pora na krew (min. waga 45kg więc chyba się uda).
Teraz nie potrafię określić nowych postanowień.
Wszystko zaczynam od nowa. Nowe znajomości. Nowe miejsca. Nowe obowiązki. Nowy tryb życia.
Cieszy mnie to, że nie jestem sama. I choć jedna osoba nigdy nie będzie w stanie przeczytać tego postu (nie dostrzegam potrzeby nauczania języka polskiego) to jestem szczęśliwa i pomimo, że czasem się pokłócimy to wiem, że jest przy mnie i mogę na Niego liczyć.
Cieszę się jak dziecko jak za każdym razem przeczytam maila od znajomych z polski, bo mam świadomość, że ktoś mnie wspiera i ktoś tam jeszcze na mnie czeka. Dziękuje!
Mam tu swój plan, który powoli realizuje.
1. Normalny pokój
2. Praca dająca możliwość odłożenia pieniędzy
3. Szkoła zawodowa
4. Zmiana pracy na zgodną ze szkołą zawodową
5. Zmiana rodzaju wizy.
Zostały dwa punkty. Poprzednie 3 były najtrudniejsze z powodu bariery językowej i nieznajomości otoczenia. Wydaje mi się, że i tak mam dobre tempo.
Zbliżający się Sylwester będzie bardzo symboliczny. Pomimo, że jestem spłukana jak mysz kościelna (długa i stresująca historia) to jest dla mnie bardzo magiczny czas.
Zamykam trwający 28 lat rozdział w moim życiu zwany Polską.
Staram się, by nowy był lepszy od poprzedniego. Niestety nie jest to wcale takie łatwe.
czwartek, 26 grudnia 2013
niedziela, 15 grudnia 2013
Historia kilku Polaków
Wydawało mi się, że za dużo nas tu nie ma. Okazało się to nieprawdą. Istniejemy tutaj. Tylko, że się ukrywamy.
Pracuje w hotelu, gdzie walczyłam jak lwica broniąc mojego polskiego imienia. Nie jestem Evelyn bądź Iłelina. Jestem Ewelina. I nie podoba mi się jak ktoś zmienia moje imię. I nigdy mi się to nie podobało. Na szczęście nie jest ono skomplikowane więc nie powinno nikomu sprawiać trudności.
Jadę windą wraz z wieloma innymi pracownikami. I słyszę: "Hej Ewelina. Ola jestem". "Eeeee" - oczy jak 5 złotówki. "Cześć. Wow słyszę polski", "<śmiech> Słyszałam jak bronisz swojego imienia. Dobrze, tak trzymaj". I tak się zaczęło.
Justyna imieniem Ola przyjechała do Gold Coast wraz ze swoim chłopakiem. Przez 2 lata mieszkała w Anglii, gdzie poznała mężczyznę swojego życia. Są typem włoczykijów. Posiedzą w jednym miejscu, by zarobić pieniądze i jadą dalej. Super opcja. Zwiedzili połowę globu. Uwielbiam słuchać jej opowieści. A że jest gadułą to sama przyjemność wybrać się na piwo tudzież dwa dzbanki piwa. Choć muszę przyznać, że pomimo ciągłego uśmiechu i beztroski na twarzy to życie niejednokrotnie skopało jej 4 litery. Będzie tutaj do drugiej połowy stycznia. Później jadą dalej do innego zakątka Australii. I z łezką w oku muszę stwierdzić, że będzie mi jej brakowało.
Dwa tygodnie temu przyjechał Krzysiek. Chłopak również przez jakiś czas mieszkał w Anglii. Teraz próbuje znaleźć swoje miejsce tutaj. Generalnie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Ledwo co się tu pojawił, jeszcze dobrze nowego domu nie znalazł, a opcja pracy się pojawiła. Super by było, gdyby już mógł się ustabilizować finansowo. Świat czasami jest bardzo mały. Okazało się, że wysłał go ten sam agent i przez kilka lat mieszkał we Wrocławiu. Ciekawe czy mamy wspólnych znajomych.
Jest jeszcze Witek, którego poznałam w szkole. Jest tu z nas najdłużej. O wnioskach wizowych wie chyba wszystko. Niestety osiedlenie się nie jest proste. Australia, która żyje z emigrantów robi wszystko, by ich tu nie było.
Cała nasza trójka stara się i walczy z przeciwnościami Australijskiego losu. Jedno drugiemu pomaga jak tylko może. I tak być powinno.
Oprócz tego jest Kasia, Aneta, Maciek. I na pewno wiele innych. Fajnie czasami otworzyć buzie w swoim języku :) Jest to duży komfort.
Pracuje w hotelu, gdzie walczyłam jak lwica broniąc mojego polskiego imienia. Nie jestem Evelyn bądź Iłelina. Jestem Ewelina. I nie podoba mi się jak ktoś zmienia moje imię. I nigdy mi się to nie podobało. Na szczęście nie jest ono skomplikowane więc nie powinno nikomu sprawiać trudności.
Jadę windą wraz z wieloma innymi pracownikami. I słyszę: "Hej Ewelina. Ola jestem". "Eeeee" - oczy jak 5 złotówki. "Cześć. Wow słyszę polski", "<śmiech> Słyszałam jak bronisz swojego imienia. Dobrze, tak trzymaj". I tak się zaczęło.
Justyna imieniem Ola przyjechała do Gold Coast wraz ze swoim chłopakiem. Przez 2 lata mieszkała w Anglii, gdzie poznała mężczyznę swojego życia. Są typem włoczykijów. Posiedzą w jednym miejscu, by zarobić pieniądze i jadą dalej. Super opcja. Zwiedzili połowę globu. Uwielbiam słuchać jej opowieści. A że jest gadułą to sama przyjemność wybrać się na piwo tudzież dwa dzbanki piwa. Choć muszę przyznać, że pomimo ciągłego uśmiechu i beztroski na twarzy to życie niejednokrotnie skopało jej 4 litery. Będzie tutaj do drugiej połowy stycznia. Później jadą dalej do innego zakątka Australii. I z łezką w oku muszę stwierdzić, że będzie mi jej brakowało.
Dwa tygodnie temu przyjechał Krzysiek. Chłopak również przez jakiś czas mieszkał w Anglii. Teraz próbuje znaleźć swoje miejsce tutaj. Generalnie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Ledwo co się tu pojawił, jeszcze dobrze nowego domu nie znalazł, a opcja pracy się pojawiła. Super by było, gdyby już mógł się ustabilizować finansowo. Świat czasami jest bardzo mały. Okazało się, że wysłał go ten sam agent i przez kilka lat mieszkał we Wrocławiu. Ciekawe czy mamy wspólnych znajomych.
Jest jeszcze Witek, którego poznałam w szkole. Jest tu z nas najdłużej. O wnioskach wizowych wie chyba wszystko. Niestety osiedlenie się nie jest proste. Australia, która żyje z emigrantów robi wszystko, by ich tu nie było.
Cała nasza trójka stara się i walczy z przeciwnościami Australijskiego losu. Jedno drugiemu pomaga jak tylko może. I tak być powinno.
Oprócz tego jest Kasia, Aneta, Maciek. I na pewno wiele innych. Fajnie czasami otworzyć buzie w swoim języku :) Jest to duży komfort.
7 zagadek
Jakiś czas temu na zajęciach dano nam do rozwiązania 7 zagadek. Rozwaliły nas na łopatki.
1. I'm as big as an elephant but I weigh nothing. What I am?
2. For some I go fast, for others I go slow. Most people worry about me. What I am?
3. There are 4 girls and 4 apples in a basket. Each girl takes an apple but there's one apple left in the basket. How is this possible?
4. What is the beginning of the end, the end of the time, the moddle of yesterday and nowhere in tomorrow? - This is my favourite :)
5. There are 2 Indians. A big Indnian and a little Indian. The little Indian is the big Indian's son but the big Indian is not the little Indian's father. How is this possible?
6. What word can be written forward, backward or upside down and can still be read from left to right?
7. It is more powerful than God,
More evil than devil,
The poor have it,
The rochh need it
And if you eat it, you'll die.
What is it?
I jak? Jakie odpowiedzi? :)
1. I'm as big as an elephant but I weigh nothing. What I am?
2. For some I go fast, for others I go slow. Most people worry about me. What I am?
3. There are 4 girls and 4 apples in a basket. Each girl takes an apple but there's one apple left in the basket. How is this possible?
4. What is the beginning of the end, the end of the time, the moddle of yesterday and nowhere in tomorrow? - This is my favourite :)
5. There are 2 Indians. A big Indnian and a little Indian. The little Indian is the big Indian's son but the big Indian is not the little Indian's father. How is this possible?
6. What word can be written forward, backward or upside down and can still be read from left to right?
7. It is more powerful than God,
More evil than devil,
The poor have it,
The rochh need it
And if you eat it, you'll die.
What is it?
I jak? Jakie odpowiedzi? :)
sobota, 14 grudnia 2013
Miła odmiana
We Wrocławiu nie cierpiałam na nudę. Zawsze coś się działo. A tutaj? Już nie ogarniam co się dzieje. To dobrze. Zawsze w ruchu.
Przeprowadziłam się!
I ponownie to napiszę.
Przeprowadziłam się!
Załączam zdjęcia mojego pokoju (są niestety za ciemne, pokój ma ok 15-18m, rozsuwaną szafę, której nie ma na zdjęciu). Jestem zachwycona. Wreszcie swój własny pokój ze swobodnym dostępem do internetu. Mieszkam teraz w dwu poziomowym domu z 3 osobami - młodszym ode mnie małżeństwem i Filipińczykiem. Wszyscy są bardzo mili. Pomocni. Jednym słowem uwielbiam swój nowy dom. I co najważniejsze mam normalną umowę.
Niesamowicie miło, bo zaprosili mnie na święta. Tylko, że ja pracuje w święta i jak wrócę to jedyne o czym będę myślała to o swoim łóżku. To będzie najgorszy moment w pracy. I też moi polscy znajomi są sami więc podziękowałam grzecznie i zobaczę jak się akcja rozwinie. Sama propozycja niesamowicie miła. Szok!
Ogólnie są niesamowicie mili. Wczoraj dostałam smsa o wyjściu do restauracji. Dzisiaj poszliśmy na lunch. Z tego co zauważyłam to wszystko jest tutaj wspólne. Muszę i ja się przestawić do tego funkcjonowania, Jestem w innym świecie. Mam z kim porozmawiać. Mam z kim się pośmiać. Muszę się odzwyczaić od funkcjonowania: "to moje - nie ruszaj".
Kia i Andrew - są młodym małżeństwem. Bodajże rok młodsi ode mnie. Mają dwa olbrzymich rozmiarów koty.
Kia - wiecznie uśmiechnięta z wrodzonym ADHD fotografka. Z tego co zauważyłam lubi gotować. Oprócz pracy z aparatem jest zatrudniona w biurze, gdzie przesiaduje przez 3 dni w tygodniu. Ma kategoryczny zakaz picia kawy (jeszcze bardziej ją rozpiera energia).
Andrew - bardzo kontaktowy młody mężczyzna. W momencie kiedy się śmieje z oczu powstają mu urokliwe łezki :P Jego najlepsi przyjaciele to Polacy (jakby mogło być inaczej ;) ). Lubi gry komputerowe i dobrą kawę.
Justien - jest za mą ścianą i co najlepsze totalnie go nie słyszę. Sympatyczna gaduła - co dla mnie jest bardzo dobre. Pracuje w mym przyszłym zawodzie i nieco mnie zaniepokoił stwierdzając, że jak skończę mój kurs to mam mu się przypomnieć na temat zatrudnienia w jego pracy. Super! Tylko czemu jak go skończę? To co, ja mam przez 6 miesięcy sprzątać kible? Może uda mi się jakoś bez jego pomocy coś wskórać.
Ostatnio na zajęciach nauczycielka, która jest z pochodzenia Wenezuelką stwierdziła, że wszelką pomoc, czy bliższe kontakty ma jedynie z Kolumbijczykami. Zdziwiłam się. Dla mnie Australijczycy są zawsze mili, pomocni i życzliwi. Osobiście zraziłam się do Kolumbijczyków. Dla mnie są krzykliwymi brudasami. Jak słyszę, że ktoś drze się to na pewno będzie Kolumbia. Rozumiem, że ogólnie Latynosi są głośni, ale Ci przekrzyczą każdego.
Niestety, ale łatwo w życiu być nie może. Nie wierzę, że odzyskam
kaucję za poprzedni pokój. Jest coraz dziwniej. Teoretycznie w momencie opuszczenia przeze mnie mieszkania powinnam mieć ją zwróconą. Okazało się, że nie widnieje na umowie. Kolumbijczycy nie wpisali mojego nazwiska. Mój poprzednik też został zignorowany. Teraz muszę czekać aż parka się wyprowadzi i wtedy być może zobaczę pieniądze, tzn. cała kaucja zostanie przelana na konta Kolumbijczyków i ci mają mi ją przelać na konto. Dobrze, że w tym samym czasie ze swojego łóżka rezygnuje Sebastian (z nim dzieliłam pokój) to istnieje jeszcze szansa na odzyskanie pieniędzy. Jeśli cała kwota trafi na konto parki - mogę o nich zapomnieć. Nie raz mi życie uprzykrzyli więc nie wierzę, że zobaczę te pieniądze na koncie.
Mam cichą nadzieję, że będzie to moja ostatnia przeprowadzka!
Przeprowadziłam się!
I ponownie to napiszę.
Przeprowadziłam się!
Załączam zdjęcia mojego pokoju (są niestety za ciemne, pokój ma ok 15-18m, rozsuwaną szafę, której nie ma na zdjęciu). Jestem zachwycona. Wreszcie swój własny pokój ze swobodnym dostępem do internetu. Mieszkam teraz w dwu poziomowym domu z 3 osobami - młodszym ode mnie małżeństwem i Filipińczykiem. Wszyscy są bardzo mili. Pomocni. Jednym słowem uwielbiam swój nowy dom. I co najważniejsze mam normalną umowę.
![]() |
| Fragment mojego pokoju |
Niesamowicie miło, bo zaprosili mnie na święta. Tylko, że ja pracuje w święta i jak wrócę to jedyne o czym będę myślała to o swoim łóżku. To będzie najgorszy moment w pracy. I też moi polscy znajomi są sami więc podziękowałam grzecznie i zobaczę jak się akcja rozwinie. Sama propozycja niesamowicie miła. Szok!
Ogólnie są niesamowicie mili. Wczoraj dostałam smsa o wyjściu do restauracji. Dzisiaj poszliśmy na lunch. Z tego co zauważyłam to wszystko jest tutaj wspólne. Muszę i ja się przestawić do tego funkcjonowania, Jestem w innym świecie. Mam z kim porozmawiać. Mam z kim się pośmiać. Muszę się odzwyczaić od funkcjonowania: "to moje - nie ruszaj".
Kia i Andrew - są młodym małżeństwem. Bodajże rok młodsi ode mnie. Mają dwa olbrzymich rozmiarów koty.
Kia - wiecznie uśmiechnięta z wrodzonym ADHD fotografka. Z tego co zauważyłam lubi gotować. Oprócz pracy z aparatem jest zatrudniona w biurze, gdzie przesiaduje przez 3 dni w tygodniu. Ma kategoryczny zakaz picia kawy (jeszcze bardziej ją rozpiera energia).
Andrew - bardzo kontaktowy młody mężczyzna. W momencie kiedy się śmieje z oczu powstają mu urokliwe łezki :P Jego najlepsi przyjaciele to Polacy (jakby mogło być inaczej ;) ). Lubi gry komputerowe i dobrą kawę.
Justien - jest za mą ścianą i co najlepsze totalnie go nie słyszę. Sympatyczna gaduła - co dla mnie jest bardzo dobre. Pracuje w mym przyszłym zawodzie i nieco mnie zaniepokoił stwierdzając, że jak skończę mój kurs to mam mu się przypomnieć na temat zatrudnienia w jego pracy. Super! Tylko czemu jak go skończę? To co, ja mam przez 6 miesięcy sprzątać kible? Może uda mi się jakoś bez jego pomocy coś wskórać.
![]() |
| Kolejny fragment mojego pokoju |
Niestety, ale łatwo w życiu być nie może. Nie wierzę, że odzyskam
kaucję za poprzedni pokój. Jest coraz dziwniej. Teoretycznie w momencie opuszczenia przeze mnie mieszkania powinnam mieć ją zwróconą. Okazało się, że nie widnieje na umowie. Kolumbijczycy nie wpisali mojego nazwiska. Mój poprzednik też został zignorowany. Teraz muszę czekać aż parka się wyprowadzi i wtedy być może zobaczę pieniądze, tzn. cała kaucja zostanie przelana na konta Kolumbijczyków i ci mają mi ją przelać na konto. Dobrze, że w tym samym czasie ze swojego łóżka rezygnuje Sebastian (z nim dzieliłam pokój) to istnieje jeszcze szansa na odzyskanie pieniędzy. Jeśli cała kwota trafi na konto parki - mogę o nich zapomnieć. Nie raz mi życie uprzykrzyli więc nie wierzę, że zobaczę te pieniądze na koncie.
Mam cichą nadzieję, że będzie to moja ostatnia przeprowadzka!
Zamawiał Pan serwis?
Dawno, dawno temu widziałam film... główni bohaterowie to: przystojny milioner i piękna pokojówka.
Milionera sobie daruje. Chciałabym zobaczyć tą piękną, niezmęczoną pokojówkę. I przy okazji chciałabym nosić jej wdzianko. Mój wygląda jak worek po ziemniakach - nawet podobny kolor.
Praca jest ciężka. W momencie kiedy mam partnera to pokój składający się z kuchni, dwóch sypialni, dwóch łazienek z prysznicem oraz salonu powinnam sprzątnąć w przeciągu 30 minut. Przy normalnych gościach jest to realne. Przy brudasach niestety nie. Mój rekord to półtore godziny - było okropnie.
Wczorajszy dzień.
Miałyśmy do sprzątnięcia 12 bądź 10 pokoi. Z czego 5 były do totalnego sprzątnięcia. W pozostałych należało ładnie pościelić łóżka (bez wymiany pościeli) oraz umyć łazienkę (z wymianą ręczników). Zajęło to nam 8 godzin. Standard pozostawionych pokoi był momentami obrzydliwy. Nie będę się wdawała w szczegóły.
Wczorajszy dzień był hardcorem. No, ale jak tu ładnie i kusząco wyglądać?
Standardowy dzień to 5 godziny pracy. Niby nie dużo. W trakcie pracy nie wyglądam atrakcyjnie. Włosy muszę mieć zwinięte w kitkę. Nie jest to głupi pomysł, bo rozpuszczone, by przeszkadzały. Wyglądam jak obdartus - wspomniałam o uwodzicielskiej koszuli. Dodajcie do tego czarne, półeleganckie spodnie (znacznie lepiej, by wyglądały jeanso - podobne) i najlepszy dodatek koszyk z chemikaliami oraz worek ze szmatkami z którymi nie możemy się rozstawać. I jak ogólnie wyglądamy? Ktoś miałby ochotę poflirtować? Zapomniałam dodać, że ten typ pracy jest męczący więc momentami leje się z nas pot.
Odliczam: 29 dni i będę mogła zacząć szukać normalnej pracy. Co prawda minie nieco zanim ją znajdę, ale jakąś nadzieje trzeba mieć :)
Inne sprzątające prace
Dom w którym codziennie urzęduje jest moim drugim miejscem tego typu pracy. Pierwsze było nawet zabawne. Odpowiedziałam na ogłoszenie. Umówiłam się z Panią na konkretną godzinę. Byłam pewna, że od razu zacznę u niej sprzątać. Byłam w błędzie - została przeprowadzona rozmowa rekrutacyjna. Pani testowała mnie. Pokazała drabinę. I szybkie spojrzenie na mnie. "O co jej chodzi" - myślę sobie. Pokazała mi pralkę. Sytuacja powtórzyła się. "Czemu mi się tak przygląda". Kilkakrotnie akcja się powtórzyła. Dobra, dostałam pracę. Będę do niej przyjeżdżała aż jeden dzień w tygodniu na 2 godziny. No, ale na początek nie jest źle. Zawsze to jakiś wpływ gotówki.
Pierwszy dzień pracy.
"Sprzątnij sypialnię. Zmień pościel i wytrzyj dokładnie kurze" - padła komenda.
Wchodzę do sypialni i czuje się w jakimś horrorze. Nieco śmierdzi stęchlizną i tanimi perfumami. Na szafkach poukładane stare, brzydkie lalki. Łóżko w rozmiarze King. Przed łóżkiem schodki - "mówiła, że ma ręce nieco niesprawne od pracy, a nie nogi". Wymieniam pościel - cała w dziurach. Pierze wylatuje z każdej strony. Zawołałam ją i proszę o taśmę to prowizorycznie się dziury załata. Zmieniam prześcieradło. Chce szafkę mocno przylegającą do łóżka odsunąć, bym mogła prześcieradło poprawić. Ozdoba za łóżkiem spada mi na głowę. "Co jest?!". Kolanem ją przytrzymałam. Drugą nogą kopając szafkę przesunęłam tam gdzie była. Nie wiem jakim cudem poprawiłam wszystko. "Dobra, jeszcze kurze". Dotykam jednej lalki, a ta nie chce się ruszyć. Kobieta poprzyklejała je.
Zrobiłam swoje i wyszłam. Następnym razem powiedziała mi, że mnie nie potrzebuje i żebym więcej nie przyjeżdżała. Pozwolę sobie nie skomentować.
Milionera sobie daruje. Chciałabym zobaczyć tą piękną, niezmęczoną pokojówkę. I przy okazji chciałabym nosić jej wdzianko. Mój wygląda jak worek po ziemniakach - nawet podobny kolor.
Praca jest ciężka. W momencie kiedy mam partnera to pokój składający się z kuchni, dwóch sypialni, dwóch łazienek z prysznicem oraz salonu powinnam sprzątnąć w przeciągu 30 minut. Przy normalnych gościach jest to realne. Przy brudasach niestety nie. Mój rekord to półtore godziny - było okropnie.
Wczorajszy dzień.
Miałyśmy do sprzątnięcia 12 bądź 10 pokoi. Z czego 5 były do totalnego sprzątnięcia. W pozostałych należało ładnie pościelić łóżka (bez wymiany pościeli) oraz umyć łazienkę (z wymianą ręczników). Zajęło to nam 8 godzin. Standard pozostawionych pokoi był momentami obrzydliwy. Nie będę się wdawała w szczegóły.
Wczorajszy dzień był hardcorem. No, ale jak tu ładnie i kusząco wyglądać?
Standardowy dzień to 5 godziny pracy. Niby nie dużo. W trakcie pracy nie wyglądam atrakcyjnie. Włosy muszę mieć zwinięte w kitkę. Nie jest to głupi pomysł, bo rozpuszczone, by przeszkadzały. Wyglądam jak obdartus - wspomniałam o uwodzicielskiej koszuli. Dodajcie do tego czarne, półeleganckie spodnie (znacznie lepiej, by wyglądały jeanso - podobne) i najlepszy dodatek koszyk z chemikaliami oraz worek ze szmatkami z którymi nie możemy się rozstawać. I jak ogólnie wyglądamy? Ktoś miałby ochotę poflirtować? Zapomniałam dodać, że ten typ pracy jest męczący więc momentami leje się z nas pot.
![]() |
| Chce taki fartuszek |
Inne sprzątające prace
Dom w którym codziennie urzęduje jest moim drugim miejscem tego typu pracy. Pierwsze było nawet zabawne. Odpowiedziałam na ogłoszenie. Umówiłam się z Panią na konkretną godzinę. Byłam pewna, że od razu zacznę u niej sprzątać. Byłam w błędzie - została przeprowadzona rozmowa rekrutacyjna. Pani testowała mnie. Pokazała drabinę. I szybkie spojrzenie na mnie. "O co jej chodzi" - myślę sobie. Pokazała mi pralkę. Sytuacja powtórzyła się. "Czemu mi się tak przygląda". Kilkakrotnie akcja się powtórzyła. Dobra, dostałam pracę. Będę do niej przyjeżdżała aż jeden dzień w tygodniu na 2 godziny. No, ale na początek nie jest źle. Zawsze to jakiś wpływ gotówki.
Pierwszy dzień pracy.
"Sprzątnij sypialnię. Zmień pościel i wytrzyj dokładnie kurze" - padła komenda.
Wchodzę do sypialni i czuje się w jakimś horrorze. Nieco śmierdzi stęchlizną i tanimi perfumami. Na szafkach poukładane stare, brzydkie lalki. Łóżko w rozmiarze King. Przed łóżkiem schodki - "mówiła, że ma ręce nieco niesprawne od pracy, a nie nogi". Wymieniam pościel - cała w dziurach. Pierze wylatuje z każdej strony. Zawołałam ją i proszę o taśmę to prowizorycznie się dziury załata. Zmieniam prześcieradło. Chce szafkę mocno przylegającą do łóżka odsunąć, bym mogła prześcieradło poprawić. Ozdoba za łóżkiem spada mi na głowę. "Co jest?!". Kolanem ją przytrzymałam. Drugą nogą kopając szafkę przesunęłam tam gdzie była. Nie wiem jakim cudem poprawiłam wszystko. "Dobra, jeszcze kurze". Dotykam jednej lalki, a ta nie chce się ruszyć. Kobieta poprzyklejała je.
Zrobiłam swoje i wyszłam. Następnym razem powiedziała mi, że mnie nie potrzebuje i żebym więcej nie przyjeżdżała. Pozwolę sobie nie skomentować.
sobota, 7 grudnia 2013
Odliczam!
Odliczam. W piątek się przeprowadzam, czyli zostało 6 dni.
We wtorek odbieram klucze do nowego domu – 3 dni. 16 grudnia rozpoczynam
dwutygodniowy urlop. Nie będę musiała chodzić do szkoły, a w pracy powinien być
gorący okres więc zarobię w ludzkich granicach zmęczenia. Zostało 8 dni. 3
stycznia mam kolejny egzamin sprawdzający poziom wiedzy i jeśli go zdam to
rozpocznę inny kurs. 26 dni. Co prawda średnio mam kiedy się uczyć, ale skoro
zostałam kolejny raz studentem tygodnia to liczę na swoją niesamowitość. Są to
jedynie liczby, ale mocno zmieniające mój pobyt. Nie mogę się doczekać kiedy
wreszcie wypocznę i przestanę zasypiać na siedząco o 21:00 i przestanę być
najnudniejszą osobą ever. Kiedy rozpocznę nową szkołę. I kiedy się wyniosę. Z
tego ostatniego chyba najbardziej się cieszę. Nie ma niczego gorszego niż po
ciężkim dniu pracy wrócić do domu i czuć się jak wróg.
Wreszcie nastała stabilizacja. Nadal muszę patrzeć do
portfela i myśleć nad kolejną wizą i tym samym nad wydatkami. Cały czas
zmieniam standard na lepsze będąc albo na plusie bądź na zerze więc jestem
spokojna. Nowy wniosek wizowy kosztuje ok. 530$. Nowe ubezpieczenie ok. 400$.
Nowy kurs 4400$.Nadal jestem spokojna. Mam na połowę wspomnianych wydatków. Tylko
czemu mam kłopoty ze snem? Przejmuje się innymi sprawami. Zwłaszcza w tym
tygodniu. Udało mi się wreszcie uzyskać namiastkę stabilizacji, którą w jednej
chwili mogłam utracić.
Nie jest to jedyna sprawa, która nie spływa po mnie jak po
kaczce. Zawsze starałam się być dobrym człowiekiem. Bardzo często swoim
kosztem. Zazwyczaj starałam się pomóc drugiej osobie. Tutaj dostałam lekcję –
nie powtarzaj tego błędu więcej. Tylko, że ja tak nie potrafię. Starałam się
być uprzejma, schodzić z drogi, interesować się współlokatorami - pokazali co potrafią. Starałam się pomóc
tym z którymi jest mi teoretycznie łatwiej (z Polakami) – paroma zdaniami wbili
nóż w plecy i tym samym przestali dla mnie istnieć. Nie wiem kiedy przestanę
być frajerem. I chyba to mnie ostatnio boli najbardziej. Nie zrobiłam nic
złego, a czuję się podle. Na szczęście wszystko szybko się zmienia i liczę na
natychmiastową poprawę. Ostatnio często spożywany alkohol w nadmiarze również
pomaga.
Nie samymi poważnymi kwestiami człowiek żyje.
Zbliżają się święta. „Last Christmas” od jakieś czasu jest
słyszany w marketach. Sklepy są przystrojone choinkami i św. Mikołajami.
Spójrzcie jakie mają uliczne ozdoby. Przyznam, że żal… ściska. Rozumiem, nie
mają śniegu. Tylko to nie znaczy, że ma być brzydko. Nie mają świątecznych
przygotowań, odliczania, czasu wyczekiwania. Jest normalny, słoneczny dzień.
Nie sądziłam, że to kiedykolwiek napiszę – brakuje mi Polski. Brakuje mi zimna,
grzanego wina, ozdób świątecznych na Starówce, kameralnych knajpek. Tęsknie.
Moment kiedy rozdawałam cynamonowe ciasteczka 6 grudnia był najprzyjemniejszych dniem w szkole. Namiastka domu :)
czwartek, 5 grudnia 2013
Wymiękłam
Nastąpiła ta chwila. Wiedziałam, że prędzej czy później
nadejdzie. Przyszła. Nieoczekiwanie. Wymiękłam. Mam dość. Chce mi się płakać,
ale nawet tego nie mogę zrobić. Obiecałam sobie, że niektórymi osobami totalnie
nie będę się przejmowała. Obiecałam sobie, że niektóre sprawy spłyną po mnie
jak po kaczce. Otóż nie. Każdą przykrość tych osób pamiętam. Każdą nieprzyjemną
sprawę zatrzymuje gdzieś głęboko. Przestałam być twarda. Potrzebuje relaksu i
regeneracji.
Mieszkanie
Kilkakrotnie wspominałam jakich mam współlokatorów. Z każdym
dniem robi się coraz ciekawiej. Starają się jak mogą uprzykrzyć życie. Tylko,
że są na to za głupi i nie wychodzi im. Przykłady: zmienili po raz kolejny
decyzje dotyczącą dłuższego pobytu i wracają do kraju tuż przed świętami. Ja się
przeprowadzam za tydzień. Wczoraj usłyszałam jedno, jedyne zdanie po angielsku:
„pewna osoba zapytała się mnie o pobyt i powiedziałem, że zostajemy, ale jest
inaczej…. Ha ha ha” Nie wiem po co wysilał się. To nie moja sprawa. Wyprowadzam
się przed nimi więc co mnie obchodzi kiedy oni swoje tłuste tyłki ruszą. Musiało
mu mocno zależeć, bym to usłyszała. Starał się dość długo sklecić to zdanie.
Bardziej boli mnie to, że obgadują mnie za plecami (kilka osób totalnie się
zmieniło w stosunku do mnie). Nie mają powodu, by uprzykrzać mi
życie. Funkcjonujemy totalnie osobno. Co jest dla mnie nieco dziwne, ale skoro
tak chcą żyć to się do tego w pełni dostosowałam. Fakt czasami przychodzę w
nocy (gdzie raz mi zamknięto drzwi na 2 zamki, a klucze mamy tylko do 1 więc
stałam pod drzwiami i po 2 w nocy dobijałam się), bądź w ogóle znikam, ale to nie powinno ich obchodzić.
Nawet w tym momencie odłączono mi prąd jak ładowałam
komórkę. Zwariować idzie. Odliczam dni do przeprowadzki.
Praca
W ten poniedziałek prawie ją straciłam. Przyznam, że bardzo
się zmartwiłam. Jestem zmęczona ciągłym szukaniem jakiekolwiek stabilizacji. Pomimo, że jest to ciężka praca to nie chce jej zmieniać. Jeszcze nie teraz.
Zwłaszcza, że wywalczyłam grafik taki jak chciałam. Praca jest legalna i
pieniądze dostaje na konto. Co jest dobrym rozwiązaniem w momencie starania się
o kolejne wizy. Poniedziałki zawsze są szalone. Pracę zaczęłam godzinę
wcześniej niż cała firma – wywalczyłam to, bo mam szkołę i nie mogę o normalnej
porze zmiany zacząć. Miała do mnie dojść dziewczyna i mi pomóc. Na tablicy
miałam do sprzątnięcia 4 pokoje. Dla jednej osoby jest to 4 – 5 godzin przy
normalnym zabrudzeniu pokojów przez gości. W momencie kiedy weszłam do
pierwszego załamałam się. Na wykładzinie było wszędzie rozbite szkło. W kuchni
na podłodze rozlane drinki i widać było, że ktoś miał z tego niezły ubaw, bo
bawił się kolorami. W dwóch miejscach wymiociny. Jednym słowem zostawili ruinę.
Zadzwoniłam po pomoc. Nikt nie przyszedł. Sprzątałam sama. Ten pokój zajął mi
ponad 2 godziny, a i tak nie był super czysty jak powinien być w 5gwiazdkowym
hotelu. Z drugim było ciut lepiej. Ten sam syf bez zabawy kolorami. Przeszłam
do kolejnego. Przyszedł supervisor na kontrolę: „Nie masz oka do detali. Jest
sporo błędów. Jak długo tu pracujesz? Co się z Tobą dzieje?” Wyjaśniłam, gdyby
nie zauważyła, jestem sama. Miał mi ktoś pomóc, ale nikt nie przyszedł. Mam do
sprzątnięcia 4 pokoje, a w tym momencie zaczynają mi się zajęcia. Przepraszam
za błędy. Starałam się szybko sprzątnąć i w miarę dokładnie. Szkoda, że nie
widziałaś tego co było.” Złożyła na mnie skargę. Wiedziałam, że tak to się
skończy. Czekałam tylko na informację: „nawaliłaś więc spadaj” Tylko, że nie do
końca ja nawaliłam. Po dwóch nieprzespanych nocach stwierdziłam, że nie będę
czekała aż mnie zwolnią osobiście. Zadzwonię gdzie mogę i wybadam teren. Mojej
manager (jestem zatrudniona w agencji, która jest wynajęta przez hotel)
wyjaśniłam całą sytuację i usłyszałam: „nie powinnaś być sama. Jesteś nowym pracownikiem
i w ten dzień nikt nie powinien pracować sam, bo pokoje były zbyt brudne na
taką pracę. Nie przejmuj się.” Szok. Nie wyleciałam. Szkoda, że mnie wszystko
sporo stresu kosztowało.
No, ale nie tylko w hotelu pracuje. Moja przemiła Pani u
której codziennie sprzątam dwu piętrowy dom, miała gorszy poranek. Praca polega
na tym, że codziennie wykonuje zestaw tych samych czynności plus jakiś bonus.
Tym bonusem była łazienka. Chlorem spryskałam wannę i prysznic. Umyłam resztę
łazienkowych drobnostek. Nie umyłam jedynie plastikowych drzwiczek od
prysznica, bo jak na mój gust nie miałam czym. Zaczęło się: „Ewelina, masz tu i
tak łatwą pracę i jeszcze z tym sobie nie radzisz? Chlorem plastikowe drzwiczki
trzeba było umyć. Pokażę Tobie jak należy to zrobić, bo może nie wiesz jak…”.
Mówię: „chlor jest silnym środkiem. Serio, plastik? Nic się nie stanie?”
Usłyszałam parę innych komentarzy. Wyszłam.
Na następny dzień. „Ewelina I’m sorry. I’m so sorry”. Miło,
że przeprosiła.
Kolejna wiza
Nastał ten moment, bym zaczęła ją załatwiać. Miałam
przenieść się do Brisbane. Później z obaw przed trudnościami związanymi z
szukaniem pracy miałam jedynie tam się uczyć. Szkoła zażyczyła sobie, bym za
cały kurs zapłaciła jednorazowo. Na głowę upadli. Skąd ja wezmę ponad 6000$? Na
tą informację czekałam 3 tygodnie. Żegnaj TAFE i Community Services Works.
Poszłam po najmniejszej linii oporu. Kierunek ten jest związany z Aged Care, a
to jest nadal powiązane z moim polskim wykształceniem, co jest mi potrzebne do
starania się o inny rodzaj wizy. Tak wiem, nieco skomplikowane. Kurs rozpocznę
w tej samej szkole co jestem. Wiem, że mogę mieć płatności rozbite na raty.
Szkołę będę miała jedynie przez 2 dni w tygodniu. Wreszcie będę miała większy
spokój. Muszę skończyć level na którym jestem i się przenoszę. Ciekawi mnie
jedna sprawa. Poznałam tutaj jednego Polaka, który ma słabszy angielski od
mojego i zmienił kurs na zawodowy. Ja muszę jeszcze poczekać. Na szczęście nie
za długo.
Teraz od 16 grudnia będę się urlopowała. Muszę wreszcie odpocząć,
bo momentami przestaje kojarzyć co się dzieje wokół mnie. 20 godzin w tygodniu
szkoły + średnio 30 godzin w pracy to za dużo. Jeszcze tydzień i zwolnię tempo.
Za dużo negatywów jak na 3 dni. Nie mam też jak odreagować.
Nie mogę biegać ani jeździć na rowerze. Czekam na przesyłkę z Polski, bo w
Aussie nie ma wielu produktów.
Niestety to nie koniec moich przebojów. O jednym dość
bolesnym dla mnie nie za bardzo powinnam napisać na forum. Nie wiem czemu
ludzie są podli? Z zazdrości? Z głupoty? Usłyszałam parę komentarzy i zrobiło
mi się przykro. Zawsze staram się być dobra dla drugiej osoby. Czasem nawet
pomocna. To czemu zawsze ktoś musi mi sprawić przykrość. Niczego złego nikomu
nie robię. Czemu wbijają słowami nóż w plecy?
Tym sposobem chciałabym się rozpłakać, ale nie mogę, bo nie
mam swojego pokoju i tym samym nie mam prywatności. Chciałabym cokolwiek móc
zrobić, by się ciut lepiej poczuć. Może w niedzielę będę miała dzień wolny i
pośpię dłużej i mi jakoś przejdzie. Jestem podłamana.
sobota, 30 listopada 2013
Wiele sie dzieje...
Dawno mnie tu nie było. Niestety notoryczny brak czasu już się zaczyna włączać.
Dalej odkrywam ten kraj i sposób życia.
Po kolei:
Mieszkanie
Po około półtora miesiąca mieszkania z Kolumbijczykami wiem, ze wię
cej tego bledu nie popelnie. Fakt, pomogli mi w potrzebie. W jednej chwili stalam sie bezdomna. Uratowali mnie. Mialam gdzie spac i wydawalo mi sie, ze za male pieniadze. Na tym niestety bym skonczyla poniewaz:
- ciagle opowiadaja jacy sa czysci i schludni, ale prawda jest taka, ze sa leniwymi, obrzydliwymi brudasami. Nie bede wdawala sie w szczegoly, bo nie na to miejsce.
- mieszkam z parka i z Sebastianem. Przed przyjazdem tutaj sie nie znali. To co ich laczy to kraj i tym samym jezyk. Prawie ze soba nie rozmawiaja. Parokrotnie bylam lacznikiem informacji - nie lubie pelnic tej roli. Skoro ze soba nie rozmawiaja to i ze mna. Przychodze do domu i slysze trzasniecie drzwiami - znowu Marii cos nie pasuje. Tylko co tym razem? To, ze jestem? To, ze slonce mocniej swieci niz zwykle? Nie mam pojecia, bo slysze jedynie hiszpanski, ktorego nie znam.
- w momencie kiedy kupie sobie np. piwo to czekaja az ich poczestuje. Nauczylam sie juz tego nie robic, bo oni nigdy mnie nie poczestowali. Czasami sa w tym az bezczelni. Pracowalam w restauracji i standardem jest to, ze dostawalam jedzenie. Pracowalam za bardzo male pieniadze i dosc ciezko. Po swojej zmianie zawsze bylam glodna. Przyszlam do domu, usiadlam, otworzylam swoj maly pakunek z obiadem. Natychmiast parka sie pojawila. W milczeniu przygladali sie jak jadlam liczac, ze sie podziele. Nauczylam sie tego nie robic. W momencie kiedy skonczylam, pod nosem cos skomentowali i wrocili do swojego pokoju. Czasami sie ciesze, ze nie rozumiem, bo chyba niczego przyjemnego bym nie uslyszala.
- mialo byc tanio, ale wcale tak nie jest. Place 100$ za lozko. Nie mam swojego pokoju, nie mam internetu. Kwota jest bez rachunku za prad. Za srednio 150$ mam wlasny pokoj, net wliczony w cene i zadne dodatkowe oplaty mnie nie interesuja.
Zaczelam szukac innego mieszkania. Zle sie czuje u siebie a i tez wiem, ze gdybym mieszkala z Australijczykami lepiej byloby dla mojego angielskiego.
Myslalam, ze znalazlam perelke w Miami. Niestety, ale dwoch przystojnych nauczycieli angielskiego zamienilo sie w jednego nauczyciela i starsza, wybitnie wscibska pania po 60stce. Nie zdecydowalam sie na to lokum. Mieszkanko samo przyszlo do mnie. Stworzylam ogloszenie w stylu: "mloda, sympatyczna szuka..." i sie odezwali.
Mloda Australijska parka szuka kogos do pokoju za cene 150$. Cena obejmuje wszystko. Pojechalam. Rzecz jasna sie zgubilam wiec trzeba bylo po mnie przyjechac. Patrze kto prowadzi samochod - mila, wiecznie usmiechnieta dziewczyna. Super! Juz ja lubie! Okazalo sie, ze znaja sporo Polakow w okolicach mojego wieku. Rewelacja! To kiedy moge sie wprowadzic? Tak sie skonczylo, ze chcieli bym znacznie wczesniej sie przeniosla niz jestem w stanie. Poczekaja na mnie! Jak ich nie lubic?!
Sprawa z mieszkaniem prawie sie wyjasnila. W momencie kiedy podjelam ostateczna decyzje, ze chce sie przeniesc to dzien pozniej Maria sama mnie o to zapytala. Jak jej odpowiedzialam, ze ma prawie miesiac czasu na znalezienie nowego lokatora to dziewczyna wpadla w szal. Zaczela wszystkim rzucac, trzaskac wszystkimi drzwiczkami jakie zobaczyla i po ucieczce do swojego pokoju wrzeszczala na swojego chlopaka. Co ja jej zrobilam? Tego do tej pory nie wiem. Utwierdzilam sie w przekonaniu, ze bardzo dobrze zrobilam podejmujac ta decyzje.
Samym mieszkaniem i praca czlowiek nie zyje.
Fajnie by bylo z kims pojsc na piwo i normalnie porozmawiac.
Najlatwiej ze wspollokatorami. No, ale patrzac na moich to niestety nie moge na to liczyc. To moze z ludzmi ze szkoly? 4 razy zmienialam grupy i nie pomoglo mi to w zaprzyjaznieniu sie. Jestesmy na "czesc, co slychac?". Pare razy zaprosili na BBQ, ale niestety terminy mi totalnie nie pasowaly wiec sila rzeczy przestali zapraszac. Nie mam im za zle. Nie moge o nich nic zlego powiedziec. Jedynie to, ze na zajeciach ciagle slysze hiszpanski - co jest generalnie zabronione, ale nauczyciele sprawe totalnie ignoruja. O szkole bedzie nieco pozniej.
Zepsul mi sie telefon, bo i czemu nie. Bez niego nie jestem w stanie tutaj funkcjonowac. Przed szkola pobieglam do sklepu i patrzylam na najtansze smartfony... ktorego, by tutaj kupic... stal kolo mnie jakis w srednim wieku mezczyzna i: "sorry... I have no idea about mobile... please, help me". Od slowa do slowa umowilismy sie na obiad. Obiad przeistoczyl sie w kilka piw i bardzo przyjemne popoludnio - noc. Potem kilka smsow i kolejne spotkanie. Kolejne spotkanie w nastepne i tak swirujemy od 3 tygodni. Macie tak, ze jak kogos poznacie to od razu wiecie, ze ta osobe bedziecie lubili? Dokladnie. Lubie z nim przebywac i lubie kiedy jest kolo mnie.
Szkola
Poddalam sie. Coraz czesciej widze, ze nauczyciele nie przykladaja sie do zajec i najnormalniej w swiecie nie wiedza co maja z nami zrobic, przyklad: zajecia z mowienia - nauczycielka napisala kilka prawie tej samej tresci pytan w stylu: "co bys zrobil gdyby..." i na tym skonczyla sie jej praca. Nie uczestniczyla w naszych rozmowach. Nie poprawiala bledow. Zajela sie soba i tak bylo na kolejnych i kolejnych zajeciach. Na moja niekorzysc 4 krotnie zmienialam grupe i poznalam wieksza czesc nauczycieli. Jestem w stanie stwierdzic, ze jedynie 3 chce sie nas uczyc.
W szkole mamy jeden dzien przeznaczony na roznego rodzaju aktywnosci np. mozemy ogladac film, poduczyc sie gramatyki, miec kolejne zajecia z mowienia badz mozemy poprosic kogos o pomoc w szukaniu pracy. Czasem szkola organizuje wycieczki. Teoretycznie powinny byc tansze, bo sa dofinansowywane. Tylko czemu nadal sa piorunsko drogie? Szkola zorganizowana BBQ na pobliskiej wyspie. Wycieczka kosztowala 20$. BBQ trwalo 3 godziny i nie poradzono sobie z organizacja. Na pobliska wyspe trzeba bylo doplynac statkiem. Wszystkich to przeroslo. Oczywiscie, dojazd do portu mial byc we wlasnym zakresie.
Przyznam, ze w tym momencie to szkola bardziej mi przeszkadza niz pomaga. Wiecej sie ucze 15 minut rozmawiajac z kimkolwiek niz podczas calego dnia spedzonego w szkole na zajeciach. Niestety jest ona warunkiem otrzymania wizy wiec musze siedziec dzielnie na zajeciach i pilnowac frekwencji.
Dalej odkrywam ten kraj i sposób życia.
Po kolei:
Mieszkanie
Po około półtora miesiąca mieszkania z Kolumbijczykami wiem, ze wię
cej tego bledu nie popelnie. Fakt, pomogli mi w potrzebie. W jednej chwili stalam sie bezdomna. Uratowali mnie. Mialam gdzie spac i wydawalo mi sie, ze za male pieniadze. Na tym niestety bym skonczyla poniewaz:
- ciagle opowiadaja jacy sa czysci i schludni, ale prawda jest taka, ze sa leniwymi, obrzydliwymi brudasami. Nie bede wdawala sie w szczegoly, bo nie na to miejsce.
- mieszkam z parka i z Sebastianem. Przed przyjazdem tutaj sie nie znali. To co ich laczy to kraj i tym samym jezyk. Prawie ze soba nie rozmawiaja. Parokrotnie bylam lacznikiem informacji - nie lubie pelnic tej roli. Skoro ze soba nie rozmawiaja to i ze mna. Przychodze do domu i slysze trzasniecie drzwiami - znowu Marii cos nie pasuje. Tylko co tym razem? To, ze jestem? To, ze slonce mocniej swieci niz zwykle? Nie mam pojecia, bo slysze jedynie hiszpanski, ktorego nie znam.
- w momencie kiedy kupie sobie np. piwo to czekaja az ich poczestuje. Nauczylam sie juz tego nie robic, bo oni nigdy mnie nie poczestowali. Czasami sa w tym az bezczelni. Pracowalam w restauracji i standardem jest to, ze dostawalam jedzenie. Pracowalam za bardzo male pieniadze i dosc ciezko. Po swojej zmianie zawsze bylam glodna. Przyszlam do domu, usiadlam, otworzylam swoj maly pakunek z obiadem. Natychmiast parka sie pojawila. W milczeniu przygladali sie jak jadlam liczac, ze sie podziele. Nauczylam sie tego nie robic. W momencie kiedy skonczylam, pod nosem cos skomentowali i wrocili do swojego pokoju. Czasami sie ciesze, ze nie rozumiem, bo chyba niczego przyjemnego bym nie uslyszala.
- mialo byc tanio, ale wcale tak nie jest. Place 100$ za lozko. Nie mam swojego pokoju, nie mam internetu. Kwota jest bez rachunku za prad. Za srednio 150$ mam wlasny pokoj, net wliczony w cene i zadne dodatkowe oplaty mnie nie interesuja.
Zaczelam szukac innego mieszkania. Zle sie czuje u siebie a i tez wiem, ze gdybym mieszkala z Australijczykami lepiej byloby dla mojego angielskiego.
Myslalam, ze znalazlam perelke w Miami. Niestety, ale dwoch przystojnych nauczycieli angielskiego zamienilo sie w jednego nauczyciela i starsza, wybitnie wscibska pania po 60stce. Nie zdecydowalam sie na to lokum. Mieszkanko samo przyszlo do mnie. Stworzylam ogloszenie w stylu: "mloda, sympatyczna szuka..." i sie odezwali.
Mloda Australijska parka szuka kogos do pokoju za cene 150$. Cena obejmuje wszystko. Pojechalam. Rzecz jasna sie zgubilam wiec trzeba bylo po mnie przyjechac. Patrze kto prowadzi samochod - mila, wiecznie usmiechnieta dziewczyna. Super! Juz ja lubie! Okazalo sie, ze znaja sporo Polakow w okolicach mojego wieku. Rewelacja! To kiedy moge sie wprowadzic? Tak sie skonczylo, ze chcieli bym znacznie wczesniej sie przeniosla niz jestem w stanie. Poczekaja na mnie! Jak ich nie lubic?!
Sprawa z mieszkaniem prawie sie wyjasnila. W momencie kiedy podjelam ostateczna decyzje, ze chce sie przeniesc to dzien pozniej Maria sama mnie o to zapytala. Jak jej odpowiedzialam, ze ma prawie miesiac czasu na znalezienie nowego lokatora to dziewczyna wpadla w szal. Zaczela wszystkim rzucac, trzaskac wszystkimi drzwiczkami jakie zobaczyla i po ucieczce do swojego pokoju wrzeszczala na swojego chlopaka. Co ja jej zrobilam? Tego do tej pory nie wiem. Utwierdzilam sie w przekonaniu, ze bardzo dobrze zrobilam podejmujac ta decyzje.
Samym mieszkaniem i praca czlowiek nie zyje.
Fajnie by bylo z kims pojsc na piwo i normalnie porozmawiac.
Najlatwiej ze wspollokatorami. No, ale patrzac na moich to niestety nie moge na to liczyc. To moze z ludzmi ze szkoly? 4 razy zmienialam grupy i nie pomoglo mi to w zaprzyjaznieniu sie. Jestesmy na "czesc, co slychac?". Pare razy zaprosili na BBQ, ale niestety terminy mi totalnie nie pasowaly wiec sila rzeczy przestali zapraszac. Nie mam im za zle. Nie moge o nich nic zlego powiedziec. Jedynie to, ze na zajeciach ciagle slysze hiszpanski - co jest generalnie zabronione, ale nauczyciele sprawe totalnie ignoruja. O szkole bedzie nieco pozniej.
![]() |
| Przy takim widoku czasami się budzę :) |
Szkola
Poddalam sie. Coraz czesciej widze, ze nauczyciele nie przykladaja sie do zajec i najnormalniej w swiecie nie wiedza co maja z nami zrobic, przyklad: zajecia z mowienia - nauczycielka napisala kilka prawie tej samej tresci pytan w stylu: "co bys zrobil gdyby..." i na tym skonczyla sie jej praca. Nie uczestniczyla w naszych rozmowach. Nie poprawiala bledow. Zajela sie soba i tak bylo na kolejnych i kolejnych zajeciach. Na moja niekorzysc 4 krotnie zmienialam grupe i poznalam wieksza czesc nauczycieli. Jestem w stanie stwierdzic, ze jedynie 3 chce sie nas uczyc.
W szkole mamy jeden dzien przeznaczony na roznego rodzaju aktywnosci np. mozemy ogladac film, poduczyc sie gramatyki, miec kolejne zajecia z mowienia badz mozemy poprosic kogos o pomoc w szukaniu pracy. Czasem szkola organizuje wycieczki. Teoretycznie powinny byc tansze, bo sa dofinansowywane. Tylko czemu nadal sa piorunsko drogie? Szkola zorganizowana BBQ na pobliskiej wyspie. Wycieczka kosztowala 20$. BBQ trwalo 3 godziny i nie poradzono sobie z organizacja. Na pobliska wyspe trzeba bylo doplynac statkiem. Wszystkich to przeroslo. Oczywiscie, dojazd do portu mial byc we wlasnym zakresie.
Przyznam, ze w tym momencie to szkola bardziej mi przeszkadza niz pomaga. Wiecej sie ucze 15 minut rozmawiajac z kimkolwiek niz podczas calego dnia spedzonego w szkole na zajeciach. Niestety jest ona warunkiem otrzymania wizy wiec musze siedziec dzielnie na zajeciach i pilnowac frekwencji.
niedziela, 10 listopada 2013
3 miesiące
Po wizycie u agenta emigracyjnego wiem już na czym stoję.
Mam to ułatwienie, że moje wykształcenie jest bardzo elastyczne i mogę pracować
w wielu zawodach. Teraz może zacznie mi to procentować.
W tym momencie mam 3 prace więc wreszcie chyba mogę być
spokojna o pieniądze na życie i na kolejną szkołę, bo muszę sobie tutaj kupić
czas. Nadal wydaje mi się, że pomysł na Community Services Works nie jest
głupi. Może nie skorzystam z wizy dotyczącej listy SOL, ale są też inne. Nadal
będę walczyła, by zostać jak najdłużej się da.
![]() |
| Widok z hotelowego okna |
Od wtorku zacznę kolejną pracę. Jako pokojówka w Hiltonie.
Pierwsze 3 dni niestety nieodpłatne ponieważ będą mnie szkolili. Ogólnie jest
to ciężka praca, ale legalna i za normalne pieniądze – wyższe niż najniższa
krajowa. W ten weekend powiedziałam szefowi w restauracji, że nie mogę
przychodzić w dni powszednie. Mam nadzieję, że nie sprawi to problemu, bo do
momentu kiedy nie będę wiedziała z jaką częstotliwością będę pokojówką nie chce
z niczego rezygnować.
![]() |
| Widok z okna Hiltona |
Dodatkowo codziennie rano sprzątam dom jednej rodziny.
Bardzo lubię tą pracę. Sympatyczni ludzie. Co prawda bałaganiarze, ale są
bardzo w porządku wobec mnie. No, i mam normalne pieniądze.
![]() |
| Ostatni widok z okna |
Jeszcze nie tak jakbym chciała, ale nie mogę zbytnio narzekać, bo ciągle w domu nie siedzę.
Moment na refleksje.
Jest ciężej niż myślałam, ale też nie jest beznadziejnie
(daleko do tego poziomu). Od paru osób usłyszałam, że dobrze sobie radzę i to
nie tylko od dobrych znajomych z Polski, ale również od Australijczyków. Gdybym
miała cofnąć czas i ponownie zadecydować o przyjeździe to nie zmieniłabym
zdania. Miła jest to perspektywa, że na miesięczny czynsz muszę pracować przez
20 godzin (mając gównianą pracę), a nie przez ponad tydzień – z wypłatą
zbliżoną do średniej krajowej.
To co mi przeszkadza najbardziej to nie praca fizyczna,
której nigdy nie miałam. To nie ból rąk, czy nóg. To nie wkurzanie się na
drobnostki – niestety momentami frustracja rośnie i zaczyna wtedy wszystko irytować.
To ciągła dyplomacja – nie mogę nadal nikomu zaufać i czasem jest mi smutno.
Niestety na to potrzebuje czasu. Ciągłe zmienianie przeze mnie grup w szkole
nie pomaga. Dwóm osobom się poskarżyłam: Brazylijce z którą pracuję i poznanemu
Aussie, który zna sporo Polaków i zapozna mnie z nimi. Wersja ‘alone’ jest dla
twardzieli i zawsze się za taką uważałam. No, ale ileż można?
Australijski inny świat: ciąg dalszy
- zostałam zaproszona przez Aussie na urodziny. Sprawdziłam
miejsce: gdzie, co dają do jedzenia, jaki jest klimat, by wiedzieć jak się
powinnam ubrać i wyszykować. Lokal miał w nazwie Bistro. Jedzenie to pizza,
risotto, kilka rodzajów piwa i wódka. Wystrój – mini sala z TV do oglądania
meczy, stoliki połączone z parkietem i osobna sala z samymi stolikami. Na
zdjęciach nie wyglądało na spelunę, ale na 5gwiazdek nie zasługiwało. Muzyka -
jakiś DJ czasem coś na żywo. Jak dla mnie brzmiało bardzo przyjemnie i na
luzie. Ubrałam jeansy i marynarkę. Weszłam do środka i… czemu wieczorowo?
Przecież to bistro! Wieczorowo to może za mocne słowo. Młode dziewczyny:
koronkowa, obcisła sukienka i im krótsza tym lepsza. Do tego bardzo wysokie
obcasy. Przyznam, że pomimo ładnej sylwetki opisywanych niewiast to nie
wyglądało za ładnie. Wyglądało łatwo. Hmm… może taki był zamiar? Na szczęście osobę,
która mnie zaprosiła w ogóle nie zdziwił mój ubiór. Mam nadzieję, że jak
ponownie ubiorę jeansy na BBQ do innych Aussie to będzie odpowiedni strój.
- poruszyłam dwukrotnie temat łatwobralności. Z młodszym
pokoleniem jest masę problemów. Prawo zostało tak zmienione, że rodzic nie może
praktycznie w żaden sposób ukarać swoją pociechę, bo ta „uprzejmie doniesie”,
że dzieje się jej krzywda. Niestety opisywane sytuacje są nadużywane, a młodzi
czują się bezkarni i mają świadomość, że mogą sobie na wieeeele pozwolić.
Rozmawiałam na ten temat z kilkoma osobami po 30stce i każda mi mówi to samo –
nie jest dobrze. Niebawem rozpoczną się wakacje i moja dzielnica uchodzi za
najbardziej rozrywkową. Masa studentów z całego stanu zjedzie się tutaj, by się
pobawić. Niestety już zauważyłam, że nie znają swoich możliwości alkoholowych i
są najnormalniej w świecie – głupi.
- jest pierwsza połowa listopada, a w parku widzę przybraną
choinkę!!! Co jest?! O co chodzi?! W sumie to jestem ciekawa jak będzie
wyglądał Św. Mikołaj na desce surfingowej.
- mają całoroczne sklepy z wszelakimi ozdobami świątecznymi.
Powtórzę: CAŁOROCZNE!
- będąc jeszcze w Polsce czytałam w wielu miejscach, że jest
tu mniejszy wybór produktów. Na nieszczęście to prawda. Przykład, pasta do
zębów: Colgate Total – kilka rodzajów, coś no-namowe, Sensodyne i tu się kończy
wybór. Środki przeciwbólowe: Nurofen, Panadol i marki sieci aptek, odpowiednik
naszego np. Rossmanna i ich produkty. Siła tych tabletek… nawet dla mnie są za
słabe, a momentami przy Ibupromie max nieco trzęsły mi się ręce.
niedziela, 3 listopada 2013
Druga lista
Druga moja lista uległa lekkiej transformacji. Mianowicie
nie przeprowadzę się do Brisbane. Rozpocznę tam szkołę, ale nie będę się
przenosiła do innego miasta. Nieco się obawiam. W Gold Coast jest ciężko o
stabilizację i raczej w Brisbane nie będzie inaczej. Jeśli miałabym wszystko
zacząć od nowa to popłakałabym się. Spojrzałam na możliwości dojazdu i
pociągiem będę dojeżdżała przez ok. 30 minut. Finansowo źle to też nie wygląda.
Miasta nie zmienię, ale zmienię mieszkanie. Teraz pokój
dzielę z Sebastianem. Złego słowa o nim nie jestem w stanie powiedzieć, ale nie
mam swojej własnej przestrzeni. Jestem trochę za stara na to, by bawić się w
dzielenie pokoju z obcym chłopakiem. Tęskno mi też za normalnym dostępem do
Internetu. I przyznam, że brakuje mi i australijskiego akcentu. Postanowiłam –
jutro piszę ogłoszenie treści: „miła, sympatyczna studentka z Polski szuka
cichego kącika” i w połowie grudnia się przeprowadzam. Tak będzie też najbezpieczniej
z innego powodu. Kolumbijczycy nie mogą się zdecydować czy chcą zostać czy wolą
wrócić do kraju.
Australia jest cudownym krajem, ale życie międzynarodowego
studenta nieco się różni od funkcjonowania normalnych obywateli. Jesteśmy tanią
siłą roboczą i czasami nam nie płacą za pracę. A wykonywane zawody są …
pozostawię bez komentarza, bo nadal mam napuchniętego palca. Cały czas sobie
powtarzam, że to jest stan przejściowy i niebawem minie. Musi.
Na razie muszę się skupić na zmianie pracy bądź znalezieniu
dodatkowego źródełka dolarów. Jeszcze mi ciut brakuje do odkładania pełnego
czesnego i ponownie szefostwo w terminie nie wypłaciło mi tygodniówki.
Później dwa dni postaram się poświęcić na wolontariat.
Dobrze to będzie wyglądało, jak w resume pojawi się nieodpłatna praktyka w moim
zawodzie.
I przy dobrej organizacji nadal będę miała czas na trening.
Lekka zmiana nastała. Była konieczna.
A teraz siedzę sobie w jadalni i popijam piwko słuchając
Bowiego – chwila relaksu, mini coś dla siebie. Nie potrafię żyć tylko
odkładając i myśląc co będzie pojutrze. Czasem muszę sobie coś dla siebie
zrobić.
Ciekawe co będzie
dalej.
czwartek, 31 października 2013
3 listy
W głowie mam 3 listy: zakupów, planów i wkurwa. Powoli, z
dnia na dzień wszystkie 3 realizuje. Nad zakupami rozwodzić się nie będę. Plany
już mocno ukształtowały się w głowie i powoli prę do przodu. Wkurwa? Jedno
rozpracuje. Pojawia się kolejne. Już wydaje mi się, że jest dobrze to niestety
cofam się o krok. Jest tu wiele rzeczy innych i w pewnym momencie zaczynają
irytować:
Autobusy, bo ciągle się spóźniają i jeżdżą 2 na godzinę – mam rower w
przyszłym tygodniu już mi się kwotowo zwróci. Policzyłam ile kilometrów dziennie przejeżdżam i około 25 więc chyba przyszła pora na naprawienie rozregulowanych przerzutek. Dzisiaj na Hwy łańcuch mi spadł w trakcie ich zmiany i się zdziwiłam. Ale... ale... Polka wszystko potrafi - łańcuch w try miga założyłam i dalej śmigałam.
Szefowa o której się rozwodziłam
– nastąpiła nieoczekiwana zmiana. Nagle stała się miła, pochwaliła moją pracę, wypłaciła zaległe pieniądze. Coś
niesamowitego. Między czasie rzecz jasna ciągle szukam czegoś innego, bo
pieniądze mam bardzo skromne.
Zajęłam sobie poranki przed szkołą - sprzątam codziennie w jednym domu i bardzo lubię tą pracę. Miło, grzecznie, spokojnie, praca lekka i mam styczność z Australijczykami.
Współlokatorzy – jesteśmy z innych kontynentów i
niektóre zachowania z trudem akceptuje. Wszystko znosiłam do momentu kiedy
jedzenie samoistnie zaczęło mi znikać i zaczęłam mieć limitowany dostęp do prądu. W momencie zmiany mieszkania muszę się skupić, by przebywać jak najwięcej z Australijczykami.
W Polsce teoretycznie skończyłam poziom B2, czyli byłam na poziomie zaawansowanym. Przyznam, że to było zbyt wysoko dla mnie i nie radziłam sobie. W momencie kiedy podjęłam decyzję o wyjeździe prawie codziennie chodziłam na zajęcia i zbyt szybkie tempo sobie narzuciłam. Teraz, na reszcie, jestem na poziomie B1+. Poziom ten pozwala mi już na podjęcie nauki w szkole zawodowej, czyli już nie powinnam mieć potężnych językowych problemów. Tylko czy to jest poziom płynny? Stanowczo nie. Czy mogę prowadzić normalną rozmowę o życiu codziennym - tak.
Przyjechałam z poziomem brzdąkającym. Pisanie nie sprawiało mi problemów, rozumienie nauczycieli również. Nie radziłam sobie z mówieniem.
Szkołę rozpoczęłam 9 września i muszę przyznać, że jak na półtora miesiąca to jestem zadowolona ze swojego języka. Liczę na szybki progres, bo go potrzebuje.
W Polsce teoretycznie skończyłam poziom B2, czyli byłam na poziomie zaawansowanym. Przyznam, że to było zbyt wysoko dla mnie i nie radziłam sobie. W momencie kiedy podjęłam decyzję o wyjeździe prawie codziennie chodziłam na zajęcia i zbyt szybkie tempo sobie narzuciłam. Teraz, na reszcie, jestem na poziomie B1+. Poziom ten pozwala mi już na podjęcie nauki w szkole zawodowej, czyli już nie powinnam mieć potężnych językowych problemów. Tylko czy to jest poziom płynny? Stanowczo nie. Czy mogę prowadzić normalną rozmowę o życiu codziennym - tak.
Przyjechałam z poziomem brzdąkającym. Pisanie nie sprawiało mi problemów, rozumienie nauczycieli również. Nie radziłam sobie z mówieniem.
Szkołę rozpoczęłam 9 września i muszę przyznać, że jak na półtora miesiąca to jestem zadowolona ze swojego języka. Liczę na szybki progres, bo go potrzebuje.
Jakie są kobiety? :)
No, właśnie - jakie? Nie jest to wcale łatwy temat do opisu.
Generalizując jeśli spojrzy się na płeć męską to się zobaczy:
- Hiszpanów i Portugalczyków – dwudniowy zarost, przenikliwe
spojrzenie, zazwyczaj szczupli. Tylko brakuje plaży i butelki wina.
- Kolumbijczyków – nie wiem dlaczego, ale kojarzą mi się z
misiami Haribo. Bardzo często przygrubawi ze szczerym, ładnym uśmiechem.
Skośnoocy – średnio podobają mi się panowie więc przyznam,
że nie zwracam zbytniej uwagi na to jak wyglądają. Raz w bibliotece widziałam
koksa w wydaniu azjatyckim. Nie mogłam oczu oderwać, bo strasznie mocno zbite
mięśnie mi do niego nie pasowały – Johny Bravo w wersji Manga. Duża klata, duży
biceps, małe i chude nóżki i półtora metra wzrostu – nieeee.
- Australijczyków – jest na kim oko powiesić. Nie będę tego
ukrywała. To jest mój typ faceta. Tylko z jednym znajomym rozmawiałam na temat
ich zachowań i mentalnie są rozpuszczonymi dziećmi.
A kobiety?
Usiadłam na przystanku i zaczęłam patrzeć. To na lewą stronę,
to na prawą i doszłam do jednego wniosku, że z facetami jest łatwiej.
Jeśli Australijka chce ładnie wyglądać to ubierze się jak
Madonna w młodości np. biała, bardzo krótka, obcisła sukienka, nieco za mała.
Coś złotego w dodatkach. Make up to krwisto czerwone usta. Tylko szczerby mi
między zębami brakuje. Innym razem widziałam zbliżony ubiór tylko kolor
sukienki się zmienił. Będąc w centrum handlowym spojrzałam na ubrania. Niestety
nie mają nic innego. Jest to powrót do kiczowatych lat 80tych bądź wersja na
Beverly Hills: przykrótka i szeroka odkrywająca pępek koszulka, szorty,
czapeczka. Jestem w 100% heteroseksualna, ale raz się obejrzałam za takimi
bliźniaczkami. Długie blond włosy, niebieskie oczy, ładna buźka. Miło było
popatrzeć, co też uskutecznili przyglądający się robotnicy - Gold Coast jest
całe rozkopane i wszędzie są pracujący robotnicy. Jest też wersja stricte
sportowa, czyli szorty i zwykły t-shirt. Hmm… ładnemu we wszystkim ładnie. Po
co być nieudaną wersją Madonny?
Kolumbijki – w moim przekonaniu są skrajności: albo bardzo
ładne, albo brzydkie. Bardzo mało jest dziewczyn średnich. Co jest ciekawe są
niższe od przeciętnej Polki średnio o głowę, półtora. Jak się ubierają? I to
jest zabawne. Jak poszłam na party i zobaczyłam Kolumbijki to czułam się jakbym
grała w telenowelach na których się wychowywałam. Długie spódnice z jakimiś
rozcięciami odkrywającymi bardzo mocno udo, obcisła koszula oraz szpilki w
mocnym kolorze. Bądź opcja na luzie, czyli jeansy i zwykła koszulka.
Pozostałe Latynoski – normalne dziewczyny jakich jest sporo
w Polsce. Zazwyczaj mają długie włosy i są po prostu ładne.
Skośnookie – przepraszam, ale nadal nie rozróżniam Japonek
od Koreanek i itd. Dla mnie to są po prostu skośnookie dziewczyny. Raz jedyny spotkałam
krótkowłosą Japonkę (ha! Rozmawiałam z nią i jest z Japońskiej prowincji).
Pozostałe mają długie włosy. Czasem przefarbowane na brąz i muszę przyznać, że
bardzo ładnie to wygląda. A ubiór? Nie wyróżniają się jakoś z tłumu i jeśli
lubi się ten typ urody to jest tu sporo Pań.
A jak przy tym wszystkim wygląda przeciętna Polka (skromnie
o sobie) – dobrze.
niedziela, 27 października 2013
To co lubię w Australii
AUSTRALIĘ!
i co tu dużo więcej pisać :)
- facetów, bo są przystojni (to studenci są zbyt szybcy)
- widok z okna na ocean
- poranne bieganie blisko plaży
- pomocnych robotników i kierowców autobusów
- regularne ściganie się z pawiem w parku
- nawet atakowanie mnie przez małe ptaki jest spoko
- wódka jest tu znacznie bardziej opłacalna od piwa tzn. jedno małe piwo kosztuje 3 - 4 $ w sklepie, a wódka ok kilkanaście $
KLIMAT!!!
Jak wreszcie ustabilizuje mi się sprawa z pracą to kupię aparat fotograficzny i wreszcie dołączę jakieś fotki.
i co tu dużo więcej pisać :)
- facetów, bo są przystojni (to studenci są zbyt szybcy)
- widok z okna na ocean
- poranne bieganie blisko plaży
- pomocnych robotników i kierowców autobusów
- regularne ściganie się z pawiem w parku
- nawet atakowanie mnie przez małe ptaki jest spoko
- wódka jest tu znacznie bardziej opłacalna od piwa tzn. jedno małe piwo kosztuje 3 - 4 $ w sklepie, a wódka ok kilkanaście $
KLIMAT!!!
Jak wreszcie ustabilizuje mi się sprawa z pracą to kupię aparat fotograficzny i wreszcie dołączę jakieś fotki.
Trochę ponarzekać wypadałoby
To czego nie lubię w Australii
- nie mają dzwonków w drzwiach. Stoisz jak pajac przed domem
i los prosisz, by ktoś pamiętał, że powinieneś się pojawić.
- nie mają małych, przytulnych knajpek, gdzie można sobie w
zaciszu mniejszym lub większym posiedzieć i poplotkować. Uwielbiają Fast foody
więc są tutaj wszędzie masówki i sieciówki. A jeśli zobaczysz coś co nie będzie
McDonaldem, Hungry Jackiem to będzie na maksymalnie zapchane ludźmi.
- Australia jest krajem nieco nacjonalistycznym i wyżej
wspomniany McDonald zatrudnia jedynie Australijczyków. W momencie szukania
pracy wielokrotnie wypełniałam kwestionariusze z pytaniami, czy jestem
Aborygenem, proszono mnie o numer i serię paszportu celem sprawdzenia pobytu.
Momentami natychmiast moja aplikacja z normalnej zmieniała się na: „External” i
dzień później otrzymywałam maila z podziękowaniami za stracony mój czas.
Przy każdym kupionym ogórku, pomidorze pojawi się informacja, że produkt pochodzi z Australii.
Mają multum kampanii społecznych zwiększających poziom uwielbienia tego kraju. Ciekawa jestem ile z tego jest prawdą?
- myślałam, że niektóre polskie reklamy telewizyjne są głupie. Zmieniłam zdanie w momencie kiedy włączyłam telewizor. I ponownie przy każdej reklamie sklepu mocne podkreślenie, że jest to Australijski sklep.
Mają multum kampanii społecznych zwiększających poziom uwielbienia tego kraju. Ciekawa jestem ile z tego jest prawdą?
- myślałam, że niektóre polskie reklamy telewizyjne są głupie. Zmieniłam zdanie w momencie kiedy włączyłam telewizor. I ponownie przy każdej reklamie sklepu mocne podkreślenie, że jest to Australijski sklep.
- faceci są niesamowicie szybcy. Wczoraj kolejna sytuacja:
„hej, mówisz po angielsku?” „spójrz mam mięśnie” „daj mi swój telefon” –
dosłownie. Ja rozumiem, że czasu nie tracą, ale przynajmniej mogliby zapytać
się o imię. Jest to przyjemne jak usłyszysz pierwsze 3 razy.
Później zaczynasz się zastanawiać: „Czy mam na twarzy napisane ‘jestem łatwa’?”
- nie potrafią pić, w ten weekend jak co roku był zorganizowany
wyścig samochodowy. Strasznie fajna impreza, ale niestety stosunkowo droga –
jeden dzień 70$. Dla przeciętnego Australijczyka nie są to duże pieniądze, ale
dla międzynarodowego studenta nierealne. Za szybko impreza się skończyła i
niestety za szybko ludzie zaczęli pić. Hmm… jeszcze nigdy nie widziałam tak
obrzyganego chodnika. Choć reakcja publiki była niesamowita. Śmiałam się prawie
do łez. Jeden taki z drugim bardzo za dużo wypili i zaczęli się bić, a że
ciężko im było utrzymać pion to wyglądało jakby tańczyli. Około 20 osób na
balkonach im dopingowało. Potem rzecz jasna rozdzielono ich, by sobie krzywdy
nie zrobili. Na nieszczęście jednego alkohol zaczął działać ze spóźnionym
zapłonem. Takich przewrotów na chodniku to ja już dawno nie widziałam. Czasami
udawało mu się wstać na chwilę i słychać było 20 klaszczących osób. O upadł –
20 osób krzyczało: „oooooo”.
Był to jedyny dzień w którym od Kolumbijczyków usłyszałam,
że na pewno nigdzie nie wyjdą, bo nie chcący może im się oberwać. Hmm… w ich
kraju jest mniej bezpiecznie niż w Polsce.
- policja zainteresuje się delikwentem, który przejdzie przez skrawek trawnika wieczorową porą, ale nie zwróci uwagi na bijących się strasznie pijanych łepków.
- policja zainteresuje się delikwentem, który przejdzie przez skrawek trawnika wieczorową porą, ale nie zwróci uwagi na bijących się strasznie pijanych łepków.
Kolejne lekcje odrobione
Jedno muszę przyznać. Życie tutaj wiele uczy.
Kreatywności – chociażby przy zmyślaniu w resume. Ostatnio
podczas zajęć słyszałam jak nauczycielka pomagała studentowi w wykreowaniu jego
nowego Ja. Wprost kobieta powiedziała: „człowieku kłam, inaczej tutaj sobie nie
poradzisz”. Jak byłam na rozmowie o pracę w hotelu (w ten czwartek i przy
dobrych wiatrach będę miała pracę) dziwnym trafem wszyscy mieli roczne
doświadczenie.
Elastyczności – przed szkołą sprzątałam dom starszej pani,
po szkole praca w restauracji, a w między czasie biblioteka, by skorzystać z
Internetu. Da się? Pewnie, że tak!
Też jest inny rodzaj elastyczności mocno powiązany z
zaradnością. W jednej chwili wydaje Ci się, że masz już wszystko ustabilizowane
i uporządkowane, ale poczekaj 15 minut i wszystko legnie w gruzach i zrobisz
lekki krok do tyłu. Powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać. Co 2 miesiące
przeprowadzka i ciągła zmiana pracy. Wiem jedno, idę w dobrym kierunku.
Schowania własnej dumy – i to boli, ale trzeba zęby
zacisnąć. Skończyłam kilka szkół, powoli pięłam się jakoś do przodu, do coraz
lepszej pracy za coraz większe pieniądze. Teraz walczę, by zostać pokojówką.
Bycia zawsze uprzejmym – to wraca i widzę takie sytuacje
niesamowicie często. Uśmiechnę się do robotnika pracującego na ulicy to
grzecznie zatrzyma przejeżdżające samochody, bym spokojnie mogła przejechać
tudzież przejść. Jest to niesamowicie fajne hehe i przyznam, że bardzo często
to wykorzystuje hehe
Zaradności – wydaje mi się, że tą lekcję mam już opanowaną
do perfekcji. Patrząc na to, że jestem tutaj sama to dobrze sobie radzę.
Podejmuje najczęściej odpowiednie decyzje i cały czas powoli, powoli prę do
przodu. Tak być powinno.
Przyznam, że czasami mam ochotę usiąść i się rozpłakać.
Czasami jest mi ciężko, bo praca daje w kość. Dzisiaj spojrzałam na ręce to mi
palec napuchł, odciski dwa się pojawiły, na każdym palcu skóra zdarta. Nie
jestem stworzona do pracy fizycznej. Teraz muszę się do niej przyzwyczaić.
Czasami mam ochotę stanąć i tupnąć nogą jak mała dziewczynka, bo nie mam do
kogo buzi po polsku otworzyć, a angielski jeszcze sprawia problemy. Wiem, że to
wszystko to są chwilowe sytuacje i wszystko minie z czasem, ale momentami mam
dość. Najbardziej brakuje mi tutaj tej jednej osoby, której mogłabym zaufać.
Cały czas muszę być dyplomatyczna. Ileż można?
środa, 23 października 2013
Przysłowiowy wkurw cz. II
Czemu miałoby być inaczej. He he
Czasem jest mi tutaj ciężko, bo nie mam nikogo komu mogłabym zaufać. Nie słyszę tutaj polskiego, hiszpańskiego nie znam. Do szkoły dzielnie chodzę. Choć ostatnio pojawiły się przeboje. Ciekawe co mnie będzie czekało jak oznajmię, że rezygnuje z kursu i się przeprowadzam. Chodzę do pracy w której nie jest za przyjemnie. Mam nieco dość. Coś muszę zmienić, bo dłużej tak być nie może.
Szkoła
Podjęłam decyzję i przenoszę się do Brisbane. Rozmawiałam z dyrektorem na ten temat i stwierdził, że to jest bardzo dobry pomysł.
3 lutego 2014 rozpoczynam kurs "Certificate III in Community Services Work".
W Polsce skończyłam resocjalizację i teoretycznie mogę pracować jako Social Worker, ale nie zawsze moje wykształcenie będzie tutaj honorowane więc zrobię dodatkowo półroczny kurs. Zawód ten widnieje na liście SOL więc będzie mi łatwiej się tutaj osiedlić.
Kurs General English skończę najprawdopodobniej w połowie grudnia. Będę miała ciut wyższy poziom niż minimum, którego oczekują w nowej szkole.
Tylko teraz muszę się mocno spiąć i poszukać jeszcze dodatkowego zajęcia i dużo mówić po angielsku.
Praca
Wszystko się posypało.
Teoretycznie miałam jedynie nakładać sałatki dlatego miałam zapamiętać jedynie 5 potraw. Czasem powinnam pokroić warzywa, które się skończyły. To wszystko. Tylko tym powinnam się na wstępie zająć. A z biegiem czasu mieli mnie uczyć przyrządzać od a do z meksykańskie potrawy.
Praktyka okazała się nieco inna: myłam podłogi, ustawiałam stoliki i je czyściłam, kroiłam wszystko, momentami na wpół zamarznięte mięso (coś mi się w palcem stało i przez kilka dni nie miałam w nim czucia), myłam stosy naczyń, obsługiwałam klientów, odpowiadałam za kasę. Jednym słowem robiłam wszystko.
Dość często słyszałam, że powinnam się cieszyć, że mam pracę, bo jest o nią bardzo ciężko, a oni dali mi szanse i mnie uczą wszystkiego. Tylko przy każdej okoliczności, przy każdej czynności słyszałam, że coś robię źle. Nie miało to znaczenia co robię. I tak na przykład:
Jesteśmy w dwójkę (ja i mój szef) na zapleczu i coś kroimy. Ja pomidory, on jakieś mięso. Skroiłam połowę pudła. Stoi obok mnie i siłą rzeczy widzi co robię. Słyszę komentarz jak już zbliżałam się do końca krojenia: "Wiesz, że te kawałki są za duże?" To czemu do diaska nie mógł mi tego powiedzieć znacznie wcześniej?
Skończyła się sałata. Poszłam do lodówki i skroiłam dwie główki. Później poszłam pozmywać naczynia. Słyszę za plecami: "ona nawet się nie zapytała. Mogła przecież zapytać. Wszystko robi źle. Wszystko powoli. Wszystko"
Tylko skoro powoli to czemu mi pot z brody spływał?
W tym wypadku nawet nie wiem co źle zrobiłam. Nie mam pojęcia. Nie miałam przy czym narozrabiać. Myłam tą dość dużą górę naczyń w tłustej wodzie, do czego się już przyzwyczaiłam. Jest taki standard, że jeden zlew pełny wody na jedną zmianę, a to że myjesz tłuste rzeczy nie ma znaczenia. Wyobraź sobie, że teraz starasz się umyć kilka, tłustych garów do których labrador by się zmieścił. Dajesz radę? Mi to nieco czasu zajęło. Rzecz jasna usłyszałam, że wszystko powoli robię.
Inna ciekawa praktyka: kroję sałatę. Między czasie moja szefowa podchodziła i komentowała: "good, good". Skończyłam, wlewam wodę, by utrzymać jej świeżość i słyszę: "wiesz, że za grubo ją pokroiłaś?". No to jak ma być? Przed momentem słyszałam "good, good", a jednak "no good"
Pracowałam tam przez półtora tygodnia i ciągle coś innego słyszałam:
- Ewelina jak przygotujesz bar sałatkowy to powinnaś pozmywać naczynia.
Co też tak zrobiłam następnego dnia.
Słyszę: "Ewelina, czemu teraz myjesz naczynia? To nie jest też najistotniejsze. Idź pokrój pomidory"
Poszłam. Na następny dzień po raz kolejny zmieniłam kolejność wykonywanych czynności. Słyszę: "Czemu nie myjesz naczyń? Zawsze je powinnaś na bieżąco myć" Przepraszam, ale czegoś nie rozumiem.
Obsługa Klienta:
"Ewelina, czemu Ty masz problemy z mówieniem? To jest obsługa klienta. Powinnaś zagadywać klientów" - i tu mi ręce opadły. Ja się uczę angielskiego tutaj. Jest różnica pomiędzy językiem ulicy, a językiem, którego się używa w momencie kiedy się rozmawia z obcokrajowcem. Raz z klientem bardzo przyjemnie rozmawialiśmy o Warszawie. Chyba to też się nie spodobało. Dzień później w ogóle nie byłam dopuszczona do kuchni. A przecież mieli mnie uczyć gotować, bym mogła dostać większą kasę i umowę.
Nie jest dobrze. Jest źle.
Czasem jest mi tutaj ciężko, bo nie mam nikogo komu mogłabym zaufać. Nie słyszę tutaj polskiego, hiszpańskiego nie znam. Do szkoły dzielnie chodzę. Choć ostatnio pojawiły się przeboje. Ciekawe co mnie będzie czekało jak oznajmię, że rezygnuje z kursu i się przeprowadzam. Chodzę do pracy w której nie jest za przyjemnie. Mam nieco dość. Coś muszę zmienić, bo dłużej tak być nie może.
Szkoła
Podjęłam decyzję i przenoszę się do Brisbane. Rozmawiałam z dyrektorem na ten temat i stwierdził, że to jest bardzo dobry pomysł.
3 lutego 2014 rozpoczynam kurs "Certificate III in Community Services Work".
W Polsce skończyłam resocjalizację i teoretycznie mogę pracować jako Social Worker, ale nie zawsze moje wykształcenie będzie tutaj honorowane więc zrobię dodatkowo półroczny kurs. Zawód ten widnieje na liście SOL więc będzie mi łatwiej się tutaj osiedlić.
Kurs General English skończę najprawdopodobniej w połowie grudnia. Będę miała ciut wyższy poziom niż minimum, którego oczekują w nowej szkole.
Tylko teraz muszę się mocno spiąć i poszukać jeszcze dodatkowego zajęcia i dużo mówić po angielsku.
Praca
Wszystko się posypało.
Teoretycznie miałam jedynie nakładać sałatki dlatego miałam zapamiętać jedynie 5 potraw. Czasem powinnam pokroić warzywa, które się skończyły. To wszystko. Tylko tym powinnam się na wstępie zająć. A z biegiem czasu mieli mnie uczyć przyrządzać od a do z meksykańskie potrawy.
Praktyka okazała się nieco inna: myłam podłogi, ustawiałam stoliki i je czyściłam, kroiłam wszystko, momentami na wpół zamarznięte mięso (coś mi się w palcem stało i przez kilka dni nie miałam w nim czucia), myłam stosy naczyń, obsługiwałam klientów, odpowiadałam za kasę. Jednym słowem robiłam wszystko.
Dość często słyszałam, że powinnam się cieszyć, że mam pracę, bo jest o nią bardzo ciężko, a oni dali mi szanse i mnie uczą wszystkiego. Tylko przy każdej okoliczności, przy każdej czynności słyszałam, że coś robię źle. Nie miało to znaczenia co robię. I tak na przykład:
Jesteśmy w dwójkę (ja i mój szef) na zapleczu i coś kroimy. Ja pomidory, on jakieś mięso. Skroiłam połowę pudła. Stoi obok mnie i siłą rzeczy widzi co robię. Słyszę komentarz jak już zbliżałam się do końca krojenia: "Wiesz, że te kawałki są za duże?" To czemu do diaska nie mógł mi tego powiedzieć znacznie wcześniej?
Skończyła się sałata. Poszłam do lodówki i skroiłam dwie główki. Później poszłam pozmywać naczynia. Słyszę za plecami: "ona nawet się nie zapytała. Mogła przecież zapytać. Wszystko robi źle. Wszystko powoli. Wszystko"
Tylko skoro powoli to czemu mi pot z brody spływał?
W tym wypadku nawet nie wiem co źle zrobiłam. Nie mam pojęcia. Nie miałam przy czym narozrabiać. Myłam tą dość dużą górę naczyń w tłustej wodzie, do czego się już przyzwyczaiłam. Jest taki standard, że jeden zlew pełny wody na jedną zmianę, a to że myjesz tłuste rzeczy nie ma znaczenia. Wyobraź sobie, że teraz starasz się umyć kilka, tłustych garów do których labrador by się zmieścił. Dajesz radę? Mi to nieco czasu zajęło. Rzecz jasna usłyszałam, że wszystko powoli robię.
Inna ciekawa praktyka: kroję sałatę. Między czasie moja szefowa podchodziła i komentowała: "good, good". Skończyłam, wlewam wodę, by utrzymać jej świeżość i słyszę: "wiesz, że za grubo ją pokroiłaś?". No to jak ma być? Przed momentem słyszałam "good, good", a jednak "no good"
Pracowałam tam przez półtora tygodnia i ciągle coś innego słyszałam:
- Ewelina jak przygotujesz bar sałatkowy to powinnaś pozmywać naczynia.
Co też tak zrobiłam następnego dnia.
Słyszę: "Ewelina, czemu teraz myjesz naczynia? To nie jest też najistotniejsze. Idź pokrój pomidory"
Poszłam. Na następny dzień po raz kolejny zmieniłam kolejność wykonywanych czynności. Słyszę: "Czemu nie myjesz naczyń? Zawsze je powinnaś na bieżąco myć" Przepraszam, ale czegoś nie rozumiem.
Obsługa Klienta:
"Ewelina, czemu Ty masz problemy z mówieniem? To jest obsługa klienta. Powinnaś zagadywać klientów" - i tu mi ręce opadły. Ja się uczę angielskiego tutaj. Jest różnica pomiędzy językiem ulicy, a językiem, którego się używa w momencie kiedy się rozmawia z obcokrajowcem. Raz z klientem bardzo przyjemnie rozmawialiśmy o Warszawie. Chyba to też się nie spodobało. Dzień później w ogóle nie byłam dopuszczona do kuchni. A przecież mieli mnie uczyć gotować, bym mogła dostać większą kasę i umowę.
Nie jest dobrze. Jest źle.
Przysłowiowy wkurw
Nastał ten dzień w którym dostałam przysłowiowego, zdrowego
wkurwa.
Zazwyczaj zmiana poziomu nauczania jest prosta. Zdaje się
egzamin i przechodzi się do innej grupy. Czemu ja tak nie mogłam mieć?
Środa
Rozmawiałam z nowym nauczycielem na temat zmiany, bo się
nudzę. Nauczycielka sama stwierdziła, że jej grupa nie jest odpowiednim dla
mnie miejscem, bo za dobrze sobie radzę i powinnam pójść wyżej. Wyjaśniła mi
całą ścieżkę zdrowia, tj. miałam jak najszybciej zdać egzamin i zmienić klasy.
Banał!
Wycieczka do dyrektora. Wyjaśniam, że chce zmienić grupy, bo
na razie jest dla mnie za prosto i nie mam jakiegokolwiek rozwoju. Rozmowa
ograniczała się do pytania: „Why?”. To pytanie słyszałam bez względu na treść wypowiadanych
przeze mnie słów. Nic dziwnego, że zaczęłam się wkurzać, bo ktoś starał się ze
mnie zrobić idiotkę. Niestety za duże pieniądze. Jakimś cudem uzgodniliśmy, że
w poniedziałek i we wtorek będę miała egzaminy.
Piątek
Przychodzę do szkoły mam egzamin. Tak znienacka. Zdałam.
Poniedziałek
Egzamin, który jest na znacznie niższym poziomie, ale miałam
go dla funu rozwiązać. Patrzę na to, co obok mojego nazwiska pojawiło się w
notatkach nauczycielki – B2+ Awesome!!! Lepiej niż chciałam. Okazuje się, że test
był dla zabawy, ale wynik już nie. I tak zdałam.
Idę do dyrektora. Tak jak byłam umówiona. Z 2 pracami (jedna
na 1600 wyrazów, druga na 2800 wyrazów). Usłyszałam, że nie ma czasu i mam
przyjść kiedy indziej.
Wtorek
Ponownie na kozetce u dyrektora. Słyszę, że dobrze radzę
sobie z pisemnymi pracami i widzi, że jestem zmotywowana co mu się podoba.
Robię bardzo pierdołowate błędy pt. zapominam o ‘the’ ‘a’ przed rzeczownikami. Słyszę
pytanie: „Kiedy kończysz szkołę?” Grzecznie odpowiadam. Odpowiedź: „To sporo
czasu. Na pewno nie przejdziesz do B2. Być może do B1+ ale wątpię. Najbardziej
odpowiedni jest B1”. Oczy mam jak 5złotówki. „prze Pana, ale ja w normalny
sposób bym przeszła na ten poziom. Bez zdawania dodatkowych egzaminów i pisania
prac. W czym jest problem? Chciałam przejść wyżej, by się wreszcie czegoś
nauczyć”. „To ja się jeszcze zastanowię…” I tak przez kolejne półtora godziny.
Przynajmniej zmienił śpiewkę. Każdy z kim rozmawiam i mu mówię na jakim jestem
poziomie nie wierzy, bo przepaść jest olbrzymia między mną i pozostałymi
uczniami. Co też w dość dosadny sposób powiedziałam: „Mój poziom na którym
jestem obecnie jest pomyłką. Kosztowną, bo General English jest najdroższym
kursem, a chce zmienić niebawem kurs na zawodowy…” Zdziwiłam się słysząc: „ale
to nielogiczne byś ominęła większą część intermadiate”. Co mnie to kurka
obchodzi. Płacę to wymagam. To jest mój czas i moje pieniądze. Dokładniej
mieliśmy porozmawiać dzień później. Wyszłam, by nieco ochłonąć. Głos się łamał,
z niemocy i braku możliwości głośnego, dosadnego przeklnięcia sobie.
Kilkanaście minut później. Ponownie stoję w jego drzwiach. „Tak właściwie to
czemu nie możemy dzisiaj o tym porozmawiać? Czemu muszę codziennie
przychodzić?” Z łaską jestem na B1+. Nie jestem zadowolona o czym powiedziałam
mojemu nauczycielowi i wyjaśniłam, że też jest dla mnie istotny papier, a nie
tylko umiejętność mówienia. Dostałam propozycję dodatkowych nieodpłatnych
zajęć. Bardzo miło. Niesamowicie miło.
Dyrektora rozumiem w 100% - im szybciej mnie wypuści tym
mniejszą będzie miał kasę. Trzyma ile się da. Czy ma to sens czy też nie. Tylko
to są duże pieniądze.
Spojrzałam na kursy zawodowe i najprawdopodobniej będę się
przenosiła do Brisbane. Muszę jeszcze parę rzeczy posprawdzać. I wtedy podejmę
ostateczną decyzję.
Na razie walczę! I się nie poddam! To nie w moim stylu.
niedziela, 20 października 2013
Lekki przełom
Intensywnie myślę o zmianie kursu. Teraz jestem na General
English. Jest to najdroższy kurs w mojej szkole, ale potrzebny. W pierwszy dzień rozpoczęcia nauki miałam
do napisania test sprawdzający mój poziom znajomości języka. Nie poszedł mi on
za dobrze. Trafiłam do preintermediate. W Polsce skończyłam intermediate. Mocny
regres. Każdy level jest zakończony egzaminem. Porównując mój wynik z osobami w
grupie i mając na uwadze fakt, że do szkoły przyszłam pod koniec levelu to
dobrze mi poszedł. Tylko, że mój nauczyciel nie chciał mnie przepuścić dalej.
Stwierdził, że skoro nie byłam na całym cyklu to mogę się jeszcze czegoś
nauczyć. Tak się skończyło, że w trakcie zajęć odpisywałam z komórki na maile i
wiecznie byłam zajęta czymś innym, bo się najnormalniej w świecie nudziłam.
Dopiero jak zmieniłam godziny zajęć to nowy nauczyciel wreszcie się ze mną
zgodził, że to jest zbyt łatwy dla mnie poziom i jest to strata moich pieniędzy
i czasu. W poniedziałek miałam mieć inny egzamin. Nie wiem czemu nie dogadałam
się z moim dyrektorem i skończyło się tak, że wspomniany test miałam w piątek,
czyli będąc na kacu i średnio kojarząc co się dzieje na świecie miałam do
napisania test, który miał mnie przenieść wreszcie do czegoś ciekawego.
Zgadnijcie czy sobie poradziłam?
Otóż tak. Test był na poziom B1+. Wyjaśniłam nauczycielowi,
że miałam gorszy dzień, bo popiłam co nieco. Padła uwaga: „to może B2?”. Jestem
zachwycona i bardzo bym chciała trafić do B2. Muszę jeszcze napisać
wypracowanie na aż 1500 wyrazów (tu się pojawia sarkazm). Napiszę dwie prace.
Niech sobie ciut poczyta i może będzie moje upragnione B2 :)
Skoro wreszcie się zbliżam do normalnego poziomu to mogę już
myśleć na temat dalszej edukacji i próbie zostania na dłużej.
Myślałam o trzech kierunkach:
- kucharz – moje miasto jest nastawione na turystykę i pełno
tutaj knajpek. Tylko są dwa drobne ‘ale’: jest to praca jedynie w sezonie. Co
prawda trwa on pół roku, ale może być problem z drugą połową. I drugie ‘ale’
gotowanie nie sprawia mi przyjemności. Potrafię gotować i mogę się tego
nauczyć, ale rogala na twarzy mieć nie będę
- skoro jest to miasto turystyczne z dostępem do oceanu i w
pobliżu jest multum różnych atrakcji z nastawieniem na sport to może coś w tym
kierunku. Jakiegoś trenera sobie zrobić? Lubię to więc może to byłby dobry
pomysł? Nieco mi odradzano ten kierunek, bo jest tu dużo miłośników męczenia
się. I też jest to praca jedynie w sezonie
- oba powyższe kierunki nie widnieją na liście SOL (Skilled
Occupation List). Podobno jest łatwiej dostać zieloną kartę jeśli ma się
wykształcenie i doświadczenie w zawodzie widniejącym na liście. Najogólniej to
widnieją na niej zawody deficytowe w Australii. W Polsce skończyłam pedagogikę
specjalną – resocjalizację. Wczoraj popatrzyłam na najnowsze wydanie listy i
widnieje: Social Worker oraz Educational Psychologist. W pierwszym zawodzie
mogę pracować, w drugim jestem pedagogiem więc jest to pokrewne. Tylko… zawsze
musi pojawić się jakieś ‘tylko’ ja nie mam doświadczenia w tej pracy i od
recepcjonistki w mojej szkole usłyszałam, że niekoniecznie muszą respektować
polską uczelnię. Gdybym do tego dodała
roczny kurs poparty praktyką to lepiej to by wyglądało.
Nie za bardzo chce się przenosić do innego miasta, bo znowu
będę musiała wszystko zacząć od nowa. Wczoraj też spojrzałam na oferty pracy i
na stanowisko kucharza jest kilka ofert. Nieco mniej, ale się pojawiły na
stanowiska związane z social Worker (praca z Aborygenami, praca z osobami
starszymi – ciekawa jestem czy to też social Worker), sport było poszukiwane
stanowisko: trener krykietu.
Co o tym wszystkim myślicie?
Jacy są mężczyźni :)
Znajomy Kolumbijczyków z którymi mieszkam raz się mnie
zapytał:
„Ewelina, na pewno masz chłopaka. Jeśli nie tutaj, to w
Polsce”. Powiedziałam prawdę: „Nie, nie mam”. Zdziwiony: „Nie wierzę.” Ja na
to: „A po co mi tutaj chłopak z Polski?!” Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Tylko,
że jest to prawdziwa odpowiedź.
W moich oczach tutejsze chłopaki są o kilka levelów przed
naszymi. Proste przykłady:
#1 do kolorowych spodenek wszystko pasuje więc zawsze dobrze
wyglądają. A jak włosy się źle ułożą to założą czapeczkę i jest idealnie.
#2 bardzo często są przyjemnie zbudowani. Siłownie nie są im
obce i dzięki nim jest tu spory ich wybór.
#3 są bardzo komunikatywni i bezpośredni. Momentami aż za
bardzo.
W czwartek wybrałam się ze swoimi Kolumbijczykami na
imprezę, gdzie było jeszcze więcej Kolumbijczyków. Stwierdziłam, że najwyższa
pora wypić o 2 piwa za dużo i wreszcie się upić. Jestem jedynie prostą
konstrukcją człowieka i czasem mam ochotę się ubzdryngolić. Tak też uczyniłam.
Idąc do baru po kolejnego browara spotkałam parę osób z grupy i siłą rzeczy
rozdzieliłam się od współlokatorów. Pośmiałam się, pożartowaliśmy i… cały
wieczór spędziłam z jednym znajomym. Czasami
zostawiał mnie na chwilę, bo musiał iść do baru, do toalety etc.
To były
jedynie minuty, ale:
#1 „Przyjechaliśmy z Melbourne. Ja i mój brat. Chodź się
pobawić!” „Dzięki, ale czekam na kogoś” „Ooo masz chłopaka. Miłego wieczoru”
#2 pojawił się brat: „Hej, czemu stoisz sama?” „Za chwilę
przyjdzie ktoś” „Ooo masz chłopaka” „Nie, to nie jest mój chłopak” „To postawię
drinka…”
#3 „… skąd jesteś?” „Z Polski” „Masz ładne oczy. Masz
chłopaka?” „Nie” „To daj całusa” „Nie” „Czemu? Nie masz chłopaka” „Nie mam,
całusa nie dam” „No, ale czemu?” ...
#4 Brat: „Czemu kupiłaś sobie drinka. Mówiłem, że kupię” „Dzięki,
ale nie trzeba” „A ten Twój kolega to chłopak twój?”
Kolega czasu też nie tracił.
Są pewni siebie. Chwilami zbyt natarczywi. Tylko przy tym
wszystkim najczęściej są naprawdę przystojni! Wiele razy nie wiedziałam w którą
stronę powinnam mieć głowę odwróconą, bo tu jedno do schruptania ciasteczko,
tam drugie J
Jest dobrze!!!
Do domu wróciłam tuż przed 3:00, a rano pobudka ok 7:00 więc
ogólnie to dobrze się bawiłam. Tylko czemu ja się targowałam ze sprzedawcą w
sklepie, to ja nie wiem.
niedziela, 13 października 2013
Rozmyślania przy piwie
W momencie kiedy zgubiłam IPoda siadłam mocno zasmucona na
ławce i myślałam intensywnie na temat swojego pobytu. Niestety niejednokrotnie
jeszcze wspomnę mojego IPoda, bo nie mogę przeboleć, że go nie mam. Pierwszy
raz w życiu coś zgubiłam i czemu to musiała być kosztowna rzecz?! Czasu nie
cofnę. Choćbym chciała.
Powracając do meritum. Siadłam i zastanawiałam się. Wiem, że
pierwsze miesiące są najtrudniejsze. Inny kraj, inne otoczenie, inny język i
życia uczę się na nowo. Teraz mam największy stres, bo wszystko zaczynam od
zera w obcym dla mnie otoczeniu, bez znajomych, bez przyjaciół i bez rodziny.
Zanim wyjechałam wielokrotnie słyszałam, że jestem odważna. Na prawdę? W takim
razie mamy bardzo odważny naród, bo wiele młodych osób opuściło ojczyznę w poszukiwaniu
szczęścia gdzie indziej.
Żyjąc tu przez miesiąc miałam jedynie 3 dni stresujące. Pierwszy jak przez moment byłam bezdomna,
drugi jak pozbyłam się wspomnianego IPoda i trzeci to pierwszy dzień w pracy.
Czuje się lepiej niż pracując na pełnym etacie we Wrocławiu. Jestem tu
spokojniejsza i szczęśliwsza. Choć nie jest na razie zbytnio różowo. Mam
gównianą pracę i bolą mnie po niej nogi i ręce. Przez ostatnie 9 lat głównie
zajmowałam się pracami biurowymi. Nagle mam stać i gotować. Średnio mi wychodzi, ale szefostwo widzi, że się staram i że robię postępy. Dostałam
dzisiaj pieniądze za przepracowany dzień i właśnie piszę tego posta popijając
piwko. Tradycja musi być zachowana. Pierwszy zarobiony pieniądz w nowym miejscu
musi być choć odrobinę wydany na durnotę J
A jak dostałam tą pracę były kupione 4
piwa dla każdego mojego lokatora i wspólnie je wypiliśmy. Wyjaśniłam, że to
jest nasza polska tradycja. Jak jest coś bardzo pozytywnego zawsze pojawi się
alkohol J
Przyjęli do wiadomości, podziękowali i
sobie sączyliśmy irlandzkie piwo, które było w promocji.
Dzisiaj zdałam sobie sprawę z jednego - nie wracam do kraju.
Jeśli początki tak wyglądają to ja chce zobaczyć jak się żyje w momencie
ustatkowania się. I bardzo mi odpowiada mój widok z okna podczas śniadania. Piję kawę i patrzą na ocean :) Bosko!
Czemu Ty mnie przytulasz?!
Przy każdej z tych sytuacji pokazywały się różnice kulturowe
i ostatnio z Australijczykami śmiałam się z nich.
Proste przykłady:
U nas istnieje coś takiego jak półformalność. Mówimy ‘proszę
Pana’, ale sobie żartujemy, a jak się przedstawiamy to jest uścisk dłoni i itd.
Czuć dystans w momencie kiedy pierwszy raz kogoś widzimy i dopiero poznajemy.
Słyszałam, że Europejczycy są ciut chłodniejsi w kontaktach, ale byłam pewna,
że ta różnica nie jest tak duża. Hmm… różnie bywa. Jak szukałam mieszkania to natrafiłam na
bardzo fajnego Australijczyka. Niesamowicie pozytywny człowiek, ale… No,
właśnie ‘ale’. Chłopak przyjechał po mnie, bo standardowo zabłądziłam. Nadal
uważam, że jest to niesamowicie miły gest. Dojechaliśmy do jego domu i każdy
pokój mi pokazywał, łącznie ze swoją sypialnią. Pytał o wszystko, bo był
ciekawy – dla niego byłam egzotyczna, tak samo on dla mnie. Pytał o sprawy dość prywatne, ale sam też był
wylewny. W pewnym momencie poczułam jego rękę na nodze. Po chwili na ramieniu.
Chwilę później przytulił mnie. Moje myśli: „Ello Buddy! Co jest z Tobą?
Przestań! Czemu mnie dotykasz? Czemu mnie przytulasz?! Nie rób tego!”. Taaa…
musiałam mieć cudowną minę. To jest normalne zachowanie. To ja mam dystans.
Nadal w to nie mogę uwierzyć, ale przywykłam do kiziania mnie po plecach. Ja!
Ta co nigdy nie przytula się na przywitanie i zawsze ma dystans :P
Inny przypadek. Stoję przed domem przemiłej 60tki. I dzwonię
telefonem: „Hello. Jestem przed Twoim domem”. Później zapytała się mnie: „Czemu
właściwie do mnie dzwoniłaś” Błyskawiczna ma odpowiedź: „Przy żadnych drzwiach
nie widziałam dzwonka. Czemu wy go nie macie?!” Kontra: „Ja mam <duży
uśmiech>”. „Jesteś jedyna, która ma. Wiele razy waliłam pięścią w drzwi i
nauczyłam się dzwonić Tel. By ktoś wyszedł po mnie” Pani wybuchnęła śmiechem:
„No, tak. Widać, że nie jesteś stąd” J
Amerykańskie: „co słychać?” - „wszystko w porządku”. Wiecie czemu oni zawsze tak odpowiadają? Nie dlatego, bo nie mają ochoty ponarzekać bądź to my jesteśmy największymi zrzędami. Nie. Zupełnie nie o to w tym chodzi. Powód dla którego tak mówią jest banalny. Na każdym kroku, w każdej sytuacji słyszy się: „how are you?” więc zawsze odpowiesz: „fine, thank you and you?” To pytanie słyszysz dosłownie wszędzie: w aptece kupując środki przeciwbólowe, przy kasie w markecie, kierowca autobusu o to zapyta. Każda osoba z którą masz styczność zapyta się ‘co u Ciebie?’. I teraz wyobraź sobie, że zawsze mówisz prawdę. Zakupy w 3 sklepach trwałyby wieczność. Ekonomiczniej jest odpowiedzieć: „ok., thanks”. I to jest cała prawda na temat amerykańskiego „wszystko w porządku”.
Kolejna ciekawostka. Przez tydzień czasu mieszkałam z 3
kulturami. Największą różnicę widać było podczas posiłków. Japończyk głównie
jadł w knajpach, sporadycznie gotował. Jeśli coś zrobił to zawsze z ryżem.
Kolumbijczycy główny posiłek mają w formie lunchu, czyli ok. 11:00. Ja obiad
mam ok. 16:00 – 17:00, a ostatni posiłek jem po 20:00 – nie rozumieli jak można
jeść o tej godzinie. Teraz już się przyzwyczaili. Każdy z nas przywiózł tu coś
swojego i pomimo tego, że staramy sobie pomagać i troszczyć o siebie to
jesteśmy niesamowicie różni i czasem nie rozumiemy swoich zachowań.
Różnic jest mnóstwo. W moim mieście jest bardzo dużo Azjatów i Latynosów. Mamy swoje przyzwyczajenia i nawyki. Bez wyjątku każdy do tego miasta dorzucił swoje 5 groszy, które zostaną tutaj na zawsze. Prawie na każdym rogu widać przenikające się kultury. I to jest niesamowite! I cały czas mnie to fascynuje! Codziennie czegoś się uczę i codziennie coś poznaje :)
Praca - odcinek 134
Pracy szukałam przez prawie 2 tygodnie. Przez ten czas byłam
niesamowicie monotematyczna. Dziennie chodziłam ok. 15 – 20 km, bo zawsze za
jakimś rogiem może czaić się mała restauracja w której będą potrzebowali rąk do
pracy. Nie rozstawałam się z teczuszką z CV. W sumie rozniosłam ich 73. Między
czasie zgubiłam IPoda wartego 450zł. Momentami miałam już dość wszystkiego, ale
nie poddałam się i wreszcie znalazłam pracę.
Rzecz jasna nie obyło się bez przygód.
Przygoda numer 1
Tydzień temu chodziłam po całej mojej okolicy i roznosiłam
CV. Już do perfekcji miałam opanowany tekst: „I’m sorry! I’m looking for job. Could I give you my
resume?” I tak w kółko. Czasem sobie urozmaicałam wstęp rozmowy żeby nie
popaść w rutynę: “I’m sorry! I’m
looking for job. Can I talk with manager?” Słyszałam jedynie ciszę. I to
było najgorsze. Nikt nie chciał bym u niego pracowała. Raz przez przypadek
znalazłam bardzo małą kawiarenkę znajdującą się w hotelu. Weszłam. Powiedziałam
swoje i dałam CV. Rzecz jasna nikt nie zadzwonił.
Zasmucona pod koniec tygodnia stwierdziłam, że pora
zwiększyć swoje doświadczenie zawodowe. I po raz kolejny nakłamałam. Powróciłam
do dłuższego stażu. Zawsze mogę mówić, że w Polsce jest wszystko inne bądź że
byłam odpowiedzialna za bardzo pierdołowate rzeczy i nie mam doświadczenia w
prawdziwej karierze sprzątaczki bądź pomocy kucharza. Weszłam na gumtree.com.au i porozsyłałam
resume. Kilka minut później mail z propozycją rozmowy kwalifikacyjnej w małej
kawiarence. Chwilę później kolejna propozycja - tym razem w jakieś restauracji.
Super! J
Zachwycona zgadzałam się na każdą porę dnia i nocy na interview.
Pierwsza rozmowa w kawiarence. Jestem w okolicy. Oooo nawet
ją rozpoznaje. Jest dobrze. Szukam dokładnego adresu. Oooo! To jest ta mała
kawiarenka w hotelu.
Pierwsza myśl: „nie napracuje się zbytnio”.
Druga myśl: „przecież ja dałam im inne resume”.
Do odważnych świat należy. Weszłam. Okazało się, że
dziewczyna z którą tydzień temu rozmawiałam była managerem. I na moje
nieszczęście zapamiętała mnie. Zachowała się w 100% profesjonalnie. Zapytała
mnie o moje doświadczenie zawodowe. Stwierdziła, że może się zobaczymy w dniu
próby. Godzinę później dostałam smsa, że jednak nie zdecydowała się na mnie.
Ciekawe czemu? Czyżby wyszło, że kłamałam? Czy może znalazła moje poprzednie
resume i zauważyła drobne rozbieżności?
Przygoda numer 2
No, ale jeszcze byłam umówiona na drugą rozmowę o pracę w
restauracji. Wchodzę. Siedzi skośnooka dziewczyna z bardzo poważną miną.
Naprzeciw jej manager knajpy. Podchodzę do lady i z uśmiechem na twarzy:
„Hello. I’m looking for work…” Miałam poczekać na swoją kolej. Skośnooka
dziewczyna w pewnym momencie weszła do kuchni, ale po chwili prawie z niej
wybiegła. „Co się dzieje?” – pomyślałam. Przyszła moja kolej.
„Oooo… widzę, że masz doświadczenie w kuchni. A co
dokładniej robiłaś?”
„Drobne rzeczy. Większością zajmował się główny kucharz. I
też była to typowo polska kuchnia. Nigdy nie byłam w meksykańskiej. W moim
mieście jest tylko jedna restauracja meksykańska więc musiałabym się
wszystkiego tutaj nauczyć, ale szybko się uczę”
„Dobrze, dobrze… a co tutaj robisz? I pokaż mi swoją wizę”
„Uczę się angielskiego. Mam jeszcze z nim spore problemy”
Od słowa do słowa i kazano mi wejść do kuchni. Dano mi
sałatę i pomidora. Pokazano jak należy kroić więc powtórzyłam. Usłyszałam, że
mam przyjść w sobotę i że na początku nie będę miała sporych pieniędzy, bo
trzeba mnie nauczyć wielu rzeczy.
„Ale jak to? To ja mam pracę?”
„Tak. Przyjdź w sobotę o 11:00 i będę Ciebie wszystkiego
uczyła. Tylko patrząc na Twoje CV to często zmieniałaś zatrudnienie. Czemu?”
„Czasami ciężko mi było połączyć studia z pracą. Dlatego
zmieniałam prace. Tutaj jest inaczej. W moim kraju nie jest dostępna wiza
pracownicza dlatego mam studencką więc muszę chodzić do szkoły. Choć zapewne
tutaj szybciej się nauczę języka niż w szkole.”
Mam pracę!!! J
Tylko muszę ją jeszcze utrzymać.
Między czasie…
Zadzwoniłam do pani poszukującej pomocy w sprzątaniu domu.
Każdy pieniądz się przyda. Pojechałam do niej i co zobaczyłam? Miłą 60letnią
zadbaną i uśmiechniętą kobietę. Nie może sama sprzątać, bo lekarz jej zabronił
i ma gosposię, ale ta nie ma czasu na dokładne porządki więc od tego będę ja.
Super! Nie przemęczę się. Będę u niej sprzątała przez godzinę tygodniowo. Mieszka
w pobliżu szkoły więc opłaci mi się do niej przyjeżdżać. Dodatkowo Pani nieco
ściszonym głosem zapytała się, czy znam się na komputerach. Jej nie musiałam
kłamać – „tak, przez wiele lat komputer był moim narzędziem pracy”. Od
przyszłego tygodnia będę nauczycielem. Najbardziej się zdziwiłam jak
powiedziałam, że nie chce za to żadnych pieniędzy, bo to jest drobnostka i
przecież daje mi pracę. Pani stanowczo odpowiedziała: „NIE! Nic za darmo nie
jest. To jest Twoja praca i ja mam za nią zapłacić. Powiedz ile” Szok! Później
jak usłyszała, że przyjechałam autobusem to chciała mi taksówkę zafundować.
Uśmiechnęłam się najładniej jak potrafiłam i podziękowałam, bo autobus mi w
pełni wystarczy, a w myślach policzyłam: „zarobię u niej 15$, a za taksówkę
zapłaci ok. 60$”.
W kolejnym ‘między czasie’…
Skoro zaczynam powoli
się stabilizować to przyszła pora na pożegnanie się z drogimi autobusami i kupiłam rower. Używany, bo tańszy, a
przecież nadal sprawny. Przy okazji zwiedziłam nowy region Gold Coast i
poznałam kolejną pomocną osobę. Dziewczyna jest w moim wieku i pracuje w Sea
Worldzie – wygooglajcie proszę, świetne miejsce. Szybko wyszło, że intensywnie
szukałam pracy i odezwała się jedynie meksykańska restauracja. Dziewczyna z
pytaniem: „to czemu do nas nie wysłałaś”. Bardzo szybko odpowiedziałam:
„Słyszysz mój angielski. Ty wiesz, że mam z nim więc mówisz wolniej, ale
klienci tego nie zrobią”. Dziewczyna ze szczerym zdziwieniem na twarzy: „poradzisz
sobie. Będziemy szukali osób, bo potrzebujemy ludzi od grudnia do lutego.
Pomyśl o tym. Masz mój numer Tel.” WOW! Jeśli oswoję się z pracą w restauracji
to może udałoby mi się bez umowy pracować u nich w weekendy. Najpierw muszę
nauczyć się jednego zajęcia, by przejść do kolejnego. Ważne, że jest akcja! I
bardzo mnie to cieszy.
A rower? Cena pierwotna 80$, ale coś się dzieje z
przerzutkami, bo czasem się gubią. Rower stał od dłuższego czasu w garażu i
jest nieco rozregulowany. Cena została zmniejszona do 60$ i w gratisie dostałam
kask – mają krokodyle, rekiny, pająki i inne takie, ale dla bezpieczeństwa
rowerzysta musi jeździć w hełmie. Niestety nie mogłam rowerem wrócić, bo nie
znałam jej okolic i bym się zgubiła, a do autobusu mogę wsiąść praktycznie ze
wszystkim (widziałam gościa z deską surfingową, innego z manekinem do boksu –
dużo śmiechu przy tym było), ale nie mogę z rowerem.
I to jest najlepszy fragment kupna roweru. Jej mąż przywiózł
mi go pod bibliotekę w której siedziałam. Specjalnie jechał przez ponad 20
minut samochodem, by zrobić mi przysługę.
Raz pomyślałam, że tu nie mieszkają ludzie tylko roboty. To
nie jest normalne, że wszyscy są tak mili. Choć może to karma J Dla każdego tutaj też
staram się być życzliwa, bo czemu nie? I może to wraca.
piątek, 4 października 2013
Jedzenie - tak właściwie to co się tutaj je?
Rozpisywałam się o komunikacji, szkole, a zapomniałam o jedzeniu.
Jak mieszkałam z rodziną Australijską to liczyłam, że poznam co nieco ich kulturę. Jeśli tak się odżywia przeciętny Australijczyk to ja stąd uciekam. Codziennie na śniadanie jajecznica bądź cokolwiek z jajkami. Na lunch Hungry Jackie’s, czyli nasz Burger King, ewentualnie to co zostało z kolacji. Kolacja to np. przez 3 dni kiełbaski z piekarnika z ryżem. Przepraszam, ale po pierwsze nie jestem kurą i nie mogłam już patrzeć na jajka, a po drugie to jest niezdrowe jedzenie. Po 2 tygodniach spędzonych u rodziny schudłam. Nie kupowałam swojego i nie gotowałam, bo głupio mi było przeokropnie. Miałam zapłacone za jedzenie, którego albo było za mało, albo było okropne.
Jak przeniosłam się na swoje to odżyłam. Na szczęście. Tylko jem po swojemu, czyli makaron z kurczakiem z warzywami. Bardzo lubię takie jedzenie. Podobno jest tu bardzo dobre mięso. Póki co skosztowałam jedynie kurczaka. Dzisiaj robię mielone więc skosztuje innego rodzaju.
A jakie jest jedzenie w knajpkach?
Jest tutaj bardzo dużo Azjatów więc na każdym rogu jest ich jedzenie. A to japońskie noodle, a to koreańskie coś, pomiędzy nimi masaż wykonany przez skośnooką piękność. Jest bardzo dużo fast foodów i kebabów. Wszystko pięknie, ale na jedzenie w tygodniu, które sama ugotuje to wydaje średnio 30$ - 40$. Mały kebab a’la tortilla 7$.
Najczęściej nie jadam w knajpkach, ale w sklepach niektóre produkty różnią się. Wszystko mają bardziej słodkie. Raz kupiłam sok w kartoniku marki sklepu Coles. Skręciło mnie od nadmiaru cukru. Innym razem znalazłam 0,5kg ciastek czekoladowych. Jadłam je przez prawie 3 tygodnie, bo były tak słodkie.
Mają bardzo duży wybór padliny na BBQ. To nie jest mit. Lubują się w grillowaniu. Każdy dom musi posiadać BBQ, każdy apartament na swoim spacerniaku ma BBQ. Jest sobota wczesne godziny popołudniowe. Wchodzę do supermarketu (choć supermarket to nieco za mocne słowo. Są one znacznie mniejsze niż nasze Tesco, ale większe od Lidla) i stoję kilkanaście minut w kolejce. Przede mną wózki pełne jedzenia na BBQ.
Skoro jestem w sklepie to przykładowe ceny:
Chleb 1,50$ - 4$ najczęściej spotykam milion różnych tostowych odmian
0,5l wody 1,5-2$ - ale kupuje się ją po to, by mieć butelkę, można tutaj pić wodę z kranu
Banany 1kg 2$
Serek do smarowania chleba 200ml bądź 250ml – 3,5$
Płatki śniadaniowe duuuże opakowanie – 3 – 5$
Zupka chińska – 0,50$
Mięso mielone 0,5kg (chyba taka waga) – 3$
Makaron – 1,70$ najtańszy jaki widziałam i rzecz jasna kupiłam
Proszek do prania 1kg – 3$
Kołdra – 16$ a poduszki 2 (nie ma pojedynczych sztuk) – chyba 5$
Śpiwór coś koło 20$
Papierosy, sama nie sprawdzałam, jedynie słyszałam – najtańsze 16$, marlboro ponad 20$
Piwo 0,33l 4$
Wino 0,75l 9$ - wczoraj kupiłam i jest to średnia półka
Alkohole są dostępne jedynie w odrębnych sklepach
Leki są tutaj drogie. Podziębiłam się i kupiłam syrop na kaszel – 17$. Polskie małżeństwo kupiło magnez i zapłacili podobną kwotę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






